89 – rano

7:24
Nie śpię. Już? Nie, jeszcze.

Kręcąc się z boku na bok przypomniało mi się to, co było rok temu. Robiłam wtedy w restauracji. Z wywalonym ozorem latałam na 6:10. Gdy wyleciał szef kuchni, a ja wprawiłam się trochę w swoich obowiązkach, wynegocjowałam z szefem 6:30. Choć przychodziłam 6:40.
– Tak mam busa. Nie moja wina.
Zaczęło się od piwka z ekipą. W czasie pracy rzecz jasna. Piwkowaliśmy coraz częściej. Dostawca jeździł nam po zaopatrzenie. Sam nie pił. Ale był pomocny.
Potem bez opróżnienia puszki nie wychodziłam do pracy. W torebce butelka po energetyku. W środku oczywiście procenty. Butelka była regularnie uzupełniana w ciągu dnia. Zdarzało się, że nie pamietałam jak wracałam z pracy.
Nie byłam wyjątkiem. Wszyscy chlaliśmy ostro robiąc po 10-12 godzin.
A szefa niech ch… w dupę strzeli. Cholerny oszust.

210 Total Views 1 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.