99 – logika senna

Siedziałam na dworze, pod ulubionym drzewkiem okolicznych dresów, popijając piwko. Niby wiedziałam, że naruszenie ich terytorium może się źle skończyć, ale w okolicy nikogo nie było.
Nagle, z piskiem opon, zatrzymała się przede mną rozklekotana fura. Wyskoczyło z niej dwóch wściekłych drechów z pianą na ustach. W mgnieniu oka wyciągnęli z kieszeni skalpele i rzucili się na mnie. Jeden z nich przyparł mnie do drzewa, a drugi próbował dźgnąć w stopę. Jakoś się wywinęłam. Jednemu wyrwałam skalpel. Drugi, widząc to, rzucił się do ucieczki. Długo się nie zastanawiając poderżnęłam mu gardło. Żeby mieć pewność, że nie przeżyje, cięłam raz za razem.
Nagle znalazłam się w mieszkaniu. Miałam świadomość tego, co przed chwilą zrobiłam. Byłam pewna, że nikt nie odnajdzie ciała. A jedynym dowodem na moją zbrodnię był brudny talerz po zupie pomidorowej (wtf?). Schowałam go więc za łóżko i modliłam się, by nikt go nie znalazł.
W następnej scenie siedziałam w klasie. Nauczycielka rozdawała jakieś wypracowania. Brakowało jednego ucznia – tego dresa, co go zabiłam. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł. Miał zabandażowaną szyję. Byłam pewna, że się na mnie rzuci. A on, jak gdyby nigdy nic, przysiadł się do mnie. Patrzyłam na niego z przerażeniem, ale i ulgą, że żyje. Objął mnie, uśmiechnął się i powiedział ze stoickim spokojem:
– No co ty, daj spokój. Przecież nic się nie stało.

249 Total Views 4 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.