117 – przymus autodestrukcyjny

Dziś cały dzień siedziałam nad książką. Zrobiłam wstępne poprawki.
Wydrukowałam.
Pięćdziesiąt kartek czeka aż Mrówek je przeczyta. Wyrazi swoją opinię.

Mam zeszyt A4. Z czerwoną okładką. Leży na oparciu kanapy. Czarnym długopisem zapisuję w nim pomysły i fragmenty dialogów do Julki.

Mam ochotę od jutra zacząć pisać trzecią część Młodego boga.

A jednak.

Skąd ten smutek? Skąd ten przymus skrzywdzenia siebie? Tak, panie M. Niby wiem, że to ta chora część mnie chce uciekać w stare schematy. Nie chce się leczyć. Ale dlaczego?
Gdy się dobrze czuję, jestem twórcza. W końcu znowu jestem twórcza. Nie tak, jak pisząc wiersze. Do weny nie jest mi już potrzebne cierpienie. Pragnienie śmierci. Proza wymaga dobrej kondycji. No, może to zbyt odważne stwierdzenie. Raczej… prozie nie przeszkadza dobra kondycja.

Więc skąd ten syf? Dlaczego chcę się skrzywdzić? Może nie zabić. Nie powiesić. Nie pociąć. Ale zeszmacić lekami.

Odstawiłam Ketrel. Byłam po nim nie do życia. Odcięta od rzeczywistości.

Ostatnio łyknęłam sto miligramów. Przez chwilę zachciało mi się spać, ale szybko przeszło. Tylko okropny ból nóg pozostał. Jak po Rispo. Co mi to dało? Przecież nic. Więc dlaczego mam ochotę znów to zrobić? Tym razem łykając więcej…

271 Total Views 1 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.