115 – pisz dalej!

– Czemu wyłączasz komputer?
– No bo skończyłam rozdział.
– I nie będziesz już pisać?
– No dzisiaj nie.
– Ej… to weź zrób obiad i pisz dalej, co?
– Czemu?
– No weź napisz kolejny rozdział.
– Ale czemu?
– No bo będziesz tu siedzieć i mnie wkurwiać.
– Ale zaraz skończę tę książkę i co wtedy?
– No to bedziesz pisać od początku.
– To chyba lepiej zacząć nową książkę…
– No jak tam chcesz. Tylko proszę, pisz. Bo tylko jak piszesz da się z tobą wytrzymać.

113 – „to wszystko pani wina”

Miałam dziewiętnaście lat.
Właśnie wchodziłam do gabinetu psycholog, do której chodziłam od jakiegoś czasu. Telefon. Dzwonił ojciec.
Bezradnie spojrzałam na psycholog, nie wiedząc co zrobić.
– Proszę odebrać.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
– Tak?
– Chcę coś wydrukować, a ty masz hasło do komputera!
– No mam.
– Podaj mi je w tej chwili!
– Nie.
– Podaj mi je w tej chwili albo natychmiast wracaj do domu!
– Mam spotkanie. Będę w domu za półtorej godziny, to ci to wydrukuję. I założę wam drugi profil na kompie.
– Masz w tej chwili wrócić do domu! I podaj mi to hasło!
– Powiedziałam ci. Za półtorej godziny będę.
– Z kim to spotkanie?
– Nieważne. Ze znajomymi.
– Kto jest ważniejszy ode mnie?!
– No przestań… Za półtorej godziny będę.
– Pożałujesz gówniarzu!
– Muszę kończyć. Pa.
Rozłączyłam się.
Opowiedziałam psycholog, jak wyglądała ta rozmowa.
– Pani ojciec zachowuje się, jak dziecko, któremu zabrali cukierka. Ale to wszystko pani wina.
Oniemiałam. Moja wina?
– Pani wina, bo pozwoliła pani na to, żeby rodzice tak panią traktowali. A teraz się pani dziwi. Tak, to wszystko pani wina.

Gdy wróciłam do domu, ojciec trzymał w ręce kabel od internetu. Odpiął połączenie komputera z modemem.
– Mówiłem, że pożałujesz! Masz szlaban na internet!

112 – borderline – życie po diagnozie

Ludzie z natury nie lubią, gdy przykleja im się łatki. Ja też nie znoszę, gdy ktoś próbuje mnie zaszufladkować.
Ale był jeden wyjątek.
Pograniczne zaburzenie osobowości zdiagnozowało u mnie pięciu różnych psychiatrów. Jednak dopiero piątą diagnozę, otrzymaną po sześciotygodniowym pobycie w psychiatryku, uznałam za prawdziwą. I poczułam ogromną ulgę.
Dlaczego?
Moje problemy trwają pół życia. Dokładnie. Czternaście lat z przeżytych do tej pory dwudziestu ośmiu.
Próbowałam szukać pomocy. Jednak specjaliści, na których trafiałam, bagatelizowali objawy. Autoagresja, picie, łykanie tabletek garściami, myśli i próby samobójcze, lęki, depersonalizacje, derealizacje, poczucie permanentnej pustki, nieumiejętność określenia własnego ja, niedostosowanie do życia w społeczeństwie i życia ogólnie, brak zainteresowania własnym losem, brak planów życiowych i wiele, wiele innych. Co słyszałam od tych „specjalistów”? Że to tylko lekkie zaburzenia nerwicowo-depresyjne. Trzeba przestac pić, ciąć się i próbować zabić. Leczyć się nie trzeba. Ze to tylko jakieś problemy z emocjami. To tylko jakieś problemy osobowościowe.
Takie podejście sprawiało, że czułam się niezrozumiana, pozostawiona sama sobie. Zastanawiałam się. Skoro to „tylko jakieś lekkie zaburzenia” to czemu jest tak, jak jest? Co jest ze mną nie tak, skoro nic mi nie jest?
Dopiero nazwanie zespołu tych objawów konkretną diagnozą, uspokoiło mnie. W końcu wiedziałam, co mi jest. Z czym muszę się mierzyć. W końcu wiedziałam, jak to leczyć. Zrozumiałam, że to leczenie jest możliwe, a nawet potrzebne.
Najgorszy wróg to taki, którego nie znasz i nie wiesz, czego się możesz po nim spodziewać.

111 – pisz! to nie będziesz świrować

Po wypiciu pierwszej kawy zasiadłam do komputera. Otworzyłam plik „Terapii u Doktorka”. Po kilku minutach patrzenia w migajacy na nowej stronie kursor, zamknęłam plik i wyłączyłam komputer.
Siadłam na kanapie koło Mrówka i gapiłam się w kubek z drugą kawą.
– Czemu nie piszesz?
– A nie wiem… bo to chyba bezsensu.
– To trzeba było się nad tym wcześniej zastanawiać. A nie teraz, kiedy napisałaś już prawie całą książkę.
– No niby…
– Idź pisać.
– Nie chce mi się.
– No idź pisać! Wtedy nie będziesz świrować.
No i poszłam. Dwudziesty pierwszy rozdział napisany.

110 – sentyment do psychiatryka

Psychiatryk, w którym kiblowałam dwa razy, jest niedaleko naszego domu.
Mijałam go codziennie jeżdżąc do roboty. Patrzyłam na niego z pewną nostalgią.
Przejeżdżałam też obok niego w drodze do poprzedniego terapeuty.
Teraz widuję go chodząc co jakiś czas do marketu oraz do psychiatry.

Czuję z tym miejscem jakiś dziwny i niezrozumiały dla mnie związek emocjonalny. Mijając go, zwalniam kroku.
To stary neogotycki budynek z czerwonej cegły. Wybudowany pod koniec XIX wieku. Od początku mieścił się tam psychiatryk.
Kątem oka patrzę na kraty w oknach. Jakbym spodziewała się dotrzeć w pierwszym oknie po lewej, na pierwszym pietrze, siebie. Palącą fajkę w palarni, w której farba odpada całymi płatami.
Nigdy nikt przez to okno nie wygląda. Ja lubiłam trzymać rękę z fajką za oknem. Oparta głową o kratę przyglądałam się życiu na ulicy.

Skąd ta tęsknota? Skąd ta potrzeba mijania szpitala? Kiedyś zrobiłam kilka zdjęć z zewnątrz. Potem, oglądając je, zastanawiałam się, kiedy znów tam wrócę…

108

– Mam cię dość! Rzygać mi się chce, jak patrzę na tą twoją zjebaną minę. Po co ty w ogóle chodzisz na tę terapię, co? Terapia jest dla chorych, a nie pojebanych.
Sahara popłynęła…
– Jeszcze żyletkę weź! Cyrkowcu jeden.