Monthly Archives: Styczeń 2016

152 – wokół sztuki

Nieustępliwie odwracam głowę od klamki, gdy wzrok nieświadomie na nią wędruje.
To nie czas i miejsce. Przede wszystkim nie rozwiązanie.
Uwagę skupiam na pisaniu lub czytaniu. Dopracowywaniu historii Majki.
Marzę o tym, by utrzymywać się z pisania.
Magicznym myśleniem zaklinam rzeczywistość, by zechciała być dla mnie łaskawa. Dziecięce marzenie o byciu artystką i wpisaniu się w historię polskiej literatury wciąż jest żywe. Wielkie i silne jak nigdy.
Niedostosowanie do życia? A pokażcie mi artystę, który był przystosowany. Na pewno żaden z kręgów mojego zainteresowania.
Świat jest rozczarowujący. Wolę żyć w swoim. Wypuszczając do niego tylko tych, którzy zechcą się w nim znaleźć.

Zapraszam.

151 – niedostosowanie do życia

Podobno większość osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości doskonale daje sobie radę w życiu zawodowym. Cóż, ja dostałam przydział do tej mniejszej grupy – całkowicie nieporadnej życiowo.
Już pominę załatwianie wszelkich spraw dorosłego życia.
Praca.

Pierwszą pracę załatwiłam sobie mając szesnaście lat. Chciałam na wakacjach dorobić roznosząc ulotki popularnej sieci pizzerii. Latałam z wywalonym ozorem po mieście w czterdziestostopniowy upał. Wytrwałam tak dwa dni. Poddałam się. Ile zarobiłam? Nic. Okrągłe nic. Nie, nie oszukali mnie. Po wypłatę nie poszłam. Powód? Wstydziłam się. Było to dla mnie zbyt krępujące.

Druga praca też trwała dwa dni. Mając jakieś dwadzieścia lat, poszłam do agencji pracy tymczasowej. Załatwili mi przemetkowywanie ubrań popularnej sieciówki. Innymi słowy – praca na magazynie na jakimś wypizdowiu, gdzie dojeżdżał tylko bus pracowniczy. Urobiłam się jak dziki wół. Wypłata wpłynęła na konto Mrówka (wtedy jeszcze swojego nie miałam) po jakiś dwóch miesiącach. Dzwonili potem jeszcze z agencji. Nie odbierałam.

Mając dwadzieścia sześć lat postanowiłam znaleźć etat – chciałam być ubezpieczona, żeby móc się leczyć. Wtedy jeszcze naiwnie wierzyłam, że NFZ zapewni mi taką pomoc terapeutyczno-psychiatryczną, jaką potrzebuję. Pierwszy miesiąc przepracowałam na umowę zlecenie. Po okresie próbnym zadowolona podpisałam umowę o pracę. I się zaczęło. Mój stan się stopniowo pogarszał. Z każdym dniem było coraz gorzej. Trzymiesięczny koszmar zdawał się nie mieć końca. Alkohol, cięcie. Silne myśli samobójcze. W końcu upragniona wizyta u psychiatry i L4. Kilka dni później rozpoczęcie terapii grupowej. Potem psychiatryk.

Rok później znów stwierdziłam, że muszę iść do pracy. Tym razem miało być inaczej. Już nie miałam być zwykłym robolem, a pomocą kuchenną. Lubiłam gotować, a brak doświadczenia lub wykształcenia zmuszał mnie do bycia pomocnikiem. Chciałam jednak awansować. Zająć się gotowaniem na poważnie. I znów to samo. Na początku się cieszyłam. Było dobrze. Ale z każdym kolejnym dniem mój stan się pogarszał. Chlanie przed pracą, chlanie w pracy, chlanie po pracy. Cięcie, benzodiazepiny. Rzuciłam tę robotę po trzech miesiącach. Mając w ręce skierowanie na oddział zamknięty w trybie pilnym.

Minął kolejny rok. Znów twierdzę, że powinnam iść do pracy. Ale nie szukam jej. Czuję, że jestem całkowicie niedostosowana do życia. Nie pasuję do kapitalizmu. Nie wiem, czy pasowałabym gdziekolwiek.
Mam przez to silne myśli samobójcze. Pasożytuję.
Praca sprawia, że zmieniam się w bezmyślnego robota. Po powrocie do domu nie mam siły na nic. Tylko zmęczenie i pustka. Pustka. Pustka. A wtedy to już tylko kłaść się do grobu.

150 – nie pasuję tu, do tego świata

Terapeuta zauważył, że wciąż jest we mnie żal. Do rodziców, specjalistów, których odwiedzałam.
Za błędne diagnozy. Bagatelizowanie objawów i problemów.
Połowę życia bujam się sama z tymi pieprzonymi objawami borderline.
Zmarnowałam najlepsze lata swojego życia. Byłam tak zajęta niszczeniem siebie, że zapomniałam żyć.
Przebudzam się z trzydziestką na karku i ręką w nocniku. Świadomością, że nie pasuję do tego kapitalistycznego świata. I poczuciem, że już nic nie da się zrobić.

149 – już czas?

Czuję nieuchronnie zbliżający się koniec.
Chyba czas stąd odejść.
Niedostosowanie do życia.
Nieporadność.
Nic z tego nie będzie. Nie chcę się dostosowywać i wpisywać w charakterystykę miliardów ludzi.

Najprostsze, acz najważniejsze dylematy, odwracają moją głowę w stronę klamki.

Nic z tego nie będzie. Nic nie będzie z tego wszystkiego.
Już nie chcę. Nie mam siły.

148 – czasem głupota popłaca

Kiedyś już o tym wspominałam.

W drugiej gimnazjum, w piątek miałam ma trzynastą do szkoły. Zawsze przed wyjściem piłam.
Mieliśmy na polskim recytować Inwokację. Upiłam się mocno.
Siedziałam i trzymałam się ławki, żeby nie spaść z krzesła. Dosłownie. Gdy przyszła moja kolej, dotoczyłam się pod tablicę. Zaparłam się o ścianę, nie mogąc utrzymać równowagi. Zaczęłam swój pijacki bełkot. Efekt?
– Brawo! Aniu, szóstka. Jesteś pierwszą osobą, która się wczuła i recytowała. Bierzcie z niej przykład.
Nie wiem, jak to możliwe, że w szkole żaden nauczyciel nie zauważył, że piję.

Pisałam pracę zaliczeniową na Wprowadzenie do filozofii. Nie szło mi za bardzo.
Zdaje się, że mieliśmy wybrać książkę, przeczytać ją i pisemnie na dwie strony A4 udowodnić, że jest to książka filozoficzna.
W wyniku pewnych okoliczności połknęłam listek Polopiryny. Wkręciła mi się wena. Miałam napisaną stronę i brakowało mi wstępu. Zaczęłam go pisać i rozpisałam się na drugą stronę.
Za pracę dostałam cztery albo pięć, nie pamiętam. Ale profesor bardzo chwalił ten wstęp. Czytał fragmenty na głos. Stwierdził, że gdyby cała praca była tak wnikliwa to byłaby idealna.

Ale nie polecam szukania kreatywności w taki sposób.

147 – równia niepochyła

Jest źle.
Nic nie cieszy. Bo i cieszyć nie ma co.
Słowa się nie kleją.
Każde wymyślone zajęcie trwa najwyżej pięć minut.
Uciekam w sen. Biorę to na przeczekanie.
Zgodnie z sugestią pana M. staram się nie uruchamiać spirali samoudręczających myśli. Różnie to wychodzi.
Jest stabilnie źle. Ale to chyba dobrze. Stabilność jest bezpieczna.
Bo jest, prawda?

146 – przyzwyczajenie

– Jak tak rozmawiamy to mam wrażenie, że pani sama pogłębia ten depresyjny nastrój myślami.
– No czasami tak.
– Pani Aniu. Proszę pamiętać, że na nastrój może nie ma pani za bardzo wpływu. Za to na myśli jak najbardziej.

– Co on tam pieprzy – pomyślałam w pierwszej chwili.

Po przyjściu do domu postarałam się jednak nie myśleć o smutku. I o dziwo, udawało mi się zapominać, że źle się czuję.

To wraca.
– Zawsze tak jest. Jak jest dobrze to potem jest źle.
– Ale chyba zdaje sobie pani sprawę z tego, że cały czas nie może być dobrze?
– No oczywiście. Ale gdy nie jest dobrze, powinno być neutralnie. A nie tragicznie.
– Domyślam się, że taki stan rzeczy musi napawac panią lękiem.
– Nie.
– Nie?
– Mam tak połowę życia, więc się przyzwyczaiłam…

144 – czy psychoterapia boli?

Czytałam. Słuchałam, co mówią. Wyobrażałam sobie. Domyślałam się. Że terapia boli.

Tymczasem okazało się, że jest to dla mnie bardziej wysiłek intelektualny. Bólu, jako takiego, przez półtora roku doświadczyłam niewiele.
Może dlatego, że jestem bardzo świadoma siebie, swojego zaburzenia, mechanizmów? Nie wiem.

Zależy mi na leczeniu. I to nie tylko dlatego, że chcę mieć materiał do kolejnej części Młodego boga. Chcę być zdrowa!

143 – przymus niszczenia tego, co dobre

Poprzedniej nocy nie mogłam spać. Do ósmej rano leżałam i zastanawiałam się, gdzie i z kim spędziłam sylwestra 2005/2006. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć.

Tej nocy spałam. Jednak zanim przyssała się do mnie mara, rozmyślałam.
Na terapii ustaliliśmy, że ta tajemnicza siła, która niszczy wszystko wokół mnie (moimi rękami) to przymus niszczenia tego, co dobre.
Dla terapeuty jest to po prostu jeden z objawów toczącej mnie choroby.
Ja biorę to bardziej osobiście. Chciałabym wiedzieć, skąd się ten mechanizm wziął. Co takiego wydarzyło/wydarzało się w moim życiu, że nie potrafię na dłuższą metę wytrzymać, gdy jest dobrze? Skąd się wzięło umniejszanie osiągnięć, a wywyższanie porażek? Skąd się wzięło niszczenie siebie?

Może i ma Pan rację. Roztrząsanie tego „skąd” się coś wzięło jest poważniejszym i trudniejszym zadaniem od tego, by takie zachowania wyeliminować. Może rzeczywiście to nie jest czas i miejsce?

Naszło mnie więc inne pytanie.
Co mi to daje?
Skoro jest we mnie przymus niszczenia. Chcę go wyeliminować, ale nie potrafię. Nasuwa się więc hipoteza, że urzeczywistnianie tego przymusu coś mi daje. Zaspokaja jakąś ukrytą potrzebę?

Panie M., czy to jest dobre pytanie na obecną chwilę?