Monthly Archives: Maj 2016

219 – wieś, wciąż

Mrówek wrócił dziś do domu. Miałam wracać z nim, ale rodzicielka poprosiła, żebym została do środy.
Dobrze się stało, że nie wyjechałam. Mama znów czuje się gorzej.
Bardzo się o nią martwię. Wracają wspomnienia z jej poprzedniej choroby nowortworowej. Wtedy zepchnęli mnie na margines. Teraz jestem w centrum wydarzeń. Cieszę się, że mogę jej pomóc. Że jestem potrzebna.

Po wyprowadzce z centrum miasta, wybudowali domek pod lasem. Chodzę na spacery, jeżdżę rowerem. Biegam ze smartfonem, robiąc zdjęcia napotkanym kwiatkom. Trochę opalam się na tarasie.

Nie piszę. Nie czytam. Żyję chwilą i staram się być pomocna.

Obiecałam cioci, że w tym tygodniu zarejestruję się do psychiatry. Po roku wracam do swojego poprzedniego. Mam wrażenie, że wenlafaksyna przestała działać. Jak kiedyś fluoksetyna. I chyba nie ominie mnie powrót do przeciwpsychotyków. Tylko błagam, nie Rispolept i nie Ketrel…

218 – normalność w tabletkach

– I co, myślisz, że jak brałam Rispolept, nie byłam taka?
– Jaka?
– No… taka.
– Pojebana?
– No.
– Mniej.

Znów faszerować się trującą chemią? Dla większej stabilności? Dla mniejszych myśli paranoicznych?
Znosić cierpliwie setki efektów ubocznych? Powstrzymywać łzy wyciskanie przez ból nóg? Być zwieszoną, nietwórczą, niekreatywną? Spać po piętnaście godzin, nie mogąc się dobudzić?
W imię czego?
Udawać, że normalność na receptę jest prawdziwa?

217 – czy winna, czy niewinna – zawsze winna

– Zmień se status na Facebooku na „szukam męża”. Albo tego całego W. se weź, co go masz w znajomych. Oboje tak samo popierdoleni jesteście. Będziecie się utwierdzać wzajemnie w przekonaniu, jacy to jesteście wyjątkowi. Artyści… – dodał ironicznie.
Kolejna kłótnia. Tym razem nie ja zawiniłam. Czy zawsze muszę spełniać jego zachcianki?
W oczach rodziny oczywiście on jest pokrzywdzony. Tak się utarło – ja jestem tą najgorszą, pojebaną wariatką, wyżywającą swoje frustracje na innych.
Pierdolę.
Wieczne emocjonalne szantaże, że mnie zostawi, jeśli nie zrobię tego, co chce.
Pierdolone kółko wzajemnego pojebania.

216 – pojebana

Mam dość siebie. Swojej pieprzonej niestabilności. Ranienia innych. Karania najbliższych za swoje paranoje.

Dlaczego tak go traktuję? Bo ubzdurałam sobie kolejny nowotwór? Bo kasę przeznaczoną na książkę wydałam na życie?
Bo:
– Nie mam humoru.
Bo:
– Mam zjebany nastrój.
Bo:
– Mam dość życia i chcę umrzeć!

– Co ci jest?
– Nic.
– No co ci jest?
– Nic.
– Przecież widzę, że znów znalazłaś sobie jakiś problem.
„On, kurwa, nic nie rozumie! Nikt mnie nie rozumie! Chcę umrzeć!”
– Daj mi spokój. Nic mi nie jest.
Nos na kwintę i spierdalać wszyscy. A potem się dziwię, że znów chce uciec za granicę…

215 – truciciel

Sączy truciznę w żyły. Wmawiając, że to moja wina.
Atakuje. Unieważnia. Poniża.
Niszczy wszystko na swojej drodze. Oskarża ofiary o cierpienie.
Wokół palca ich życie owija.
Odbiera chęci. Wrażliwość i radość zabija.
Odwodzi od zmian, karząc za stagnację.
Wybuchając szyderczym śmiechem, unicestwia.

214

Kilka słów za dużo. Kilkanaście? Nie chciałam podsłuchiwać. Mówił zbyt głośno. Dam sobie rękę uciąć, że większość sąsiadów już wie o moich problemach.
Zalana łzami chciałam go wyrzucić z mieszkania.
Będąc w kiblu chciałam wypić Ace, które wciąż tam stało po odkamienianiu muszli klozetowej. I pociąć się tak mocno, jak ostatnim razem.
Nie chciałam go znać. Tak mnie oczernić w oczach szwagierki…
Dziś powiedział, że wiedziała o jego przesadnych słowach i próbowała załagodzić sytuację.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo chciałam się skrzywdzić i umrzeć.

213 – wywiad ze Smutkiem

Fragment z „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”

„Wywiad ze Smutkiem

– Dzień dobry Smutku.
– Dobry? Jaki tam dobry.
– Dlaczego nie dobry?
– Bo wszystko jest takie smutne…
– Smutku, ale czemu właściwie ty jesteś smutny?
– A z czego mam się cieszyć?
– No nie wiem. Słońce świeci…
– … i oślepia.
– Śnieg pada…
– … i wszędzie chlapa, buty mokre.
– Można iść na spacer.
– Żeby się zmęczyć?
– A może wolisz lato?
– Lato? Lato jest smutne.
– Dlaczego?
– Jest gorąco, nic się nie chce. A potem przychodzi jesień. Pada deszcz. Wszystko umiera.
– Ale Smutku, o wszystkim można powiedzieć, że się zaraz skończy i będzie smutno.
– Właśnie dlatego się smucę.
– A nie możesz spróbować cieszyć się chwilą?
– Ale po co?! Przecież ta chwila zaraz się skończy i będzie jeszcze smutniej.
– Tak przecież nie można. Trzeba się skupić na pozytywach. Przecież ty tylko wynajdujesz powody do smucenia się. To jest niezdrowe.
– To też mnie smuci. I to, że smucę ludzi.
– To po co ich odwiedzasz, kiedy się cieszą? Po co im psuć dobrą zabawę lub udany dzień?
– Jak to? Przecież oni muszą wiedzieć, że zaraz nadejdę! Że Szczęście przychodzi tylko na chwilę, bo szybko się nudzi widokiem tych samych osób i ucieka! Ja przynajmniej jestem wierny.
– Może jesteś zbyt wierny?
– Przecież do tej pory nie narzekałaś Mrówczyńska. Zasmucasz mnie.
– Ależ Smutku kochany. Nie smuć się.
– Jak mam się nie smucić, skoro chcesz mnie zdradzić ze Szczęściem i Radością?
– Może po prostu… Trzeba ograniczyć troszkę nasze kontakty? Nie może być tak, że Szczęście lub Radość chcą chwilkę odpocząć podczas zabawy ze mną, a ty już przybiegasz i je przepędzasz.
– Ale ja przybiegam, bo jest mi smutno samemu. A i tobie też wesoło nie jest.
– Kochany Smutku. Musisz nauczyć się odróżniać smucenie od braku Radości i Wesołości. To, że Radość, Szczęście lub Wesołość na chwilkę poszły odpocząć, to nie znaczy, że jest mi od razu smutno. One się po prostu szybciej męczą. Biegają, skaczą, śmieją się. Wkładają w to dużo energii. A ty? Ty powłóczysz ledwo nogami, snujesz się z kąta w kąt. Dlatego wolniej się męczysz. Rozumiesz?
– Chyba tak… Zasmuciłaś mnie.
– Wiem Smutku, wiem. Ale obiecaj mi, że od tej pory nie będziesz się skradał. Jak będziesz chciał przyjść, to zapytasz, czy nie przeszkadzasz, dobrze?
– Ale to nie tylko moja wina.
– Jak to?
– Przypomnij sobie. Przecież często jest tak, że obserwuję, jak się dobrze bawisz ze Szczęściem, Radością lub Wesołością, a gdy tylko zrobicie sobie chwilę przerwy, zaraz sobie myślisz o mnie. Przybiegam więc szybko, bo mi smutno i chcę żebyśmy posmucili się razem.
– Kiedy jeszcze przychodzisz nieproszony?
– Nieproszony? Ja zawsze przychodzę na zaproszenie!
– I myślisz, że zapraszam cię, gdy chwilę odpoczywam po zabawie z Radością?
– Przychodzę, bo się martwię o ciebie! Chcę cię uchronić!
– Przed czym Smutku?
– Przed rozczarowaniem. Gdy się cieszysz, drżę o ciebie!
– Jak to?
– Twój śmiech zawsze kończy się płaczem. Chcę cię uchronić przed tym. Czy nie lepiej cały czas być ze mną? Dzięki temu nie jesteś narażona na zmiany nastroju. Przecież te wahania tak bolą!
– Ależ Smuteczku mój. Zrozum, że jesteś potrzebny. Ale tylko czasem, w ściśle określonych sytuacjach. Chcę przebywać także wśród innych emocji. Zrozum proszę…
– Zasmucasz mnie.
– Dlaczego?
– Bo kiedyś wyrzekłaś się innych. Nie pamiętasz? Powiedziałaś, że jestem twoim Smutkiem Organicznym. Że jestem częścią ciebie. Że chcesz czuć tylko mnie!
– Myliłam się. Byłeś ważny w moim życiu, ale nie chcę, byś był jedyny. Nie izoluj mnie.
– Jesteś moja, tylko moja!
– Wiesz Smutku, muszę ci się do czegoś przyznać. Gdy Szczęście, Radość, Wesołość odchodzą, boli mnie to. Gdy zaś odchodzisz ty…
– Nie kończ, proszę.
– Gdy odchodzisz ty, czuję ulgę.
– Wyrzekasz się mnie? Po tylu latach bycia ze mną tak blisko?
– Tak, wyrzekam się. Chcę odnowić kontakt z dobrymi emocjami.
– Nie zasmucaj mnie, będę tęsknić!
– A ja nie Smutku, ja nie.”

212 – twórczy remanent

Przejrzałam odmęty dysku twardego. Odkurzyłam dawno nieotwierane foldery. Dużo tam ciekawych plików. I tak oto znalazłam:

– „Borderline: autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii” – 60 stron tesktu + szkice kolejnych rozdziałów.
– „Anka M.” – horror psychologiczny, stron 30.
– „Bohema” – stron 20.
– „Julka. Wspomnienia psychiatry” – szkic fabuły.
– „Chciałam być wariatką” – autobiografia, stron kilkanaście.

Zaczęłam od pierwszej pozycji. Niewiele brakuje, by ją skończyć. Miałam zająć się beletrystyką, ale… ta książka idzie na warsztat.
Zadrukowane kartki walają się wszędzie. Jak ja kocham ten twórczy nieład! Znów czuję, że żyję.

211 – podszepty przeszłości

Wczorajszej nocy śnił mi się Marek.
Kim był? O tym dowiecie się szerzej z trzeciej części Młodego boga.
Najogólniej rzecz biorąc, był moim przyjacielem. Kochałam go bez wzajemności wiele lat. Stosunkowo niedawno zaczął powoli znikać z mojego świata wewnętrznego.

Za każdym razem, w marzeniach sennych, doczekiwałam się odwzajemnienia moich uczuć. Czułam przepełniające mnie szczęście, słysząc z jego ust:
– Kocham Cię.

Ten sen był inny. Pierwszy raz Marek nie miał swojego ciała. Miał inny wygląd. Na dodatek nie mogłam sobie przypomnieć jego nazwiska.

Po czternastu latach jego obraz zaczyna się rozmywać. Powoli przestaje funkcjonować w mojej świadomości.

210 – artyści zawsze umierają w biedzie

Moją głowę wypełniają myśli paranoiczne. Czuję nowotwory w każdym zakamarku ciała. Nieustanny ból. Czy psychosomatyczny?
W poniedziałek mama wychodzi ze szpitala. Po raz drugi pokonuje złośliwego raka. Przecież jestem do niej tak podobna…
Chciałabym się przebadać. A jedynym sposobem na ubezpieczenie jest etat. Przez umowę z wydawnictwem nie kwalifikuję się na bezrobocie.
Osiem godzin w pracy? Najniższa krajowa. Bycie pieprzonym robotnikiem, wiecznie pomiatanym przez zwierzchników i współpracowników.
– Ja nie mogę iść na etat – próbowałam tłumaczyć cioci.
– Dlaczego?
– Bo ja chcę być pisarką!
– Dziecko, porzuć te mrzonki.
Nie ma to jak wsparcie bliskiej osoby.
Pracując na etacie nie ma mowy o pisaniu. Wieczne niewyspanie. Brak czasu. Zmęczenie.
Wracając z roboty po ośmiu godzinach harówki i gnębienia przez „koleżankę”, jedyne o czym myślałam to był sen. Żeby tylko uciec. Zapomnieć. Potem doszedł alkohol, tabletki i cięcie. Rozpaczliwe pragnienie, żeby się znieczulić.
– Zostaje ci przecież weekend na pisanie.
Czyżby? Sen do piętnastej, zakupy, obiad, sprzątanie. Tępe gapienie się w beznadziejny film.
Poczucie marnowania życie, które przecież od małego chciałam poświęcić sztuce. I wiem, nie zrozumie mnie nikt, kto nie był w takiej sytuacji.
Nie po to walczę z sobą o każdy kolejny dzień, by nie móc tworzyć.

Po raz kolejny. Łzy w oczach. Lęk. I poczucie, że z tej sytuacji nie ma wyjścia.
Nie potrafię być robotem. Bezmyślnym zoombie pakującym towar w kartony. To mnie zabija.

Ale czego ja chcę… W końcu od zarania dziejów, artyści umierali w biedzie.
Proszę tylko o jedno.
Dajcie mi jeszcze kilka lat. Chcę zdążyć spisać to, co we mnie siedzi.