201 – leczenie borderline: autoagresja

Swego czasu dużo czytałam na temat autoagresji. Interesowałam się sposobami leczenia.
Wśród specjalistów można wyróżnić dwie grupy: zwolenników kategorycznego zakazu okaleczania się podczas leczenia oraz tych, którzy skupiają się na przyczynach działań autoagresywnych, zamiast na skutkach.
W pierwszym przypadku, konsekwencją aktu autoagresji jest zakończenie terapii. W drugim – szukanie powodów porażki.
Zawsze intuicyjnie czułam, że drugi sposób podejścia do terapii autoagresji jest skuteczniejszy. Wiadomo, specjalistą nie jestem, ale znając z autopsji problem okaleczania się od czternastu lat, zdążyłam wyrobić sobie swoje zdanie.
Problem autoagresji występuje nie tylko w pogranicznym zaburzeniu osobowości, jednak jest działaniem impulsywnym. I owszem, w terapii chodzi o to, by nauczyć się tym impulsom nie ulegać. Jednak, gdyby kontrola zależała tylko od silnej woli, osoby autoagresywne nie potrzebowałyby terapii, a postanowienia „więcej nie będę tego robić”.
Podejście pierwsze determinuje przeświadczenie, że autoagresja jest czymś złym, za co należy się kara – wydalenie z terapii. Jest to o tyle nieskuteczne, że osoby cierpiące na borderline mają tendencje do niszczenia tego, co dla nich dobre. Tak było w moim przypadku. Pierwszy terapeuta, po pewnym czasie, zrobił aneks do naszego kontraktu. Zgodnie z nim, pocięcie się skutkowało brakiem sesji. W efekcie, specjalnie się okaleczałam, by móc napisać do niego „panie S. pocięłam się, więc mnie nie będzie”.
Obecny terapeuta nie ma takich pomysłów. Zamiast tego, pracuje ze mną nad przyczynami takich działań. Wiem, że gdy upadnę, nie zostanę odrzucona i ukarana.
– Nie mogę być na panią zły, że nie kontroluje pani impulsów, bo to objaw pani choroby – powiedział kiedyś.
Taki stan rzeczy sprawia, że staram się najlepiej jak potrafię, by się nie skrzywdzić.
Trudnością była nie tylko nieumiejętność kontroli impulsu, czy przymus pocięcia na zasadzie uzależnienia. Głównym problemem, w moim przypadku, było uznanie autoagresywności za część osobowości, a nie objaw chorobowy. Doprowadzało to do sytuacji, w których cięłam się tylko dlatego, że uważałam to za swoją „powinność” – jestem autoagresywna, więc muszę się ciąć. Z takiego poglądu rodziło się myślenie: jeśli nie będę co jakiś czas się okaleczać, przestanę być sobą. W procesie terapii udało mi się osiągnąć taki stan, w którym nareszcie zaakceptowałam autoagresję za objaw choroby. Dostrzegłam, że terapeuta ma rację i zaprzestanie krzywdzenia siebie nie będzie oznaczać utraty części tożsamości. Było to bardzo trudne i potrzebne było długofalowe oddziaływanie terapeutyczne. Zrozumiałam, że to wymaga nie tylko decyzji na poziomie świadomości. Trzeba było sięgnąć głębiej i zmienić podejście do swojej tożsamości. Terapeuta pomógł uporać mi się z lękiem, że przestanę być sobą. Cierpliwie towarzyszył mi w upadkach, będąc przy mnie w najgorszych chwilach. Jednocześnie nie dając mi odczuć, że jestem odrzucona, działając przeciw sobie. Taka metoda się sprawdziła.
Nie pocięłam się od pół roku. Nie twierdzę, że już nigdy tego nie zrobię. Ale teraz czuję, że w tej walce mam większe szanse. Bo walki z tym uzależnieniem nie postrzegam już, jako wyrzekanie się siebie.

Wam również życzę wytrwałości i mądrych terapeutów.

959 Total Views 1 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.