Monthly Archives: Czerwiec 2016

235 – terapia borderline: potknięcie to jeszcze nie porażka

To była trudna sesja. Zaczęłam zupełnie na około, bo nie potrafiłam z siebie tego wydusić.

– Jest pani zła na siebie?
– Tak! Nie umiem sobie odpuścić.
– Dokonuje więc pani autoagresji mentalnej. Potknęła się pani, a to jeszcze nie jest porażka. Ważne jest to, co pani zrobi teraz. Bardzo wyraźnie widać, że zachodzą w pani zmiany. Pytanie tylko, co dalej. Czy podda się pani temu wyuczonemu schematowi, czy będzie chciała go przełamać. Wczoraj straciła pani kontrolę, ale dziś ją odzyskała. Wszystko w pani rękach.

234 – fragmenty z trzeciej części „Młodego boga…”

Fragmenty z trzeciej części cyklu – „Młody bóg z pętlą na szyi. Samobójstwo na raty”

„Byłam sama w domu. Miałam pisać pracę zaliczeniową. Zachciało mi się pić, bo jakżeby inaczej. W portfelu jak zwykle pusto. Lekkie podenerwowanie. Ale pisałam dalej. Nagle coś… nie wiem co. Impuls. Nagły atak agresji. Miliony myśli rozsadzające głowę. Czułam, jak zbliża się nieuchronnie. Rozpacz, strach, tęsknota za Nim. Już nic nie miało znaczenia.

Zerwałam się z krzesła. Gorączkowe poszukiwania alkoholu. Bieganie po mieszkaniu. Nic, zero! To musiało się tak skończyć.
Zagłuszyć myśli. Otumanić się czymś. Byle szybko!
Tabletki! Już zero kontaktu z rzeczywistością. Już zaczął się ten amok. Wywalanie wszystkiego z szafek, szuflad. Przecież muszą gdzieś być, jakiekolwiek! Przeciwbólowe, nasenne, uspokajające. Byle tylko się sponiewierać! Byle skrzywdzić swoje ciało!

Nie ma nic. Drgawki z bezsilnej rozpaczy i poirytowania.
Gaz! Biegiem do kuchni. Nawdychać się gazu! Jego zapach uspokaja. Tak… Już trochę lepiej. Zgrana z nas para. Syk dobiegający z palnika i ja nad nim pochylona. Wdychać. Wdychać.
Nagle przebłysk. Rozpuszczalnik! Skrytka ojca. Jest! Niestety. Nie zagłuszył myśli. Tylko rozbolała głowa.
Przecież gdzieś muszą być jakieś tabletki! W szafce matki dwadzieścia Polopiryn. Dobre i to. Ważne, żeby się zatruć. Żeby się skrzywdzić.
Na chwilę mnie zmogło. Piętnastominutowa drzemka. Obudziły mnie nudności.

Przekręcany klucz w drzwiach. Rodzice!
Przejrzałam się w lustrze. Oczy czerwone. Napuchnięte od płaczu. Cera blada. Jakoś się ogarnąć! Palcami przeczesałam włosy.
Pukanie do drzwi.
– Proszę.
Pamiętałam nawet o przyklejeniu sztucznego uśmiechu na skrzywdzoną twarz. Wymiana kilku standardowych uprzejmości.
Wyszli.
Znów się udało. Niczego nie zauważyli.

W nocy znów ta pustka. Płacz, że znów się musiałam skrzywdzić. Ale inaczej przecież być nie może. Myśl, że mogłoby być normalnie, zbyt mnie przeraża.”

(o niejakim Marku)

„Znów zwijam się w spazmatycznej rozpaczy. Na zaciśniętych ustach rozpaczliwa prośba:
– Błagam, wróć! Choć nigdy nie należałeś do mnie, wróć!
Spojrzeć Ci w oczy. W te oczy, co przeszywały mnie na wylot. W te oczy, przed którymi nic się nie ukryło. Jakbyś znał każdy mój sekret i wiedział, że cię kocham.

W chorej głowie kolejny przeklęty pomysł. Nie liczy się jak – ważne by odejść.
Gdyby chociaż było trochę alkoholu, ale tu nic. Zero. Bolesna trzeźwość. I ciało, którego miałam już nie krzywdzić. Goją się rany po ostatnim upadku.

Precz! Przecz z mojej głowy, bo oszaleję! Myśli, miliony myśli – a jedna gorsza od drugiej.

Kurczą się mięśnie w histerycznych drgawkach. I tchu brakuje. Duszę się powietrzem! Ranić się, ranić! Zgnoić! Serce już boli – fizycznie. Spaść na samo dno, na samo – samiuteńkie. Niech pochłonie mnie bagno tej przeklętej egzystencji.

Znów krzyczę „Śmierci! Pragnę śmierci!” lub choćby okaleczyć się. Jak ostatnio. Im mocniej tym lepiej. Zwariuję. Oszaleję!

Błagam, przyjdź do mnie. Nie chcę umierać w samotności!”

232 – moja obawa

Niby wszystko zaczyna iść dobrze.

Zdecydowaną większość czasu poświęcam na dokształcanie się zawodowe. Ale przy tym, jednocześnie, nie zaniedbuję swojej pasji – pisania. Co prawda nie jest to stricte pisanie, a działalność około artystyczna. Jednak dotyczy mojej twórczości.

Czuję siłę. I moc. Rozpiera mnie energia. Budzę się o 8:00 i zrywam z łóżka. Tak szkoda mi dnia! Nie mam ani minuty do stracenia.

Jednak znów pojawia się ten stary lęk. Że wszystko się zepsuje. Pójdzie nie tak. Że to ja wszystko zepsuję. Że odpuszczę. Znów zapadnę się w pustkę i nicość. Wróci autodestrukcja i autoagresja. I jedyne czego będę chciała, to spaść jeszcze niżej…

231 – recenzja „Młodego boga…” w Kwartalniku Psychiatra

Artykuł recenzyjny pochodzi z czasopisma: Kwartalnik Psychiatra Nr 2/2016 (13) LATO

Paprykarz szczeciński dla wegetarian – słowo o książce Anki Mrówczyńskiej „Młody bóg z pętlą na szyi”

Katarzyna Szaulińska

 

Kiedy książkę, taką ja ta, dostaje do recenzji psychiatra, nie ma wyboru – czyta ją zarówno jako czytelnik literatury, jak i przedstawiciel świata opisywanego przez pacjentkę. I w tym drugim kontekście czytam „psychopatologicznie”, z tym że „patologiczność” zaskakuje mnie nie w opisie wewnętrznych przeżyć autorki, a w opisie funkcjonowania świata, w którym się znalazła. Nie powinna zaskakiwać, bo jest to świat, w którym pracuję na co dzień, czyli zamknięty oddział psychiatryczny.
A jednak.

Autorka przyznaje: „Młody bóg…” jest wierną kopią moich przeżyć. Jeden do jednego. To zapis mojego życia wewnętrznego, autodestrukcji, autoagresji. Tego, w jaki sposób i co myślałam”. Mrówczyńska otwarcie pisze o swojej diagnozie: umiarkowany epizod depresji u pacjentki z osobowością borderline.
Kwartalnik PSYCHIATRA Zacznę od ogólnych wrażeń czytelniczych. Książka jest pamiętnikiem, napisanym językiem pozbawionym ozdobników, mającym cechy relacji reporterskiej. Czyta się ją szybko, chociaż jest monotonna. Mrówczyńska opisuje każdy dzień niczym więzień, który skreśla kolejne dni wyroku na ścianie więzienia – jeden podobny do drugiego, od śniadaniowej pobudki, poprzez poranne leki, pomiar ciśnienia, niesmaczny obiad, kolację, wizytę ukochanego, wieczorne obżarstwo. Powoduje to wrażenie zakleszczenia, uwięzienia. Jest ono wzmagane przez to, że spojrzenie autorki przesącza się przez tunel emocjonalny charakterystyczny dla osobowości borderline – idealizacja i dewaluacja, poczucie winy i poczucie krzywdy, przeprosiny i atak, rozpacz i wściekłość, obsesja autodestrukcji. Książka pozwala uświadomić sobie, jak trudno żyć z tym zaburzeniem.
Zapis Mrówczyńskiej jest tak rozdzierająco dosłowny i szczery, że widać w nim potrzebę wystawienia się na ocenę, niechronienie siebie. Z drugiej strony książka jest jasnym komunikatem: chcę być widziana, słyszana i akceptowana taka jaka jestem. I to się udaje, bo autorkę-pacjentkę naprawdę da się zrozumieć i polubić.

Jest w książce sporo smaczków, które doceni każdy, kto miał kiedykolwiek kontakt z psychiatryczną opieką zdrowotną.
Mrówczyńska uwydatnia różne irytujące cechy postaci i miejsc. Dialogi z lekarzami, ukryta w didaskaliach miażdżąca ocena różnych obiegowych sformułowań (np. „z czym pani przychodzi?”), reakcje na chłód, ocenianie, prześmiewanie – cała masa celnych uwag, których lekarz nie usłyszy, bo pacjent po prostu nie przyjdzie na kolejną wizytę.
Podobnie – produkty rybne w diecie wegetariańskiej serwowanej na oddziale. Pojawiający się wielokrotnie na talerzu, nie jedzącej mięsa Mrówczyńskiej, paprykarz szczeciński po przeczytaniu całej książki stał się dla mnie czymś symbolicznym.

Zapewne każdy psychiatra przeżywa moment zadumy, kiedy pacjent z z rozpoznaniem osobowości borderline trafia do szpitala psychiatrycznego. Pojawiają się wtedy, oprócz współczucia dla pacjenta, również złość na system i przekonanie, że dla takiego pacjenta oddział nie jest miejscem idealnym. Po przeczytaniu książki, doszłam do wniosku, że pobyt w oddziale był dla Mrówczyńskiej paprykarzem szczecińskim. Niby leży na talerzu, ale nie karmi. Niby jest „wegetariański”, ale przecież, jak słusznie zauważa Mrówczyńska – „ryba ma oczy”.

Działania personelu oddziału, na który trafia Mrówczyńska, sądząc z jej relacji, opierają się na wspieraniu i pocieszaniu bardziej, niż konfrontowaniu i wyjaśnianiu przyczyn objawów. Nie sposób niektórym lekarzom i psychologom opisanym przez Mrówczyńską odmówić empatii i troski o pacjentkę. Wydaje się jednak być przez nich traktowana jak małe dziecko, któremu tłumaczy się, że „leki za chwilę zaczną działać”, i że „pani musi zmienić myślenie”, i „wszystko będzie dobrze”.
Może to i miłe, ale czy pomocne?
Na pewno nie daje to pacjentce poczucia zrozumienia objawów, ich związku z przeszłością, widzenia ich jako sposobu komunikacji swojej potrzeby miłości i opieki oraz emocji pod nimi ukrytych. Tym samym pacjentka nie dostaje w szpitalu dorosłego spojrzenia na siebie. Utwierdza się ją jedynie w złudnym przekonaniu o „magicznym” działaniu leków i o tym, że psychoterapia jej pomoże, ale będzie na nią czas kiedyś, w innym miejscu i czasie.
Trochę szkoda.
W szkoleniu psychiatry w Polsce zbyt mało, moim zdaniem, przywiązuje się wagi do szkolenia się w psychoterapii. Obowiązkowe zajęcia z tego przedmiotu trwają dwa tygodnie, pół roku trwa „bierny” udział w szkoleniu w Oddziale Leczenia Nerwic. Czy wiedza, zdobyta jedynie zgodnie z wymogami programu specjalizacji, wystarczy, żeby rozsądnie zadbać o pacjenta z zaburzeniem borderline? Tym bardziej, że kontakt z takim pacjentem wywołuje szereg skrajnych emocji, od miłości po nienawiść. Jeśli tych emocji nie rozumie się, trudno wejść w bliższy, terapeutyczny kontakt i bezpieczniej się czuje pozostając na powierzchni.

W drugiej części książki Mrówczyńskiej pt. „Terapia u Doktorka”, opisane są jej doświadczenia z psychoterapii indywidualnej, która miała miejsce już po wyjściu ze szpitala. W tej części obecne jest właściwie wszystko, czego zabrakło w pierwszej. Pogłębienie wiedzy o dzieciństwie, przyjrzenie się funkcji objawów. Mrówczyńska stworzyła przy tym niezwykle dokładny zapis sesji psychoterapeutycznych, taki, jaki sporządza terapeuta na sesje superwizyjne.
Druga część książki kończy się zerwaniem terapii i dewaluacją dotychczas idealnego terapeuty. Nie zamierzam oceniać tej decyzji, ale dla psychiatrów i psychoterapeutów, cenna może być możliwość zapoznania się z procesem, który do tego doprowadził.
Dzięki książkom Mrówczyńskiej psychiatra mający mało doświadczenia w kontakcie z pacjentami borderline dostaje prezent. Książka nie zastąpi szkolenia z psychoterapii, ale może być w nim pomocna. Na pewno może pomóc w rozumieniu osób z zaburzeniami „borderline” i może być również pewnego rodzaju korektywnym doświadczeniem.

Samych takich życzę psychiatrom i autorce.

 

Źródło artykułu:
Katarzyna Szaulińska – Paprykarz szczeciński dla wegetarian – słowo o książce Anki Mrówczyńskiej „Młody bóg z pętlą na szyi”. Kwartalnik Psychiatra Nr 2/2016 (13) LATO, s: 106-107.

Pobierz demo pierwszej części cyklu „Młody bóg z pętlą na szyi”:
» Psychiatryk «

 

230 – rozsądku, gdzie jesteś?

Chyba jakoś powoli zaczynam się oswajać z myślą, że nikt mi pracy na piękne oczy nie da. Że nie podczepię się pod Mrówka i nie będziemy pracować w jednej firmie.
CV prawie napisane. Ociągam się z tym – boję się rozmowy z rekruterem. Boję się, że go nie zrozumiem. Choć Mrówek poradził, żeby wyłapywać słowa-klucze.
W tym CV o swoim angielskim napisałam semi-communicative, hehe. Tak chyba zostać nie może…
Codziennie uczę się angola i jQuery. Może coś z tego będzie.

Kwartalnik PSYCHIATRA wysłał w poniedziałek egzemplarz magazynu na adres mojego Wydawnictwa. Czekam z niecierpliwością, aż będę mogła przeczytać recenzję.
Ostatnio śniło mi się, że owszem, zamieścili info o Młodym bogu, ale była to maleńka rameczka z miniaturką okładki i podpisem „Polecamy tę książkę”. Tyle, że nie dało się z tego nic rozczytać – ani tytułu, ani autora. Taki psikus.

Tak bardzo boję się tego wyjazdu. Choć bardzo go pragnę. Przed oczami wciąż przewijają mi się scenki, jak wszystko idzie nie tak. Jak nie dostaję pracy lub jak ją tracę. Jak nie umiem sobie poradzić w obcym kraju. Jak znów zaczynam się niszczyć. Zawsze tak było. Gdy czegoś bardzo chciałam, sama sobie to obrzydzałam – żeby mi się odechciało. Bierna agresja i stagnacja przede wszystkim! Nic, tylko wytrzaskać się po tym głupim pysku.

229 – emigracja?

I co? I co? I gówno!

Dziś rano na sesji gadałam z terapeutą o wyjeździe.
– Cieszy się pani z wyjazdu?
– W zasadzie tak. Tylko, wie pan, jak zwykle szukam problemów.
– Jakich na przykład?
– Choćby z tym angielskim. Czytanie i pisanie jeszcze w miarę, ale mówienie… ni cholery.
– Jeszcze do niedawna nawet z mówieniem po polsku miała pani ogromny problem.
– W zasadzie tak…
Zaczął się ze mnie śmiać. Co miałam zrobić? Dołączyłam do niego.

Od wczoraj do Mrówka wydzwaniają headhunterzy. Dziś napomknął o mnie jednemu z nich. Mam mu dosłać CV po angielsku. Mrówek wspominał mu, że chcemy pracować w jednej firmie.
– It will be difficult, but I try – odpowiedział.

I zaraz się zaczęło. Łzy w oczach. Myśli samobójcze. Bo jak ja się dogadam z rekruterem? Bo co będzie, jak umówi rozmowę na Skype z potencjalnym pracodawcą? Bo ja w CV boję się wpisać nawet to, co umiem.
A jeśli dostanę pracę? O matko! To się dopiero zacznie!
Bo ktoś mi powie, co mam zrobić, a ja przecież nie zrozumiem!
I już przed oczami scenki, jak wyrzucają mnie z pracy, wracam do domu z płaczem i się tnę, a potem wieszam.
I będzie, że wyszło na moje, bo przecież mówiłam Mrówkowi, że nie dam sobie rady!

Mam siebie dość. I kropka.

228 – o wydaniu

Wczoraj Redaktor prowadząca z Wydawnictwa przygotowała umowę. Wystarczy ją podpisać i wysłać.
Zaczęłam też wypełniać formularz: opisy książki, nota o autorze, artykuły, streszczenie – różne takie potrzebne do promocji książki.
Zupełnie zapomniałam, że nie naniosłam ostatnich poprawek! Muszę się tym zająć po powrocie od rodziców.

Cały czas mnie martwi, że porzuciłam pisanie. Ale ostatnio też tak było. Zabrałam się za to dopiero po wydaniu książki.

227 – pozytywnie

Będąc u mamy na wsi, nauczyłam się wcześnie wstawać. Po powrocie do domu nie zmieniłam tego przyzwyczajenia.
W weekend zaczęłam naukę angielskiego na duolingo.com, naukę cholornego javascriptu, do którego przymierzałam się od lat.
Od kilku dni znów biorę zwiększoną dawkę wenlafaksyny. Tym razem mnie nie zamula, a dodaje energii.
Schudłam sześć kilo (po czym przytyłam kilogram, ale to przemilczmy), nie chleję, zdrowo się odżywiam.
Z optymizmem patrzę w przyszłość. Wiem, że mój los i samopoczucie zależą tylko ode mnie. Czuję, że mam realny wpływ na kształt swojego życia. Już nie płynę bezwolnie z prądem rutyny i beznadziei.
Wiem, że nie mogę się poddać. Że muszę walczyć o siebie i komfort wspólnego życia z Mrówkiem. Mam dużą motywację do dalszego leczenia. Nie chcę zmarnować tej jednej jedynej szansy, jaka została mi dana w chwili, gdy komórka jajowa matki połączyła się z plemnikiem ojca. To jest mój czas. I drugiego nie będzie.

Martwi mnie tylko, że znów przestałam pisać. A to zawsze kończyło się źle. Bardzo źle…

226 – terapia borderline: nauka zdrowej relacji interpersonalnej

Psychoterapia, poprzez rozmowę, pomaga nam uświadamiać sobie niezdrowe mechanizmy, korygować szkodliwe postawy i schematy myślowe, wykształcić prawidłowe reakcje. Ale nie tylko.
Długotrwały kontakt z psychoterapeutą uczy zdrowych relacji interpersonalnych.
Osoby z pogranicznym zaburzeniem osobowości mają duży problem ze stabilnością związków, utrzymywaniem kontaktów społecznych na dobrym poziomie. Ich znajomości często są intensywne i kończą się z wielkim hukiem, a jeśli trwają, są bardzo obciążające emocjonalnie dla obu stron.
Terapeuta, będąc cierpliwym, niekrytykującym towarzyszem w dobrych i złych chwilach, pokazuje, że relacja między ludźmi może trwać niezależnie od okoliczności.
Zawsze byłam uległa w związkach z ludźmi. Czy to z rodzicami, czy znajomymi, chłopakami, czy w pracy. Kontakt i bliskość z drugim człowiekiem kojarzyła mi się z utratą siebie. Z koniecznością wyrzeczenia się swoich potrzeb i pragnień. Wciąż podświadomie spodziewam się ataku i często tak interpretuję rzeczywistość, by przyjąć rolę ofiary.
Stabilna, głęboka relacja z terapeutą uczy mnie, że nie muszę uciekać w swój świat wewnętrzny. Uczy mnie, że o złym samopoczuciu, negatywnych emocjach można rozmawiać i przynosi to ulgę. Że upadki i porażki nie spowodują opuszczenia mnie.
Pierwszy terapeuta posługiwał się groźbą: jeśli podejmę próbę samobójczą – zakończy terapię, jeśli się potnę – mam nie przychodzić na sesję. Źle to wpłynęło na moje zaufanie do niego. Moja interpretacja?
– Jeśli zrobi pani coś nie po mojej myśli, ukarzę panią i opuszczę.
Poza tym wywołało to negatywne skojarzenia z wymuszaniem, zakazami i nakazami że strony rodziców – ojca najbardziej. Potem była już tylko równia pochyła i gwałtowne zakończenie tej relacji.
Obecny terapeuta nic na mnie nie wymusza. Pozwala mi na zmianę we własnym tempie. Wpływa to bardzo pozytywnie na zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.
Powoli przekonuję się, że kontakt z drugim człowiekiem może być rozwijający. Że można być ze sobą nie tylko na dobre, ale i złe. Że przyznając się do słabości nie stracę w oczach kogoś bliskiego. Że nie muszę nic udawać. Że najlepsze kim mogę być, to być sobą.