Monthly Archives: Lipiec 2016

261 – rekomendacja „Młodego boga…” w „Charakterach”

Recenzja ukazała się w czasopiśmie „Charaktery” 8/2016, www.charaktery.eu

Kolejką górską na kozetkę

Katarzyna Szaulińska

Jak wygląda zamknięty oddział psychiatryczny? Jak by to było wejść na chwilę w skórę osoby z zaburzeniem borderline?

Anka Mrówczyńska odpowiada na obydwa pytania. Bez fikcji i wstydu. Jej książka to pamiętnik ze szpitala psychiatrycznego. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Emocjonalny rollercoaster, smutna szpitalna rutyna, małe radości, ocean rozpaczy. Lęk przed porzuceniem. Autodestrukcja.

Czy to przyjemna lektura? Niekoniecznie. A mimo to trudno się od niej oderwać. Autorka swoją autentycznością hipnotyzuje i każe przewijać strony e-booka w oczekiwaniu: czy ona wyzdrowieje? Już wkrótce ukaże się drugi tom książki, Terapia u Doktorka – zapis psychoterapii psychodynamicznej, jaką odbyła Mrówczyńska. W podręcznikach można znaleźć zapisy sesji, ale sporządzane przez terapeutów. Mrówczyńska sporządza zapis sama.

I to całej terapii. Jest to lektura dla tych, którzy zastanawiają się, jak naprawdę toczą się dialogi między pacjentem i terapeutą. Dla tych, którzy chcą zostać psychoterapeutami. A przede wszystkim dla tych, którzy sami zmagają się z problemami podobnymi do Mrówczyńskiej i czują, że wrażliwość na zranienie nie pozwala im istnieć. Albo których bliscy cierpią z powodu tego zaburzenia. Czytając, dotkniecie tego sposobu przeżywania świata, który jest jednocześnie straszny i piękny. Mrówczyńska pokazuje, że można go i oswoić, i polubić. I dzięki temu: zmienić.

 

260 – odlot w psychiatryku

Tak a propos Tisercinu.

Podczas pierwszego pobytu w psychiatryku, a było to w niechlubnym roku 2008, byłam bardzo przerażona.
Pomijając już całą otoczkę, na kogo pierwszego wpadłam, wzrok współpracjentek wiecznie utkwiony w dowodzie powieszenia, i tak dalej… nie miałam za grosz zaufania do personelu. Ta czarna jędza – ordynator – siała postrach na całym oddziale. Część pielęgniarek szła w te same ślady i to za jej przyzwoleniem.
Nie wdając się w to, czym mnie straszyła, jak mnie traktowała, sama obserwacja jej poczynań, przyprawiała mnie o palpitacje serca.
Przechadzała się po oddziale, wskazując ręką:
– Tę w pasy, tej zastrzyk w tyłek, tej cofnąć przepustkę… wyliczanki nie było końca.
Skutecznie działało to na moją wyobraźnię.

Nie mogłam tam spać. Kilkunastoosobowa sala obserwacyjna. Jęki, stęki, chrapania, krzyki.
W końcu w palarni zostałam namówiona na zgłoszenie bezsenności dyżurnemu, na wieczornym obchodzie. Skoro one dostawały nasenne, to czemu ja bym nie miała?
Tak też zrobiłam.
Na pierwszy rzut dostałam gówniany Nasen. Choć jakby spojrzeć na to z drugiej strony… Pal licho, że całą noc nie zmrużyłam oka. Jazda była przednia. Siedziałam na łóżku po turecku, kiwałam się jak w chorobie sierocej i obserwowałam cienie drzew na ścianie. Tak nie czułam się nigdy. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Cienie powoli zaczęły się zmieniać w dziwne stwory. Ni to straszne, ni to śmieszne. Po chwili zaczęły stawać się trójwymiarowe i wychodzić ze ściany. Już wtedy pomyślałam sobie, że nieźle mnie naćpali. Kiedy zaczęły do mnie mówić i zachęcać do rozmowy, a ja się wdałam z nimi w dyskusję… kapnęłam się dopiero po dłuższym czasie, gdy halucynacje odpuszczały. Trzeba przyznać – przestraszyłam się. Nie dobrej jazdy, a tego, że wszystko mogły odnotować francowate piguły, żeby rano donieść ordynatorce… na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Swoją drogą ciekawe. Sala obserwacyjna, a pocięta pacjentka ze świeżą wisielczą pręgą na szyi może całą noc siedzieć, kiwać się na łóżku i gadać do ściany. Chyba jestem dziwna, że mnie to dziwi…
Nic to. Następnego dnia wieczorem, upewniwszy się, że jest to „zabawa” bezpieczna, znów poszłam po coś na sen:
– Tamto nie działało – rzuciłam lekarzowi.
Dał mi coś innego. Nie pamiętam co, nie chce mi się szukać wypisu.
Próbowałam przetrzymać działanie nasenne. Udało się. Ale poza tym nic. Poleżałam kilka godzin i nad ranem zasnęłam.
Trzeciego dnia ta sama śpiewka. Spróbował jakiegoś benzo. Był to bodajże Klonazepam. Uspokoiłam się, lęki ustały, ale nic poza tym.
Gdy przyszłam czwartego dnia zgłosić ten sam problem… lekarz przywalił z grubej rury i poczęstował mnie Tisercinem. Łyknęłam, zapaliłam, usiadłam na łóżku i mniej więcej tyle pamiętam. Obudziły mnie, a raczej próbowały dobudzić, pielęgniarki.
To jakoś zniechęciło mnie do tej zabawy.
Tego dnia na rozmowę wzięła mnie ordynatorka (moja prowadząca). I jak nie huknęła:
– Jeszcze raz weźmiesz coś na sen, to cię na kolejny tydzień zatrzymam! Nie śpisz? Pewnie znów chcesz się zabić!
Jędza jedna wredna. Śmiała mi powiedzieć, że jak umrę to będę miała szczęście. Babsko psychopatyczne.

Dlatego do Tisercinu mam jakieś emocjonalne uprzedzenia.

259 – psychiatra

Wczoraj rano terapia. Znów zaczęłam mówić. Przynajmniej próbowałam.
Potem odwiedziny u mamy w szpitalu.

Na 20:00 psychiatra.
Wyszłam z domu przed 19:00. Część drogi pokonałam autobusem. Zamiast przesiąść się w tramwaj, wybrałam spacer. Nie wytrzymałam. Kupiłam browara i wlekłam się wolno, noga za nogą, paląc kolejne fajki i sącząc piwo. Cała droga wzdłuż ogromnego parku. Kilka kilometrów. Łzy nie opuszczały mnie ani na chwilę. Włosy na twarzy, głowa spuszczona. Ale i tak widziałam kątem oka, że tabuny mijajacych mnie ludzi, zwracają na mnie uwagę. Nie miałam siły się tym przejmować.
Przyszłam ze dwadzieścia minut przed czasem. Siadłam w poczekalni zwinięta, z kurtyną włosów na twarzy i płakałam dalej.
Gdy poprzedni pacjent wyszedł, a Doktor do mnie podszedł, usłyszałam:
– Ojej…

– Mój węch mnie myli, czy czymś się pani zaprawiła?
– Jedno piwo wypiłam.
– To sadystyczne względem mnie.
– No sorry…
– Nie sorry, tylko też bym się napił w ten gorąc – chyba się uśmiechnął.
Potem już ryczałam całą godzinę. Wywlekając z siebie cały ten gnój.
– Znów wpadła pani w ślepy zaułek i kręci się jak chomik w kółku.
Ehh. Jakbym nie wiedziała.
– Ja chcę tylko pisać!
– Nieprawda. Gdyby zależało pani tylko na tym, nie brałaby pani leków i nie chodziła na psychoterapię.
– Oj wie pan, o co mi chodzi.
– Pani Anno, pisanie też jest dla pani ucieczką.
Po długiej rozmowie, uspokoiłam się na chwilę przy nowych zaleceniach. Trittico w kąt. Dawka 150mg nie przynosiła żadnych efektów.
– Brała pani kiedyś mirtazapinę?
– Nie.
– To antydepresant, tabletki rozpuszczają się w ustach.
– Ta, i pewnie zawierają aspartam.
– I co z tego?
– Ja się zdrowo odżywiam!
To się uśmiał…
– Fajki palę, piwo piję, ale się zdrowo odżywiam.
– Oj cicho no…
– A do tego Tisercin. Brała pani kiedyś?
– W psychiatryku.
– I jak?
– Urwał mi się po nim film. Siedziałam na łóżku, a gdy otworzyłam oczy, było rano.
– I o to chodzi. To co, piszemy te dwa leki i wenlafaksynę?
– Niech pan pisze… tak nie lubię leków…
– A ja nie lubię ich pani przepisywać. W pani przypadku najważniejsza jest psychoterapia.

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, znów polały się łzy. Wlekłam się z powrotem kilka kilometrów na przystanek autobusowy. Nie potrafiłam przestać płakać. I patrzeć tym swoim tępym, nieobecnym wzrokiem.
Nawet nie chce mi się pisać, jakie myśli wypełniały ten pojebany łeb.

258 – terapia borderline: gdy nie mówisz o problemie, on znika

Gdy tylko weszłam do gabinetu, od razu zauważył, że coś jest nie tak.
Burknięte pod nosem:
– Dobry…
Bez, nawet przelotnego, spojrzenia na niego. Włosy jeszcze bardziej na twarzy niż zazwyczaj. Skamieniałam na fotelu i patrzyłam na swoje ręce, zakrywające brzuch.

Tak bardzo nie chciałam wchodzić w kontakt z terapeutą, że nawet potwierdzenia wyrażałam poprzez zaprzeczenie.
– Denerwuje się pani?
Wzruszenie ramionami.
– Nie miała pani dziś ochoty tu przychodzić, prawda?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
Co jakiś czas zadawał kolejne pytania. Tylko na jedno odpowiedziałam słownie.
– O czym pani myśli?
– O niczym.
Więcej się nie odezwałam.
– Wczoraj na koniec sesji powiedziała pani coś bardzo ważnego.
Cisza.
– Nie odezwie się pani dziś do mnie?
Wzruszenie ramionami.
– Nie chce pani tu być?
Potwierdzenie przez zaprzeczenie głową.
– Dlaczego?
Kolejne pytanie pozostawione bez odpowiedzi.
– Wczoraj znów pojawiły się myśli o zrezygnowaniu z terapii?
Milczenie. Na to jedno pytanie chciałam odpowiedzieć:
– Nie.
I dodać, że obawiam się jego rezygnacji z pracy ze mną.
Ale ciało odmówiło współpracy.

Siedziałam tam nieruchomo, nawet nie bujając się na fotelu, jak to zwykle robię. Jakiś włos łaskotał mnie w nos. Nie byłam w stanie podnieść ręki, by go odgarnąć.
Znów zapadłam się w nicość. Chcąc tylko stamtąd uciec.

Pieprzony, przewidywalny border ze mnie. Z życiową zasadą: gdy nie mówisz o problemie, on znika.

W drodze do domu zaczepił mnie patrol. Wychodzili z jakiejś klatki. Wielce empatyczna policjantka zaszła mi drogę i rzuciła:
– Coś się stało?
– Zostawcie mnie w spokoju…
Burknęłam pod nosem i chciałam ją obejść. Kątem oka widziałam, jak popatrzyła na partnera i wzruszyła ramionami. Zeszła mi z drogi i poszli w swoją stronę.

257 – terapia borderline: wyrok

Na wczorajszej sesji, dwie minuty przed końcem, udało mi się wydusić z siebie to, co próbowałam całe czterdzieści pięć.
– Pani Aniu, wrócimy do tego jutro, dobrze?
Z ulgą skinęłam głową i pospiesznie wyszłam.

Noc pełna koszmarów. Kolejna. Po której zerwałam się z łóżka i w pośpiechu robiłam kawę. Żeby się tylko rozbudzić.

Nie chcę tam dziś iść.
11:45 – godzina rozpoczęcia obrad i ogłoszenie wyroku. Tak czuję.

256 – pisanie najlepszym lekarstwem

Chcąc uporać się ze swoimi obawami dotyczącymi terapii i nabrać do nich dystansu, postanowiłam siąść do „Autoterapii”.
Po napisaniu i przeczytaniu czterech stron zorientowałam się, że może i jest to zabawne, ale nie do końca dotyczy tematu tego rozdziału.
Czyli co, mam dwie kartki wstępu. Hehe. Ja to rzeczywiście mam swój świat.

255 – kac po sesji

Wczoraj na zmianę: rozpacz, ulga, pętla na szyi, bezbrzeżny smutek, bezkresna pustka.
Amplituda sinusoidy emocjonalnej wprowadziła totalny chaos. Niedający się poskromić w żaden znany mi sposób.
Myśli autoagresywne, autodestrukcyjne i te jeszcze bardziej radykalne.
Uspokoiła mnie dopiero podjęta decyzja. Zjawienie się w poniedziałek w gabinecie, by zakończyć naszą współpracę. Należy mu się ten szacunek, by rozstać się osobiście, a nie za pomocą sms.

Dziś została tylko pustka, po kolejnej koszmarnej nocy.
Najpierw śnił mi się terapeuta. Oczywiście nie mogło zabraknąć elementów strzelaniny, śmiertelnego zagrożenia, lęku o życie Mrówka, i innych tego typu atrybutów koszmaru.
Potem akcja przeniosła się do cioci na wieś. Ogrodzenie jej podwórka graniczyło bezpośrednio z lasem, w którym grasował wściekły dzik. Wszyscy – ja, ciocia, Mrówek, rodzice – baliśmy się go bardzo, bo był zdeterminowany, by zabijać. Psy cioci chciały nas chronić, odgonić go. W obawie o ich życie, zagoniliśmy je do domu. W pewnej chwili dzik sforsował ogrodzenie. Zaczął biegać wokół domu, próbując się do niego dostać. W pośpiechu zasłanialiśmy żaluzje. Wszystko na nic. Wdarł się do środka. Uciekliśmy więc na dwór. Gdy ten wybiegł za nami, wróciliśmy do domu. Na zewnątrz została ciocia z psami. Byłam przerażona. Myślałam, że ona i zwierzęta zginą. W pewnej chwili usłyszałam jej wołanie. Wyszłam na ganek i zobaczyłam, że siedzi na schodku, a obok niej leżą psy – przytulone do dzika. Liżą go, on je delikatnie zaczepia. Okazało się, że ten dzik był wściekły, bo potrzebował bliskości – człowieka i psów. Ciocia drapała go za uchem, a on zaczął się tarzać na grzbiecie. Tak, jak robią to psy ze szczęścia.

Idąc tropem terapeuty, był to wyraz emocji. Czym więc był ten dzik? Mną, potrzebującą terapii, czy terapią, którą zaczęłam tak demonizować?

254 – terapia borderline: musi być gorzej, by mogło być lepiej?

Koszmarna noc. Po obudzeniu byłam bardziej zmęczona, niż się kładąc.
– Ten sen to wyraz kłębiących się w pani emocji.
Heh.

Sesja rozjebała mnie do reszty.
Do domu wracałam ścieżką za blokami, chcąc schować się przed wzrokiem przechodniów. Zupełnie olałam zakupy, które zawsze robię w drodze powrotnej – nie potrafiłam powstrzymać łez.
Przygniótł mnie ogromny wstyd, wyrzuty sumienia i poczucie winy, że po początkowym milczeniu, otworzyłam się. Jakbym robiła coś bardzo złego chodząc na terapię. Chciałam zapaść się pod ziemię, gdy musiałam odwracać twarz w jego stronę, by sięgnąć po chusteczkę.
– Wstyd, poczucie winy, to emocje z przeszłości. Terapia je pobudza, ale one nie mają związku z teraźniejszością.
Nie potrafię się pogodzić z tymi łzami w jego obecności. Wciąż słyszę swój łamiący się głos.
– Chcę tylko wrócić do domu i przespać cały dzień.
– Żeby obudzić się w takim nastroju jak wczoraj?
– Nie. Żeby nie myśleć o żyletce.
– Pojawiły się negatywne emocje i znów chce się pani za nie ukarać. Wchodzi pani w rolę swojego ojca. Powinna pani zrobić dla siebie coś dobrego, szczególnie dzisiaj. Zaktywizować się, by poczuć się lepiej.
– W dupie to mam.
– Ma pani w dupie, że cierpi?
– Cierpiąc, czuję się sobą.
– Bardziej naturalna była pani wczoraj, gdy była pani chętna do nawiązywania kontaktu, pełna energii.
Po jego słowach przypomniał mi się wczorajszy wpis. O chęci bycia znów taką, jaką byłam za dzieciaka. Nie powiedziałam o tym. Nie potrafiłam dostrzec w tym sensu.

Nie chcę tam wracać w poniedziałek…

253 – mówcie mi: motywacja!

Jako dziecko, byłam radosna, wesoła, pełna życia, bystra, rezolutna, ambitna, głodna świata, wiedzy, głodna nowych przeżyć i doświadczeń. Tak bardzo kochałam życie!
Nadal je kocham. To prawda, sześć razy próbowałam je sobie odebrać, ale nigdy nie straciłam do niego sentymentu.
Pozwoliłam, by zaburzenia zapanowały nade mną. Uwierzyłam, że to prawdziwa ja. Zaczęłam się niszczyć. Odrzuciłam to, kim byłam. Dałam się stłamsić objawom chorobowym.

Muszę. Muszę odzyskać kontrolę nad swoim życiem! Chcę być tym, kim miałam być.

Myślę, że uratowało mnie pisanie. Największa pasja mojego życia. Nawet w najgorszych chwilach, ze stryczkiem na szyi, z tyłu głowy miałam myśl, że chcę coś po sobie pozostawić, podzielić się swoimi myślami. Że chcę i muszę pisać.

To najlepsza motywacja do zaangażowania w terapię, podjęcia ryzyka bliskości z terapeutą – walka o własne marzenia, pasję. I życie.

252 – terapia borderline: praca, praca i jeszcze raz praca

Powróciłam do świata żywych. Po raz kolejny się podnoszę i zaczynam swoją walkę od nowa.
Terapeuta zauważył, że mój nastrój i nastawienie zmieniły się diametralnie od wczorajszej sesji.
– Skoro czuje się pani lepiej, mogę znów zacząć mówić o rzeczach dla pani trudnych?
– No ja! Chce pan wszystko zepsuć? – roześmiałam się.

– Jest w pani ogromny lęk przed bliskością. Ostatnio poczuła pani, że się do mnie zbliża i poszła lawina, prawda?
Przytaknęłam głową.
– Tak, jakby ta bliskość miała panią w jakiś sposób skrzywdzić. I broni się pani przed tym, odcinając się od kontaktu. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje.
– Wiem…
– Musimy być przygotowani na to, że im większą bliskość ze mną będzie pani czuła, tym silniejszy lęk będzie się pojawiał. A co za tym idzie, coraz bardziej będzie chciała pani uciekać i zniszczyć tę relację.
Milczałam, drapiąc skórkę przy paznokciu.
– Pani milczenie biorę za potwierdzenie moich słów.
Spojrzałam na niego.
– Nie inaczej…

– Chodzi o to, żeby mówiła pani o swoich przeżyciach i emocjach. Można powiedzieć, że dążymy do takiego stanu, w którym będzie pani mogła myśleć na głos.
– W teorii to wiem.
– Pani Aniu, ja nie wymagam od pani, żeby od razu zaczęła pani tak otwarcie mówić. Rozumiem, że jest to dla pani bardzo trudne. Chodzi o to, żeby próbować. To jest właśnie teraz pani praca nad sobą.

Nie było w tym nic odkrywczego. Przecież to wszystko doskonale wiem. Tyle, że takie słowa z ust terapeuty, dobrze wpływają na naszą relację. Pogłębiają bliskość, potwierdzają słuszność mojego zaufania do niego.

Tak, jak planowałam, poruszyłam temat autoagresji. Próbowałam się zrelaksować, przekonać samą siebie, że terapeuta mnie nie skrzywdzi w żaden sposób. Nawet, jeśli będę mówić o swoich destrukcyjnych myślach i obawach z nimi związanych. Mówiłam powoli. Często robiąc przerwy. Nie popędzał mnie. Pozwolił mi na otwieranie się w swoim własnym tempie.

Po raz kolejny spytał, czy może zobaczyć blizny – po raz kolejny odmówiłam. To jeszcze nie ten etap bliskości.

Jutro kolejna sesja. Jestem pełna wiary, nadziei i zmotywowana do pracy nad sobą – jak nigdy.