236 – przeklęta autoagresja

Przecież musiałam sobie zdawać sprawę z tego, że tak będzie.
No tak. Tylko wtedy się nie chciało myśleć.
Kilkadziesiąt nacięć brutalnie zakończyło ośmiomiesięczną abstynencję.
– To dla pani sygnał ostrzegawczy – terapeuta próbował odwieść mnie od besztania siebie w słowach i myślach.
Na próżno. Nie mogę sobie odpuścić. Nie potrafię wybaczyć.
Przymus wrócił z ogromnym natężeniem. Nieznośny ból w nadgarstkach. Pragnienie, by je pochlastać do kości.
Nie powinno mnie to dziwić. Przecież zawsze tak jest. Pieprzony kawałek metalu jest dla mojego mózgu heroiną. Jeden raz wystarczy, by przez długi czas utrzymywał się potworny głód:
– Jeszcze! Jeszcze tylko raz! Więcej, więcej!
I cholerny mechanizm obronny:
– Przecież jestem taka mała i słaba. Nie potrafię walczyć z tym nałogiem. Tnę się połowę życia! Inaczej nie umiem.
– Gówno prawda! Wiedziałaś, że tak będzie. Po cholerę łapałaś za tę żyletkę?
– Bo to tylko raz. Bo inaczej nie umiałam. Bo…
– Bo jesteś cholernie durna. I nie uczysz się na błędach. Od czternastu lat popełniasz w kółko ten sam błąd! I za każdym razem dziwisz się konsekwencjom!

Ręce opadają.

1240 Total Views 4 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.