259 – psychiatra

Wczoraj rano terapia. Znów zaczęłam mówić. Przynajmniej próbowałam.
Potem odwiedziny u mamy w szpitalu.

Na 20:00 psychiatra.
Wyszłam z domu przed 19:00. Część drogi pokonałam autobusem. Zamiast przesiąść się w tramwaj, wybrałam spacer. Nie wytrzymałam. Kupiłam browara i wlekłam się wolno, noga za nogą, paląc kolejne fajki i sącząc piwo. Cała droga wzdłuż ogromnego parku. Kilka kilometrów. Łzy nie opuszczały mnie ani na chwilę. Włosy na twarzy, głowa spuszczona. Ale i tak widziałam kątem oka, że tabuny mijajacych mnie ludzi, zwracają na mnie uwagę. Nie miałam siły się tym przejmować.
Przyszłam ze dwadzieścia minut przed czasem. Siadłam w poczekalni zwinięta, z kurtyną włosów na twarzy i płakałam dalej.
Gdy poprzedni pacjent wyszedł, a Doktor do mnie podszedł, usłyszałam:
– Ojej…

– Mój węch mnie myli, czy czymś się pani zaprawiła?
– Jedno piwo wypiłam.
– To sadystyczne względem mnie.
– No sorry…
– Nie sorry, tylko też bym się napił w ten gorąc – chyba się uśmiechnął.
Potem już ryczałam całą godzinę. Wywlekając z siebie cały ten gnój.
– Znów wpadła pani w ślepy zaułek i kręci się jak chomik w kółku.
Ehh. Jakbym nie wiedziała.
– Ja chcę tylko pisać!
– Nieprawda. Gdyby zależało pani tylko na tym, nie brałaby pani leków i nie chodziła na psychoterapię.
– Oj wie pan, o co mi chodzi.
– Pani Anno, pisanie też jest dla pani ucieczką.
Po długiej rozmowie, uspokoiłam się na chwilę przy nowych zaleceniach. Trittico w kąt. Dawka 150mg nie przynosiła żadnych efektów.
– Brała pani kiedyś mirtazapinę?
– Nie.
– To antydepresant, tabletki rozpuszczają się w ustach.
– Ta, i pewnie zawierają aspartam.
– I co z tego?
– Ja się zdrowo odżywiam!
To się uśmiał…
– Fajki palę, piwo piję, ale się zdrowo odżywiam.
– Oj cicho no…
– A do tego Tisercin. Brała pani kiedyś?
– W psychiatryku.
– I jak?
– Urwał mi się po nim film. Siedziałam na łóżku, a gdy otworzyłam oczy, było rano.
– I o to chodzi. To co, piszemy te dwa leki i wenlafaksynę?
– Niech pan pisze… tak nie lubię leków…
– A ja nie lubię ich pani przepisywać. W pani przypadku najważniejsza jest psychoterapia.

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, znów polały się łzy. Wlekłam się z powrotem kilka kilometrów na przystanek autobusowy. Nie potrafiłam przestać płakać. I patrzeć tym swoim tępym, nieobecnym wzrokiem.
Nawet nie chce mi się pisać, jakie myśli wypełniały ten pojebany łeb.

547 Total Views 1 Views Today

4 komentarzy “259 – psychiatra”

  1. kto280391 napisał(a):

    Mirtor (mirtazapina) wyciągnął mnie z niezłego gówna – i to tak na dłużej, od lutego u mnie względny spokój. Jak żaden antydepresant wcześniej, nie wbił mnie w zmianę fazy. Jedyny minus to nieźle pojebane sny na początku, chociaż jak zeszłam z 30mg na 15 to było lepiej. Ale w połączeniu z Tisercinem powinno być okay 😉
    Nawet żreć się więcej nie chce, no piękny wynalazek 🙂
    powodzenia.

    • mrówka napisał(a):

      dwa tygodnie brania Trittico, a ja czuję się spuchnięta jak balon…
      mnie swego czasu wenla tak wyciągnęła, a już miałam skierowanie do psychiatryka wystawione
      najgorszy ten sen… ledwie funkcjonuję.
      chyba bardziej pojebanych snów niż teraz mam, nie da się mieć… uwierz.

      • kto280391 napisał(a):

        hmmm, no wierzę, rozumiem 😉
        o ile treść snów jakoś mocno się nie zmienia, to jednak ich intensywność… wrażenia jak po koksie trochę, sny eksplodują kolorami, dźwiękami, zapachami, tak jakby kilka rzeczy naraz się śniło.

        „spuchnięta jak balon” – tzn. woda Ci się zatrzymuje w organizmie? Bo na to akurat jest sposób: hektolitry herbaty z pokrzywy z cytryną. Sprawdzone, bo to nawet sportowcy cisną w sztukach walki żeby wagę zrzucać ;p
        i mnie też pomogło, tyle że u mnie to bardziej stabilizatory pompowały…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.