260 – odlot w psychiatryku

Tak a propos Tisercinu.

Podczas pierwszego pobytu w psychiatryku, a było to w niechlubnym roku 2008, byłam bardzo przerażona.
Pomijając już całą otoczkę, na kogo pierwszego wpadłam, wzrok współpracjentek wiecznie utkwiony w dowodzie powieszenia, i tak dalej… nie miałam za grosz zaufania do personelu. Ta czarna jędza – ordynator – siała postrach na całym oddziale. Część pielęgniarek szła w te same ślady i to za jej przyzwoleniem.
Nie wdając się w to, czym mnie straszyła, jak mnie traktowała, sama obserwacja jej poczynań, przyprawiała mnie o palpitacje serca.
Przechadzała się po oddziale, wskazując ręką:
– Tę w pasy, tej zastrzyk w tyłek, tej cofnąć przepustkę… wyliczanki nie było końca.
Skutecznie działało to na moją wyobraźnię.

Nie mogłam tam spać. Kilkunastoosobowa sala obserwacyjna. Jęki, stęki, chrapania, krzyki.
W końcu w palarni zostałam namówiona na zgłoszenie bezsenności dyżurnemu, na wieczornym obchodzie. Skoro one dostawały nasenne, to czemu ja bym nie miała?
Tak też zrobiłam.
Na pierwszy rzut dostałam gówniany Nasen. Choć jakby spojrzeć na to z drugiej strony… Pal licho, że całą noc nie zmrużyłam oka. Jazda była przednia. Siedziałam na łóżku po turecku, kiwałam się jak w chorobie sierocej i obserwowałam cienie drzew na ścianie. Tak nie czułam się nigdy. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Cienie powoli zaczęły się zmieniać w dziwne stwory. Ni to straszne, ni to śmieszne. Po chwili zaczęły stawać się trójwymiarowe i wychodzić ze ściany. Już wtedy pomyślałam sobie, że nieźle mnie naćpali. Kiedy zaczęły do mnie mówić i zachęcać do rozmowy, a ja się wdałam z nimi w dyskusję… kapnęłam się dopiero po dłuższym czasie, gdy halucynacje odpuszczały. Trzeba przyznać – przestraszyłam się. Nie dobrej jazdy, a tego, że wszystko mogły odnotować francowate piguły, żeby rano donieść ordynatorce… na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Swoją drogą ciekawe. Sala obserwacyjna, a pocięta pacjentka ze świeżą wisielczą pręgą na szyi może całą noc siedzieć, kiwać się na łóżku i gadać do ściany. Chyba jestem dziwna, że mnie to dziwi…
Nic to. Następnego dnia wieczorem, upewniwszy się, że jest to „zabawa” bezpieczna, znów poszłam po coś na sen:
– Tamto nie działało – rzuciłam lekarzowi.
Dał mi coś innego. Nie pamiętam co, nie chce mi się szukać wypisu.
Próbowałam przetrzymać działanie nasenne. Udało się. Ale poza tym nic. Poleżałam kilka godzin i nad ranem zasnęłam.
Trzeciego dnia ta sama śpiewka. Spróbował jakiegoś benzo. Był to bodajże Klonazepam. Uspokoiłam się, lęki ustały, ale nic poza tym.
Gdy przyszłam czwartego dnia zgłosić ten sam problem… lekarz przywalił z grubej rury i poczęstował mnie Tisercinem. Łyknęłam, zapaliłam, usiadłam na łóżku i mniej więcej tyle pamiętam. Obudziły mnie, a raczej próbowały dobudzić, pielęgniarki.
To jakoś zniechęciło mnie do tej zabawy.
Tego dnia na rozmowę wzięła mnie ordynatorka (moja prowadząca). I jak nie huknęła:
– Jeszcze raz weźmiesz coś na sen, to cię na kolejny tydzień zatrzymam! Nie śpisz? Pewnie znów chcesz się zabić!
Jędza jedna wredna. Śmiała mi powiedzieć, że jak umrę to będę miała szczęście. Babsko psychopatyczne.

Dlatego do Tisercinu mam jakieś emocjonalne uprzedzenia.

329 Total Views 2 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.