262 – „… bo do pani trzeba mówić, jak do debila”

Apteka. Taki sklep, tylko z lekami. Czasem, jak za komuny, trzeba mieć kartkę uprawniającą do zakupu. Niektóre dobra bowiem są reglamentowane. Co jeszcze? No tak. Wszyscy sprzedawcy mają wykształcenie wyższe branżowe.
Wydawać by się mogło, że ten kapitalistyczny skrawek nieruchomości pozbawiony jest uprzedzeń i stereotypów.
A jednak.

Komunikacja przy realizacji recept na same antydepresanty zawsze jest sprawna.
– Dawkowanie znane?
– Znane.
– Proszę.
– Dziękuję.
Do widzenia.

Problem pojawia się, gdy pani/pan magister na świstku od psychiatry dostrzega neuroleptyk. W ich oczach, jak podejrzewam, staję się schizofrenikiem kiepsko osadzonym w rzeczywistości.
Nie mówię tu, o „podśmiechujkach”, niestosownych komentarzach, czy krzywych spojrzeniach – co to, to nie. Zmienia się jednak ich podejście do moich możliwości percepcyjnych. Biorą sobie do serca zasadę tłumaczenia „jak krowie na rowie”.
Tak było ostatnio.
Apteka całodobowa, piątek wieczór. Podałam receptę.
– Ale nie mamy Orivenu 150mg. Musiałabym zamówić. Byłby dopiero na poniedziałek, bo dziś wieczorem zaczyna się remont.
– Dobrze.
– Ale nie mam go na stanie.
– Nie szkodzi, wenlafaksynę mam zapisaną w dwóch dawkach. 150 i 75mg. Oriven 75mg jest?
– Tak.
– A Tisercin i Mirtor?
– Też.
– Super. Poproszę.
– Ale niech pani idzie do innej apteki.
– Czemu?
– Bo nie mam Orivenu 150mg.
No żeż zaraz mnie coś trafi.
– Wiem. Proszę go zamówić.
– Ale będzie dopiero na poniedziałek.
– Rozumiem. Ale mam ten lek w innej dawce, więc nie szkodzi.
– Może jednak pójdzie pani do innej apteki całodobowej? Na przykład… (tu padają adresy). Jeśli pani tu zrealizuje tę receptę, nie będzie pani miała tego leku.
Pięć minut mi tłumaczyła, że jeśli czegoś nie kupię, nie będę tego miała.

Nie lubię kupować neuroleptyków.

366 Total Views 1 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.