263 – terapia borderline: ile upadków, tyle powstań

Nieważne, ile razy upadniesz. Po każdej glebie przypomnij sobie, jak dobrze było iść. I, choćby chwilowo, na czworakach i w ślimaczym tempie – zmierzaj do celu. Nie pozwól sobie samemu odebrać tego, co dla Ciebie cenne.

– Bierność panią zabija. Odbiera siły. Umacnia negatywne emocje – tę mantrę terapeuty słyszę od piętnastu miesięcy.
Ostatnio znów było źle. Nadal jest.
Na wczorajszej sesji mówiłam o pustce, obojętności, zniechęceniu.
Po powrocie do domu włączyłam komputer. Patrzyłam tępo w monitor, od czasu do czasu otwierając jakiś folder lub stronę, by je po chwili zamknąć.
Całkowicie bezproduktywny dzień.
– Ale wieczorem tak zaczęłam się zastanawiać. Co, jeśli za miesiąc, pół roku, rok, usłyszę diagnozę choroby terminalnej? Jak się wtedy poczuję ze świadomością, że większość czasu spędziłam na gapieniu się w jeden punkt?
– Doszła pani do wniosku, że szkoda czasu?
– Jeszcze jak!
Spojrzałam na niego nawiązując kontakt wzrokowy. Włosy odgarnięte za ucho. Nie chciałam się za nimi chować tak, jak robiłam to w ostatnim czasie. Zdarzało się nawet, że mówiąc lub słuchając, patrzyłam mu w oczy.

Jest we mnie ogromne poczucie straty. Dotyczy ono różnych aspektów życia.
– Wie pan, ja w takich stanach jak wczoraj, bezsensownie odwołuję się do absolutów.
– Jak to pani rozumie?
– Skoro część życia zmarnowałam, nie ma sensu już nic robić. Skoro ludzkość kiedyś wyginie, nie ma sensu pisać, bo wszystko zniknie. Zostanie unicestwione.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne i pozbawione sensu jest takie myślenie. Wszystko albo nic.
Postanowiłam wziąć się do roboty.

Woła mnie wena. Krzyczy do mnie strona www, którą chcę przerobić. Wzywają mnie obowiązki ambasadorki „Słów na granicy zmian”. Mam tyle do zrobienia!

I niech świat się skończy choćby za godzinę. Nie chcę umierać ze świadomością, że zmarnowałam swoje życie. Że mogłam i chciałam tyle zrobić, ale zbyt się bałam, by podnieść dupę z kanapy. I wzrok odwrócić w kierunku tego, co ważne. Nie chcę być ślepa i bronić się wymówką „nie dostrzegam, nic nie widzę”.
Bo widzę. Jestem świadoma. Ten świat potrzebuje aktywności. Ludzie potrzebują ludzi.
By krzewić dobro, wcale wiele nie trzeba. Wystarczy dać innym siebie, swoją uwagę, zainteresowanie.

I tak. Każdy z nas może zmieniać świat – aktywnością i brakiem zgody na zło. Choćby miał to być przelotny uśmiech do przechodniów na ulicy.

Tak mi dopomóż moja psychiko!

615 Total Views 1 Views Today

4 komentarzy “263 – terapia borderline: ile upadków, tyle powstań”

  1. nikt napisał(a):

    Nieważne, ile razy upadniesz. Po każdej glebie przypomnij sobie, jak dobrze było iść.
    chyba jednak nie
    nie mam już siły
    cieszę się że Ty masz tę siłę i checi by iść
    upadlam i leżę
    nie umiem sobie przypomniec jak iść

    • Mrówka napisał(a):

      Nikt nie powiedział, że powstanie ma nastąpić zaraz po upadku.
      Potrafiłam leżeć tygodniami, a nawet miesiącami. Ale w końcu nastał przełom. Wstałam.
      Czasem trzeba dać sobie trochę czasu. To tak, jakby osoba po przeszczepie serca, na drugi dzień po operacji chciała przebiec maraton.
      Dostosuj krótkofalowe cele do swoich sił na ten moment.

  2. K napisał(a):

    Tak trzymajj! Oby to nastawienie nie zniknęło, oby huśtawka tego nie zniszczyła…
    Fakt, lepiej się czołgać niż nic nie robić! To oczywiste ale musiałam to przeczytać, aby to ponownie dostrzec… Niby banał, a jakże ważny.

    • mrówka napisał(a):

      Niestety często zapominamy o Tym, co najprostsze i najbardziej oczywiste.
      Mój terapeuta o tym wie, dlatego często powtarza takie prawdy – żebym sobie je przypomniała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.