269 – bezsenność senna

Dziś w nocy nie męczyły koszmary. Bo nie przyszedł sen. Mimo mirtazapiny łykniętej i oczyszczenia myśli z myśli niepotrzebnych, zbędnych.
Kawy siekiery chlane od rana. Śniadanie z rodzicami, jak za gówniarskich lat.
Potem wycieczka rowerowa z Mrówkiem. Lasy pachnące wiatrem. Brzozowy zagajnik i leniwe popołudnie na kocu, wśród mrówek, pająków i innych robaczków.
A mimo to, łzy w oczach, choć oczy suche. I z wszystkich gałęzi zwisające pętle. Czekające na szyję boga. Mój bosko-nieboski kark.
I śmichy-chichy przy stole, gdy kolejne knedle ze śliwkami znikały w brzuchach.
Jakby miał to być ostatni posiłek.
Natłok myśli i całkowita pustka. Łączą się całkowite skrajności w masę jednostajną. Martwą.
Czasem lepiej przemilczeć, nie napisać nic. Niż narazić się na śmieszność. Małość. Nijakość. Marność.

381 Total Views 1 Views Today

1 komentarz

  1. K. napisał(a):

    Może to powstrzymywanie łez Cię tak męczy… Ale pewnie nie chcą popłynąć, a może to by pomogło…
    To przykre, że się tak czujesz…. Może brak terapii i rozmów tam też na ciebie wpływa niekorzystnie?
    Oby ta noc była spokojnie przespana, tego Ci życzę.
    Miłego dnia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.