271 – toksyczna miłość

Pięć minut do północy.
– Nie mam już koszmarów.
– To dobrze.
– Nie, bo zaczęłam je spisywać, żeby wykorzystać w książce.
To miał być żart. Wiem, moje poczucie humoru jest dziwaczne, nieśmieszne i nikt, poza mną, go nie rozumie.
Wybuchł. Nie wytrzymał.
Siedziałam bombardowana oskarżeniami. Jego frustracją. Brakiem wiary w moją zmianę.
Ciało skulone, nieruchome. Twarz skamieniała. I tylko potoki łez mogły sugerować, że nie jestem zimną suką.

– Ja nie chcę cię straszyć, nie mówię tego w złości – zaczął, gdy już się uspokoił – ale jestem na skraju wytrzymania. W końcu się spakuję i więcej mnie nie zobaczysz. Zniszczyłaś mnie. Zrobię, jak kiedyś Jerzy. Odetnę się od ciebie. Zniknę. Zabijasz mnie. Rozumiesz?
Nic. Tylko łzy.
– Jeśli nie zaczniesz zachowywać się jak człowiek, odejdę. Rozumiesz?
Cisza.
– No, rozumiesz?!
Ledwo widoczne skinienie głową.
– Przemyśl to sobie. Prześpij się z tym. Może jutro mi odpowiesz…

1730 Total Views 3 Views Today

19 komentarzy “271 – toksyczna miłość”

  1. nikt napisał(a):

    Oj Aniu
    Wiem co czujesz
    Mocno Cię przytulam

  2. . napisał(a):

    U mnie też występuje taka „wymiana zdań”… To strasznie oddala od siebie…
    To przykre, że nie dostrzega w takich momentach tego, że chodzisz na terapię i mimo tego, że w głowie masz sajgon to starasz się to zmienić… Walcz dalej.
    Oby ten kryzys minął.

    • Anka Mrówczyńska napisał(a):

      Niestety… Ludziom się wydaje, że skoro leczę się od dwóch lat, powinnam się „zachowywać normalnie i jak człowiek”. Bliscy niby zdają sobie sprawę, że żeby mogło być lepiej, musi być gorzej, że terapia jest trudna i wieloletnia, a jednocześnie oczekują, że będzie tylko lepiej. Skoro się pocięłam mocniej niż zwykle, to znaczy, że terapia nie działa, terapeuta jest do dupy i dał się zmanipulować, i powinnam go zmienić. A tak w ogóle to nie chcę się zmienić i żadne leczenie mi nie pomoże. Nie potrafią zrozumieć, że te silniejsze okaleczenia oznaczają właśnie, że terapia działa. Że znalazłam się wtedy w bardzo trudnym dla mnie momencie terapii i nie poradziłam sobie z emocjami. A przecież chodzi o to, żeby te emocje wydobyć, a nie tłumić, jak całe życie.
      Staram się ich zrozumieć. Szkoda tylko, że nie za bardzo mogę liczyć na to samo z ich strony…

      • K. napisał(a):

        Dokładnie. Z „palcy” mi to wyjęłaś. U mnie tak samo mówią o terapii. A nie da się zmienić w miesiąc kiedy przez tyle lat się żyło „zaburzonym…

        • . napisał(a):

          To chore, bo ukrywam przed rodzoną wszystko, już nawet nie mówię, że się leczę. A jak jestem szpitalu to udaję, że gdzieś wyjechałam. Teraz może dostanę się do Krakowa i zniknę na pół roku… też będę musiała coś wymyśleć, bo powiedzą, że idę tam bo chcę uciec i robię z siebie ofiarę…

        • Anka Mrówczyńska napisał(a):

          No właśnie. Terapia, zmiana to długotrwały proces. Zdarzają się regresy. I, choć teoretycznie o tym wiedzą, nie umieją się z tym pogodzić w rzeczywistości.

  3. magda napisał(a):

    A czy my na ich miejscu umielibysmy się z tym pogodzić? Zrozumieć coś czego sami nie przeżyliśmy?
    Mnie ciągle oskarżają że nie myślę o nich. Że jestem egoistką myślącą tylko o sobie. Nie potrafią, nie chcą a może nie umieją zrozumieć co mam w głowie. A ja sama mam problem by to ogarnąć. Teraz jestem w szpitalu. „Ucieklam”. Bo tak jest prościej. Ich zdaniem.

  4. K. napisał(a):

    Jak jest teraz między wami? Jak się to potoczyło?

  5. K. napisał(a):

    Jak się trzymasz? Pytam, bo tu taka cisza, trochę się martwię.

  6. Gosia napisał(a):

    Aniu odezwij sie

  7. Ania napisał(a):

    🙁

  8. Magda napisał(a):

    Ja też nie zdechlam.
    Cieszę się że się odezwałaś

  9. mrowka napisał(a):

    Chciałam coś napisać. Choćby o wczorajszej wizycie u psychiatry. Ale nie jestem w stanie.

  10. Magda napisał(a):

    Ok. To nie pisz. Poczekam aż bedziesz w stanie
    przytulam Cię mocno

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.