Monthly Archives: Październik 2016

317 – polecenie wywiadu w „Dziennik Gazeta Prawna”

Wczoraj wywiad w dziennik.pl, a dziś?

Dziejszy numer „Dziennika Gazety Prawnej” na stronie czwartej, zachęcając do przeczytania wywiadu ze mną, ogłasza, co następuje:

„Buty samobójcy

Co czuje i myśli osoba, która próbuje się zabić? Jak radzi sobie w życiu? Na ile pomaga jej leczenie? Opowieść dziewczyny, która na własnej skórze sprawdziła skuteczność polskiej psychiatrii.”

315 – wywiad

Za namową terapeuty, zdecydowałam się na wywiad – ustny. Tak! Rozmawiałam z dziennikarką półtorej godziny.
W sobotę umówiłyśmy się wstępnie na czwartek. Od niedzieli byłam nie do życia.
Jak się okazało, rozmowa przebiegała w miłej atmosferze. Nie było się czego bać. Nie zmutowałam się.
Jestem z siebie tak bardzo zadowolona!

W nagrodę kupiłam sobie dwie książki za wypłatę z wydawnictwa.

A po wywiadzie wybraliśmy się do lasu. Po dwóch godzinach wracaliśmy z całą reklamówką kani. Mniam, uwielbiam!

313 – terapia borderline: trudny pacjent

– Gdybym nagrał sesję, gdy jest pani mocno depresyjna, mówi o samobójstwie i puścił ją studentom psychoterapii albo psychiatrii, byliby przerażeni. Nie chcieliby z panią pracować, bo by się bali, że się pani zabije. Kto wie… może ja też powinienem wtedy zadzwonić po policję albo pogotowie, żeby zabrali panią do szpitala. To, że tego nie robię, wynika z mojej oceny sytuacji. Ale gdybym się pomylił i jednak popełniłaby pani samobójstwo? Co wtedy? Powiedziałbym: „ups, błędna diagnoza”?

No dobra. Już rozumiem. Terapeuta też człowiek i wcale nie ma lekko.

312 – uratuj!

Ktoś nałożył filtr na rzeczywistość. Derealizacyjny świat wokół. Chciałby się wedrzeć do wnętrza, ale próżne to wysiłki.
Deszcz jesiennych liści hipnotyzuje swym tańcem. Tańcz! Tańcz! Jak najdłużej! Tym tańcem żegnającym życie. Jeszcze chwila, ostatni piruet na wietrze. Jak myśl opadł jeden z drugim, rozpoczynając swą przygodę gnilną. Wszędzie śmierć.
Lęk. To lęk – wiem, wiem. Napina nerwy, rozwiewa myśli, rzeczywistość mąci, jak kijem przy brzegu, gdy na dnie warstwa mułu spoczywa.
Zwariowany wariat powstał z mózgu, w rzeczach codziennych, zwyczajnych, nie rozpoznając ich zastosowania. Dziwność. Dziwność nad dziwnościami. Ta fajka, która się spala. Pali. Żar czerwonością kusi. Ulatuje i rozpływa się jak dym – świadomość.
Jestem? Czy byłam? Czy kiedyś powrócę? Na te łąki wiosenne. W te lasy roześmiane, bawiące się promieniami słońca – są, nie ma, są, nie ma, są.
Wdech. Wydech. Wdech. Byle nie zapomnieć, jak się oddycha. Śmierci się nie chce, a wiecznego życia.
Kap. Kap. Kap. Kapią jesienne liście za oknem. A wraz z nimi moja rzeczywistość. Realność. Poczucie bycia. I życie.

Uratuj…

311 – nauka siebie

Znów mnie nie ma. Zniknęłam. Nie istnieję.
Już wiem, że to lęk. To pod nim się rozpływam. Jak poranna rosa wypalona słońcem.
I pustka we mnie przestała być tak pusta, jak była do niedawna.
Spokojny oddech poskramia rozszalałe serce. Bijące na ślep, jakby się dokądś spieszyło. Jakby chciało zdążyć uciec przed śmiercią lub, wręcz przeciwnie, wskoczyć wprost w jej otwartą paszczę.
Uczę się życia, uczę się siebie. Odkrywam po maleńkim kawałeczku. Codziennie. Uparcie. Niestrudzenie.

310 – radość samobójcza

Siedzimy wieczorem. Oglądamy teledyski, gadamy, śmiejemy się. Jest miło i śmiesznie. Fajnie, nie?
Owszem.
Między jednym a drugim mrugnięciem oka, pojawiają się, nie wiadomo skąd – myśli samobójcze. A jakże! Łzy w oczach, bezsens. Tęsknota za tym cholernym kawałkiem metalu i uciskiem sznura objęć.
Skąd? Żeby dane było mi to wiedzieć.
Te chore objawy muszą psuć wszystko. Z buciorami wdzierać się w nasz wieczór. Wieczór, dzień, życie.
A jedyne co mogę zrobić, to je ignorować. I mieć nadzieję, że kiedyś uzbroję się w narzędzia pozwalające na ich wyśmianie i śmiechem zabicie.

309 – niby nic, zwykłe zakupy

Byliśmy na spacerze. Spędziliśmy miło czas. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu. Zrobiliśmy większe zakupy.
Odchodząc od kasy uświadomiłam sobie, że przez popędzanie Mrówka przed wyjściem, zapomniałam reklamówki.
Spojrzałam na kasę – kilkuosobowa kolejka.
– Mrówek, nie mam reklamówki, ale mam drobne, podejdź i kup.
– Ty zapomniałaś, to ty idź.
A ja już – łzy w oczach. Miałam ochotę się rozpłakać i stamtąd uciec. I co mnie obchodzi, że codziennie przychodzę do tego sklepu. Co mnie obchodzi, że wystarczy podejść do kasy, przeprosić kogoś i kupić reklamówkę za kilka groszy. No przecież dla Mrówczyńskiej to problem nie do przejścia.
Ale tak stanęłam i zaczęłam myśleć.
– Mrówczyńska, kurwa! Opamiętaj się! Czy brak torby na zakupy to powód do myśli samobójczych? Albo spróbuj spakować się do swojej wielkiej torebki, coś biorąc w rękę, albo idź kupić tę cholerną reklamówkę.
O dziwo, podziałało. Większość rzeczy udało mi się schować do torebki. Część wzięliśmy z Mrówkiem w ręce. A powrót do domu był wypełniony śmiechem.
– Daj, wezmę ten makaron od ciebie.
– Nie, Mrówek. Wiesz, on działa jak przeciwwaga, dla tej torby na ramieniu.
Śmialiśmy się i żartowaliśmy szczerze.

A kiedyś?
Obraziłabym się na niego na śmierć. Przecież:
– To przez ciebie nie wzięłam tej reklamówki! – a więc:
– To ty masz iść ją kupić!
Byłyby łzy. I myśli samobójcze. I poczucie pokrzywdzenia. I niezrozumienia. A jakże!
A po powrocie do domu?
Żyletka – ciach, ciach, ciach!
I nie, wcale nie byłaby to moja chora zemsta i próba odegrania się na nim. Nie, przecież ja byłabym nieszczęśliwą, pokrzywdzoną ofiarą! To wszystko byłaby jego wina! I nie, wcale nie cięłabym się z podświadomą premedytacją, by go skrzywdzić – przecież nie dopuszczałabym do siebie możliwości, że jestem sprawcą, że chcę go zranić. Przecież to ja cierpiałabym najbardziej na świecie!

I niech mi ktoś kurde teraz spojrzy prosto w oczy i powie, że psychoterapia nie działa. Chyba zabiję go śmiechem.

308 – to będzie dobry dzień!

– Anka, Anka wstawaj – Mrówek przysiadł na łóżku i delikatnie mnie trącał.
– Niee… – próbowałam znów zasnąć, choć jak zwykle byłam cała mokra od potu przez cholerne koszmary.
– No wstawaj, Anula! To będzie dobry dzień!
– Tak? A coś się stało? – zainteresowałam się, jeszcze nie otwierając oczu.
– Nic się nie stało. Po prostu to będzie dobry dzień.
– Ale nie mam kawy.
– Masz, zrobiłem ci.
Zwlekłam się z łóżka nie umiejąc i nie chcąc otwierać oczu do końca. Siadłam na kanapie obok niego. Wypiłam kilka łyków kawy i zapaliłam fajkę. Chwilę pogadaliśmy.
Włączyłam kompa, odsłoniłam zasłonki. Promienie jesiennego słońca oświetliły pokój. Od razu zrobiło się raźniej.

Masz rację Mróweczku, to może być dobry dzień. A wszystko zależy od nastawienia.
Kocham Cię!