Monthly Archives: Listopad 2016

339 – psychiatra

Do psychiatry szłam po jakiś neuroleptyk. Prawdopodobny wydawał mi się powrót do Rispoleptu.
– Pani chyba nie czuje za bardzo działania tej wenlafaksyny, prawda?
– Nie bardzo.
– Bo umówmy się, pani nie ma depresji, tylko depresyjne zjazdy w skutek zaburzeń osobowości. Nie ma teraz też tych samobójczych jazd, nie?
– No nie.
– Myślę, że powinniśmy spróbować schodzić z tej wenli. Co dziesięć dni 37,5mg mniej.
– I do ilu mam zejść?
– Do zera!
Przełknęłam nerwowo ślinę, bo nie wierzyłam własnym uszom.
– Już raz odstawiłam wszystkie leki. Okropnie się czułam. Te wszystkie lęki, objawy nerwicowe.
– Pani Aniu, za pomocą leków pani się od emocji odcina, zamiast je przeżywać. Terapia jest trudna, ale musi się pani nauczyć znosić takie negatywne emocje. Terapia będzie skuteczniejsza, jeśli odstawi pani leki. To co, robimy tak?
Zgodziłam się.
W drodze do domu miałam łzy w oczach. Wszystko wydawało mi się bez sensu. Oczyma wyobraźni już widziałam siebie z żyletką w ręce, z pętlą na szyi, oszalałą z nadmiaru emocji i zamykaną w psychiatryku na kolejne sześć tygodni.
Chciałam otumanić się jeszcze większą ilością, i to silniejszych, leków. A mam odstawiać antydepresant.

Jest we mnie tyle obaw… Jednak może psychiatra ma rację? Zamiast się znieczulać i odcinać od negatywnych emocji, powinnam zacząć się uczyć, jak sobie z nimi radzić?

– Gdyby tylko coś się działo, proszę dzwonić, zgoda? – zakończył, jak zwykle.

Czuję, że nie jestem na to gotowa. Że sobie nie poradzę. Że… – Wiem, nie nakręcać się, to podstawowa zasada. Mam ochotę zawinąć się w koc i płakać. Ale to byłby kolejny raz, gdy wchodzę w wyuczoną rolę bezradności, zamiast wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie.

338 – terapia borderline: motywacyjnie

Przespałam się z emocjami po wczorajszej sesji. Pojawił się jakiś optymizm i zadowolenie z siebie w odpowiedzi na przełamanie lęku i wstydu. Choć te dwie emocjonalne przeszkody wciąż próbuję przełknąć. Wiem, że to, co robię, robię dla siebie, swojego dobra. Dodatkowo te wszystkie komentarze i prywatne wiadomości od Was dodają mi dużego kopa siły i wiary. Wiary, że to, co robię ma sens. Czasem, gdy chcę się poddać myślę sobie, że są osoby, które mi kibicują, obserwują moje postępy, wzloty i upadki. I czuję jakiś moralny obowiązek, by tych osób nie zawieść.
Zrobiłam ze swojego leczenia proces publiczny i czuję, że byłabym nie w porządku wobec Was, nagle to przerywając.

A jeśli chodzi o terapię… Prawda jest taka, że im jest trudniej, tym większa satysfakcja się potem pojawia, gdy udaje mi się zadziałać przeciw chorym schematom.

Życzę Wam wszystkim dużo siły, wiary w siebie i możliwość zmian oraz wytrwania w Waszych trudnych procesach leczenia. A niezdecydowanych namawiam – podejmijcie leczenie. To się naprawdę opłaca!

337 – ułaskawienie

Wiadomość o możliwej karze śmierci dla Mrówczyńskiej była mocno przesadzona. Impulsywnie chciałam ją zniszczyć w reakcji na to, co dzieje się na terapii.
Owszem, w swoim życiu niszczyłam i niszczę to, na czym mi zależy. Ale nigdy, przenigdy nie podniosłam i nie podniosę ręki na to, co tworzę. Nigdy nie potargałam ani nie skasowałam żadnego utworu. Nie wyrzuciłam nic w złości czy rozpaczy.
Mrówczyńska jest bezpieczna. I jej książki są bezpieczne w oczekiwaniu na wydanie.
Anka nie zostanie uśmiercona na pewno do czasu, gdy nie wyzdrowieję. Gdy razem z terapeutą nie uznamy, że mogę zakończyć terapię. A i wtedy będę miała do napisania kolejne części „Młodego boga…”.
Może kiedyś zacznę pisać beletrystykę pod własnym nazwiskiem. Może. Ale Mrówczyńska jest dla mnie symbolem walki o siebie, stawiania czoła przeciwnościom i zdrowienia. A nie, jak niektórzy myślą – choroby.

336 – terapia borderline: zwalczyć tego kaca

Po sesji poszłam na długi spacer. Nie napisałam sms, że rezygnuję z terapii. Po pierwsze wiedziałam, że byłaby to próba zniszczenia tego, co dziś osiągnęłam. Po drugie dobrze wiedziałam, co odpisze:
– Porozmawiajmy o tym na sesji we wtorek.
Poszłabym na nią. Nie tak, jak z przypadku poprzedniego terapeuty. A gdybym już tam była, pożałowałabym, że zadziałałam impulsywnie.
– Wie pan… czasem, gdy pyta pan, o czym myślę, a ja odpowiadam, że o niczym… to nieprawda. Układam sobie w głowie jakieś zdanie, chcę coś powiedzieć, ale nie potrafię.
– Potrafi pani, tylko to bardzo trudne.
Ma rację.
– Jest w pani obawa, że po otworzeniu się, nastąpi zranienie.
Tak, to prawda.
– Racjonalnie wiem, że tak nie będzie…
– Ale tu chodzi o strefę emocjonalną. Myślę, że to jest w pani zakorzenione od dzieciństwa.
To była trudna sesja. Ale mówiłam, poruszałam różne tematy, choć wszystko dotyczyło bliskości. Mówiłam, o swoich potrzebach. O pragnieniu, by się bardziej przed nim otworzyć.
Powiedziałam też o tym silnym przymusie rozchlastania nadgarstka. Że scena z tego snu odtwarza się w mojej głowie, jak film, którego nie da się zatrzymać. Że czasem niewiele brakuje, że chcę się poddać.

Boję się. Bardzo się boję wtorkowej sesji. Póki co, udało mi się powstrzymać spiralę niszczycielskich myśli. Nie chcę kończyć terapii. Chcę to ciągnąć, pociągnąć taki poziom otwarcia, jak dziś. Ale na myśl, że we wtorek mam mu spojrzeć w oczy po tym, co dziś powiedziałam… Wiem, wiem, że to wszystko siedzi we mnie. Że nie patrzy na mnie, jak na głupka – to moje odczucia. Wiem, że wstyd, który mnie paraliżuje nie ma racjonalnych podstaw. Wiem to wszystko. Tylko to jest tak piekielnie trudne…

334 – śmierć Mrówczyńskiej?

Na poważnie rozważam uśmiercenie Mrówczyńskiej i zniknięcie z „życia publicznego”. Nie mam na to siły.
Co by nie robić, wszędzie to samo:
– Nie, nie tym razem, statut nie pozwala, to jest doskonałe, ale… Trzymam kciuki i życzę powodzenia! Nie jesteśmy zainteresowani, nie mamy takich funduszy – i tak w cholerne kółko.
Jaki jest tego sens? A jaki koszt? Straty chyba przewyższają zyski i nie mam na myśli nic materialnego.
Na cholerę komu ta Anka. Na cholerę mi?

Rozmyć się. Rozłożyć ciało na atomy. Książki na litery. I zniknąć – jak pod słońcem mgła…

333 – terapia borderline: bliskość

– Odczuwa pani silny lęk przed bliskością i musimy być przygotowani na to, że im bardziej będzie się pani czuła za mną związana, tym bardziej będzie chciała to zniszczyć. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje i nie pragnie – mówił terapeuta, a ja się z nim w pełni zgadzałam.
Jestem świadoma zarówno lęku, jak i pragnienia bliskości, bezwarunkowej akceptacji, wypuszczenia terapeuty do najintymniejszych zakamarków swojego świata wewnętrznego.
I myślę, że wczorajszy sen był tego potwierdzeniem. Nie bez powodu przyśnił mi się w noc poprzedzającą sesję. Nie bez powodu śnił mi się terapeuta, który kazał mi się zwijać w kłębek i mocno mnie przytulał całym sobą. Jak i nie bez powodu nie potrafiłam o nim opowiedzieć na terapii.
Lęk jest tak silny, że nie umiem mówić wprost o tej potrzebie. Odczuwam silny wstyd przed mówieniem o bliskości. Wszystkie sny, myśli, emocje, które pojawiają się w związku z nią, nie są na sesji artykułowane. Owszem, o lęku przed nią – mówię. Jednak, gdy mam powiedzieć o czymś, co świadczy o poczuciu bliskości, przywiązania – nie przechodzi mi to przez gardło. Jestem świadoma, że terapeuta może się tego domyślać i zapewne domyśla się. Jednak, gdy pyta o różne szczegóły – nie odpowiadam. Ratuję się odpowiedzią:
– Nie wiem – często nawet nie jest to kłamstwem, bo mechanizmy obronne zwyczajnie odcinają mnie od wiedzy, której wyjawienie oznaczałoby zbyt duże zbliżenie.
– Pani Aniu, gdy odpowiada pani „Nie wiem”, to tak, jakby dawała mi pani sygnał, że nie jest zainteresowana kontaktem, trzymała mnie na dystans, mówiła „Nie chcę mi się z Tobą gadać”.
Wiem. Wiem i bardzo mi to nie odpowiada. Chcę się przełamać, ale nie potrafię. Nie umiem zacząć. Gdy układam sobie w głowie zdanie i zbieram się w sobie, żeby je wypowiedzieć, a w moim umyśle jawi się ono jako zagrażające, powstaje mur, bariera, która zamyka mi usta. I za każdym razem schemat jest ten sam. Pada pytanie:
– O czym pani myśli?
– O niczym, mam pustkę w głowie – odpowiadam, choć dobrze wiem, że to nieprawda.
Co zrobić? Jak się przełamać?
Jutro znów spróbuję. Postaram się opowiedzieć o śnie. O pragnieniu jeszcze większej bliskości i poczuciu, że bardzo się do niego zbliżyłam.
A jego pocięcie mnie – mój lęk przed zranieniem, opuszczeniem? A może wyniesione z dzieciństwa przeświadczenie, że krzywdzenie może być objawem miłości i troski?

– Zbiłem cię, dla twojego dobra, bo cię kocham – rzucił ojciec, gdy po wpierdolu leżałam obolała i wystraszona na łóżku.

W moim świecie wewnętrznym bliskość jest zagrażająca i jest źródłem największych w życiu cierpień.

332 – z niedowagi w nadwagę

Kiedy dwa i pół roku temu zaczynałam leczenie ważyłam 45kg. Byłam zadowolona ze swojej figury, dbałam o siebie, zdrowo się odżywiałam. No dobra, może troszkę za mało jadłam, a Mrówek mówił, że wyglądam, jak wieszak – kwestia gustu. Miałam lekką niedowagę.
Wystarczyło trzydzieści jeden miesięcy, by z niedowagi zapuścić się do nadwagi. Przy wzroście 161cm wyhodować 67kg żywej wagi. Nie mieszczę się już w prawie żadne ciuchy – i nie, nie będę kupować większych, bo siebie takiej nie akceptuje. Rzygać mi się chce, jak na siebie patrzę.
A najgorsze jest to, że im bardziej chcę schudnąć, tym bardziej tyję…

330 – terapia borderline: otworzyć sie, bardziej

Gdy usiadłam w gabinecie, dalej się trzęsłam po dzisiejszych snach.
– Miałam koszmarną noc. Do tej pory nie mogę się uspokoić – zaczęłam drżącym głosem.
– Ciekawe, co pani tak przeżywa. Ma pani jakiś pomysł?
– Nie.
Całą drogę na sesję układałam sobie w głowie to, co napisałam dziś rano. Chciałam się tym podzielić. Przeczuwam, że ten wyimaginowany terapeuta symbolizował prawdziwego. Nie potrafiłam jednak na ten temat powiedzieć ani słowa.
– Jest we mnie ogromny niepokój.
– A czym jest on spowodowany?
– Nie wiem.
– Pani Aniu, mam wrażenie, że ma pani jakieś wyobrażenie oczekiwań w stosunku do pani. Do tego, co mówić. Wydaje się pani, że powinna pani mówić o czymś konkretnym, o sprawach dla mnie istotnych – jak cięcie, wieszanie, myśli samobójcze. Ale ile można o tym mówić? To tak, jakby czytała pani w kółko ulotkę, na której jest kilka zdań. To nie wnosi nic nowego. Tydzień temu mówiła pani, że chce się pani ciąć.
– I dalej mi się chce…
– No tak, ale z niczym tego pani nie wiąże. Wypowiada pani takie zdanie i milczy. To nie pomaga rozładować napięcia, myśli pani o tym, nakręca się i w efekcie ten przymus jest jeszcze silniejszy.

Rozgadałam się. Na różne tematy.
– Jestem spokojniejsza – przyznałam na koniec sesji. Mówieniem rozładowałam część napięcia.
Ale godzinę później znów przypomniał mi się ten sen. Przymus znów bardzo ciśnie. Niemal czuję ból tych głębokich ran.
Myśli krążą wokół… przecież wiadomo czego.

Jestem bardzo zła na siebie, że nie podzieliłam się z nim tym snem. Wstyd i lęk znów uniemożliwiły całkowitą szczerość. A przecież… ufam mu. Naprawdę mu ufam.