319 – refleksje cmentarne

Początek listopada pogłębia refleksyjność. Każe wspominać, co było, co mogłoby być, gdyby…
Wieczór, ciemność. A wkoło tysiące grobów rozświetlonych mdłym blaskiem zniczy. Kiedyś było jasno. Lane znicze z grubymi knotami tworzyły łunę unoszącą się nad cmentarzem. A teraz?
Labirynt ścieżek między nagrobkami. Żywi martwym podający dłoń.
Rodzinny grób mógł być już wielokrotnie zasilony tym ciałem. Moim ciałem. A mimo to, wciąż tu przychodzę. O własnych siłach.

Początek listopada 2008. Szpital psychiatryczny. Ksiądz na świetlicy odprawia nabożeństwo za zmarłych.
– Wieczny odpoczynek racz im dać Panie! – wypełnia pusty korytarz oddziału. Na jego końcu ja – wpatrzona w świat za kratami. Łzy. Jedna za drugą. Po chwili potok, niedający się zatrzymać.
Wisielcza pręga na szyi uświadamia, że tego dnia rodzina mogła zapalać znicz na moim grobie. Wystarczyłoby, że Mrówek znalazłby mnie kilka minut później.

I ta powracająca niepewność. Może jednak leżę w tym grobie? Może nie wiem, że nie żyję? Bo skąd mogę mieć pewność? Czy brak inskrypcji na temat mojej śmierci jest wystarczającym dowodem?

316 Total Views 1 Views Today

1 komentarz

  1. Fryderyk napisał(a):

    Łaaaał podoba mi się ten blog .. naprawdę.. może dlatego że też miałem już zejść z tego świata za sprawą własnych dłoni.
    Zapraszam do mnie na bloga – http://www.pasja.xaa.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.