Monthly Archives: Grudzień 2016

363 – postanowienia

2017 będzie dobrym rokiem. Zadbam o to.

Wydam „Autoterapię” i „Terapię u Doktorka”, a przynajmniej jedna część „Młodego boga…” wyjdzie na papierze.

Skończę pisać „Majkę”, wrócę do prac nad trzecią częścią „Młodego boga…”, ruszę do przodu z s-f i „Tajemnicą rękopisu”.

Więcej wysiłku włożę w leczenie.

2017 będzie pierwszym, od 2002, rokiem, w którym się nie okaleczę ani w żaden inny sposób nie podniosę na siebie ręki.

I tak mi dopomóż moja słaba silna wolo.

360 – umieram?

Mówi się, że to faceci umierają na przeziębienie i katar. Cóż, w tej kwestii chyba przeważa u mnie pierwiastek męski.
Mrówek ma ochotę wystawić mnie na balkon. Co dziesięć minut oznajmuję, jaka to nie jestem chora i jak źle się czuję. Kaszel chce rozpruć mi płuca, duszności udusić, a osłabienie położyć do trumny za życia. Jestem do niczego.
Chce mi się płakać, mam dość wszystkiego. Dodatkowo szarpią mną nerwy, bo od wczoraj nie jestem w stanie zapalić fajki – już pierwszy mach powoduje taki kaszel, że nie umiem złapać tchu.
Dobijcie mnie.

359 – żyję

Jestem. Żyję. Nic nie odpierdalam.

Poprzedni tydzień spędziłam na przygotowaniach do świąt – zakupy, gotowanie, sprzątanie, bieganie po mieście za prezentami.
W Wigilię obudziłam się mocno przeziębiona. Choroba trzyma do tej pory. Jestem do niczego – osłabienie całkowite.
Na sesji nie byłam zbyt rozmowna. Pustka w głowie i zawieszenie.

Przyszła kolejna dobra wiadomość. A raczej wiadomość, która pretenduje do miana dobrej – czas pokaże.

Chciałabym znów wrócić do pisania po tej tygodniowej przerwie. A marzę tylko o tym, żeby wskoczyć do łóżka i spać.

Psychicznie w miarę, choć za rogiem czai się tendencja zniżkowa. Ale przecież się leczę, więc – trzeba walczyć!
Oj, coś mi się nie kleją słowa. Wybaczcie.

358 – terapia borderline: nieustanna walka na wielu frontach

– Terapia i praca nad sobą to tak jakby nieustanna walka z samym sobą.
Powiedział kiedyś terapeuta. Wiedziałam, o co mu chodzi. Nie spodziewałam się jednego – jak bardzo jest ona trudna i męcząca.
Znów: chce mi się płakać, ciąć, uchlać i nażreć jakichś proszków. Uciec. Od siebie, myśli, odpowiedzialności. Przecież ja jestem taka mała, bezbronna, nieszczęśliwa, cierpiąca – opiekuj się mną i żałuj mnie. To takie żałosne…
– Te impulsy będą się pojawiać. Nie chodzi o to, żeby się nie chciało. Chodzi o to, co pani z tym zrobi.
O to to. Powtarzane do znudzenia za każdym razem w takich sytuacjach.
To właśnie ta nieustanna walka.
Tracę siły. I wiarę. I sens. I zdaję sobie sprawę, że to moje pójście na skróty. Moje chore wyjście awaryjne.
Autodestrukcyjna coraz częściej i głośniej się odzywa. Momentami już krzyczy. A mnie czasem tak trudno jest ją zignorować. Powiedzieć jej:
– Zamknij się. Jesteś objawem choroby. Nie jesteś mną.
Bo szepcze nieustannie:
– To ja jestem ta prawdziwa. To mną byłaś przez większość życia. Jesteś autoagresywna. Jesteś autodestrukcyjna. Uchlaj się, potnij, powieś – zobaczysz, że odżyjesz. Wtedy znów poczujesz się sobą!
Chwilami, na ułamki sekund, znów zaczynam jej wierzyć.

356 – fragment „Majki”

Beletrystyka w wykonaniu Mrówczyńskiej.

„Przełom nastąpił w ponury, listopadowy wieczór. Ojciec, jak zwykle nachlany, potykając się o próg wtoczył się do domu. Mamrotał coś bez ładu i składu, wymachując gumową pałką, jakby chciał uderzyć niewidzialnego przeciwnika. Matki nie było w domu. Andrzej czekał na niego w pokoju dziennym i zastanawiał się, co tym razem uszkodzi mu ten skurwiel. Ojciec nie skierował jednak kroków w jego stronę. Odbił się od ściany i wpadł do pokoju chłopców. Nagle mieszkanie przeniknął rozpaczliwy płacz siostrzyczki. To było, jak zapalnik. Pierworodny wpadł do pokoju i zobaczył, że milicjant trzyma małą nad głową, potrząsa z całych sił, raz po raz wykonując ruch, jakby miał nią rzucić o ścianę.
– Zostaw ją, ty skurwielu! – Andrzej krzyknął ile sił w płucach. Ten rzucił maluszka na łóżko i zamachnął się pałką. Chłopak rzucił się na łóżko, by osłonić siostrę. Środkowy z rodzeństwa wcisnął się w róg pokoju i cicho łkał. Ojciec nigdy nie robił krzywdy jemu, ani małej. I chyba z tego powodu, w nastolatku coś pękło. Gdy ojciec wziął kolejny zamach, doskoczył do niego, wyrwał mu pałkę, co nie było aż tak trudne, biorąc pod uwagę stan upojenia starego. Zdzielił go z całej siły w głowę. Stary zachwiał się i upadł. Młody poczuł, że już dłużej nie muszą znosić tego piekła. Bił raz za razem, gdzie popadło. Milicjant splunął krwią i wybełkotał:
– Ty chuj… – ale urwał pod wpływem silnego uderzenia pałką w twarz.
Gdy stracił przytomność, Andrzej wyjął mu broń z kabury.
– Weź małą – rzucił do pięciolatka. Ten pospiesznie wykonał polecenie.
Został w pokoju sam na sam ze swoim wieloletnim katem. Patrzył na niego z pogardą celując prosto w twarz.
– Phhhh…. – zamruczał cicho pod nosem, udając wystrzał. Wyobrażał sobie, jak twarz tego skurwiela eksploduje, tworząc na ścianach krwawe rozbryzgi.
Nie, to nie byłby dobry pomysł. Postanowił zadziałać metodycznie. Dowlókł starego pod ścianę i posadził, opierając o nią. Przyłożył lufę do jego lewej skroni – ojciec był mańkutem. Bez mrugnięcia okiem pociągnął za spust. Pokój wypełnił się hukiem, któremu niemal jednocześnie zaczął wtórować płacz młodszego rodzeństwa. Kat osunął się na ziemię. Andrzej z satysfakcją patrzył, jak stróżka krwi spływa po jego twarzy i tworzy na podłodze ciemniejącą kałużę. Broń miał wciąż wycelowaną w niego, jakby się bał, że może jeszcze ożyć. Zupełnie stracił poczucie czasu.
– Chryste Panie! Co tu się… – dopiero krzyk matki, która właśnie wróciła do domu, wyrwał go z tego odrętwienia.
– Nic. Dzwoń na milicję. Nasz nieodżałowany ojciec popełnił samobójstwo – rzucił beznamiętnie i włożył broń w lewą dłoń trupa. „

355 – eksplozja

Coś mnie zaraz… chyba zaraz wybuchnę – od środka.
Terapia, ważna rozmowa, inne durne myśli. Tych myśli się pozbyć!
Uspokoić się. Zrelaksować. Potrzebna mi nirvana.
Nie będzie tak źle. Wiem. Bo wiem już, że prawdziwa „ja” to „ja” pełna siły. Radosna, z wiarą w siebie, swoje możliwości.
Mogę wszystko! Tylko sama się ograniczam. Ale koniec z tym.
Jestem wolna, wolna, wolna aż do obrzydzenia! – Jak to kiedyś napisałam.