353 – lękowe potworki

75mg wenlafaksyny – do tylu zeszłam. Ratunek niesie lorazepam.
Wracają nerwicowe potworki.
Roztrzęsienie, rozkojarzenie, drżenie rąk, palpitacje i ból serca, drętwienie lewej ręki, przyspieszony i spłycony oddech. I myśli, myśli, wszędzie pełno myśli. W każdym zakamarku ciała.
– Coś się stanie! Szykuj się na najgorsze! Uciekaj! Uciekaj!
Uciekać! Ale gdzie? Przed czym lub kim się schronić? Podpowiedzcie mi coś więcej, dajcie jakiś punkt zaczepienia!
Niby rozpoznaję te lęki. Tylko skąd one?

Na terapii poruszanie trudnego tematu. Tematu, który powoduje, że chcę uciec, zniknąć, rozpłynąć się, umrzeć!
W piątek kolejna rozmowa na Skype. Bardzo dla mnie ważna, ale nie wiem, jak się do niej przygotować. Ne znam szczegółów. Nie wiem, czego się spodziewać. Nie wiem nic. A od niej może zależeć tak wiele.

2mg lorazepamu we krwi, a ja wciąż rozglądam się po pokoju, jakby niebezpieczeństwo czyhało za plecami. Oglądam się. To lęk za mną stoi. Wydycha powietrze na mój kark, powodując dreszcze.
Rozglądam się przed sobą. Kubek. Czarny kubek z kawą wydaje się złowieszczy. Gdyby się postarał, mógłby zabić, a przynajmniej ranić.

Poszłabym spać, ale jeśli zasnę i zapomnę, jak się oddycha? Przecież czasem nieporadnie przełykam ślinę, jakbym się tego dopiero uczyła.

Coś zagraża. Coś wisi w powietrzu. Zdecydowanie groźniejszego niż smog.

Uciekaj! Uciekaj!
Tylko gdzie lub w co?
Szalony rozumie, zamiast straszyć, daj jakieś podpowiedzi!

Zwariuję!!!

———-
A najgorsze, że właśnie teraz czuję się sobą.

352 – skąd ten nos na kwitnę?

Kiedyś byłam radosna. Kiedyś byłam energiczna. Kiedyś. Kiedyś optymistyczna.
Im starsza, tym bardziej zgorzkniała i, rzecz jasna, nos na kwintę. Bo? Kaptur na łeb, włosy na oczy – byle przemknąć. Byle pod ścianą, byle za blokiem, byle przez, ale obok życia.
Dziś wracaliśmy ze spaceru. Zimno, niby zimowe natarcie.
Przechodzimy przez przejście, patrzę – widzę dziadka w płaszczu z kapeluszem na głowie. Zakłada świąteczne oświetlenie na dom.
– Ohoho! Idą święta! – krzyknęłam.
– Średnio – Mrówek w swoich rozmyślaniach skomentował poziom śliskości jezdni.
A gospodarz? Myśląc zapewne, że komentarz dotyczy jego ozdób, ściągnął kapelusz i się przywitał.
Wybuchnęłam śmiechem kawałek dalej, ale śmiałam się dobre kilka minut.
Taki wesoły akcent. Niespodziewany, nagły.
A kiedyś?
Nos na kwitnę i śmierć we własnych myślach.

351 – terapia borderline: teleportacja z gabinetu

Nie zmrużyłam dziś oka. Położyliśmy się po 2:00, a o 6:00 wstałam. Nie mogłam już wytrzymać leżenia w łóżku i tysiąca myśli na sekundę.
Siedziałam tak do 11:30 w oczekiwaniu na terapię.
Uzbrojona w energetyka usiadłam w gabinecie. Nastrój znośny ukierunkowany zwyżkowo. Mówiłam, do czasu.
– A jak jest z seksem?
Wiedziałam. Wiedziałam, że do tego nawiąże. Po tym, co ostatnio powiedziałam…
– Bez zmian.
– A kiedy było ostatnie zbliżenie?
– Bo ja wiem… Z półtora roku temu?
I już zamknięcie się w sobie.
Po dłuższej chwili milczenia:
– O czym pani myśli?
– Nie wiem.
– Nie wie pani?
Oczywiście, że wiedziałam. O tym, że chcę stamtąd uciec. Że wszystko jest bez sensu. Nic nie da się zmienić. I w ogóle chcę tylko umrzeć.
– Z Mrówkiem też tak jest. Jak zaczyna rozmowę o seksie, zaraz tracę humor i mam myśli samobójcze.
– To dla pani trudny temat, prawda?
Ehh…

350 – zwrot ku beletrystyce

Właśnie kończę trzynastą stronę „Majki” i zaczynam dostrzegać ogromny potencjał beletrystyki. Potencjał autoterapeutyczny.
Przeglądając to, co napisałam do tej pory, na myśl nasuwa mi się jeden wniosek – wszystko to ocieka agresją i brutalnością. Wszelkie negatywne emocje, które się we mnie kłębią, przypisuję bohaterom i czyniąc z nich bezwzględnych oprawców, daję upust tym emocjom. To oczyszczające.

Jeszcze jedno. Z życiem jest, jak z pisaniem. Czasem człowiek wpadnie na jakiś pomysł, napisze jakiś rozdział, a potem ni cholery nie może ruszyć dalej. Coś się w tej historii nie sprawdza, coś hamuje rozwój wypadków. I, choć czasem jest to trudne, wystarczy ten fragment tekstu – ślepy zaułek – usunąć, by bieg wydarzeń znów nabrał rozpędu.

349 – nikt i nic mnie nie powstrzyma!

Jakieś nerwy, jakiś stres. Od kilku dni po obudzeniu biorę lorazepam. Jeden miligram – na cały dzień.
Co chwilę nerwowo spoglądam na maila. Czekając na tę jedną, najważniejszą teraz wiadomość – że znajdzie się ktoś, dzięki komu wydam kolejne książki.
Niepokój, smutek, rezygnacja – to wraca. Jak cholerny cień wszędzie za mną się wleką negatywne emocje. Ale to nic. Póki mam siłę patrzeć na nie i wiedzieć, że to tylko odbicie – nie ja prawdziwa. Objawy objawami, ale tym razem nie dam się wpędzić w pomylenie choroby ze swoją osobowością. I walczyć będę póki starczy mi sił. I spełniać będę swoje marzenia. I nikt, i nic mnie nie powstrzyma!

348 – gdy jest źle, zrób krok do przodu

Pobudka była okropnym przeżyciem. Z bólem, tym najgorszym – niefizycznym. Topiłam smutek w gorącej kawie. Zagryzłam wenlafaksyną i lorazepamem. Przepaliłam fajką. Nic nie lepiej.
Trzy godziny tępego gapienia się w okropną pogodę za oknem. Rozmyślania nad tym, co udało się napisać przez ostatnie dni.
– A może by tak włączyć komputer i pisać dalej?
– Pisać? Ale po co? Jaki to ma sens?
A za jakiś czas przemówił przeze mnie Lorafen:
– Włącz komputer, siadaj i pisz. Nieważne, czy będzie to miało sens. Nieważne, czy ostatecznie się przyda. Siadaj i pisz!
I tak zrobiłam.
Kolejna strona do przodu. Przebłysk zadowolenia z siebie. Na krótko.
Plik zamknięty. Komputer wyłączony. Przymusy wróciły. Bezłzawy płacz. By nikt nie dostrzegł tego bólu.
Gdy jest źle, zrób krok do przodu. Choćby ulga miała być chwilowa.

346 – zdechły mi baterie

Wyczerpałam baterie sił witalnych do cna. Ostatkiem sił zjadłam zupę pomidorową i padłam na kanapę.
Od rana napisałam chyba z pięć stron książki. Początkowo mocno posiłkowałam się nabazgranymi kiedyś rozdziałami w zeszycie. A potem weszłam na taki poziom kreatywności, że historia sama się pisała. Ledwie widzę na oczy, ledwie przebieram palcami na smartfonie, by skreślić te kilka zdań. Spać!
Baterie wyczerpane, ale zadowolenie z siebie, szczególnie po ostatnim odpływie weny, poszybowało w górę.

Zastanawia mnie tylko, czemu znów czuję ten nieznośny ból w nadgarstku nakazujący czynności autoagresywne. Ale nie. Nie! – powiedziałam. Nic takiego nie będzie miało miejsca. W końcu cztery miesiące abstynencji to nie w kij dmuchał.

345 – pisać, pisać, wszystko zapisać!

Wróciłam do pisania.
Postaci z „Majki” powoli zaczynają ożywać i żyć własnym życiem. Rylski już siedzi w areszcie, a Andrzej wzbogacił się o historię dramatycznego dzieciństwa. Tylko Majka traktowana po macoszemu wciąż nie wyzwoliła się z jednego, niedokończonego rozdziału.
Powoli, strona za stroną, zapisuję to, nad czym myślałam bardzo długo. Nie mam planu wydarzeń. Wolę, gdy historia rodzi się w trakcie. Główny motyw intrygi wciąż ten sam, ale szczegółów brak.
Najważniejsze jest, że piszę. I znów czuję, że żyję!

344 – poranek

Wstałam o 8:18, zrobiłam dwie kawy-siekiery i siadłam przed komputerem. Po standardowym sprawdzeniu poczty, w Google wpisałam „fundacja pomocy bezdomnym”. Wczoraj wieczorem gadałam o tym z Mrówkiem. Uważa, że powinnam spróbować.
Przeglądałam kolejne strony fundacji. „Jeśli jesteś młody, energiczny…”, „poszukujemy optymistycznie nastawionych wolontariuszy”, „jeśli twoją pasją jest drugi człowiek” – ta… pasuję do opisu kandydatów na wolontariuszy, jak pięść do nosa. Mówiłam, że to się nie uda. Ja – gburowata, zamknięta w sobie, z wiecznie skwaszoną miną, milcząca, bojąca się wszystkiego, nieporadna, niezaradna. Szkoda gadać.
Wyłączyłam przeglądarkę i otworzyłam plik „Majki”. Może uda mi się dopisać choć kilka zdań.