Monthly Archives: Styczeń 2017

387 – na przekór!

– Zrób to – ktoś mnie poprosi.
Nie umiem. Nie potrafię. Nie dam rady. Nie poradzę sobie. Nie chce mi się. Bierna agresja wychodzi ze mnie, jak olej podczas pierwszego tłoczenia.
Ale spróbuj powiedzieć, że sobie z czymś nie poradzę. Ooo… Choćbym się skichać miała – zrobię to!
Od małego – wszystko na odwrót. Czy to w wersji: na złość mamie uszy sobie odmrożę. Czy też: mam marzenia i cokolwiek byście nie mówili, nie zawaham się ich spełnić. Zawsze na przekór.

Mając trzy latka poszłam z rodzicami do obuwniczego po sandały dla mnie. Spodobały mi się jedne, ale nie było mojego rozmiaru. Nie szkodzi! Mama pokazała mi inne:
– Nie! Ja chcę tamte!
– Ale tamte są za małe. Przymierz te.
Ledwie założyła mi pierwszego – płacz.
– Cisną! Boli! Ściągnij!
Co z tego, że były o rozmiar za duże? Ja już miałam swoje upatrzone. Nieważne, że stopa ledwie w nie wchodziła i całe palce wystawały poza buta. Te były w sam raz i nic nie cisnęło!

386 – osiwienie

– Widzisz, mówiłem, że kiedyś przez ciebie osiwieję – stwierdził Mrówek oglądając w lustrze swoje pierwsze siwe włosy.
– No… A ja przez ciebie – dziś zauważyłam pierwszego siwulca u siebie.
– To nie przeze mnie. Przez samą siebie osiwiałaś.
Hehe, no może i tak!
Starość nie radość. Trójka z przodu coraz bliżej. Ojejejej, moja młodość wchodzi na ostatnią prostą. Całe szczęście, że emocjonalnie jestem dzieckiem. Piotruś Pan – do grobowej deski.

385 – terapia borderline: cisza po burzy

– Czyli co, kolejna burza za nami – skomentował terapeuta.
– Chyba można tak powiedzieć…
Choć nie do końca jestem o tym przekonana.
Mówienie na sesji dalej stanowi problem.
– Te tendencje autodestrukcyjne tu w gabinecie objawiają się pani milczeniem. Jest pani obojętna na kontakt.
Wiem. W jednej chwili mówię, a w drugiej zupełnie się odcinam. Nie odpowiadam na pytania. Ignoruję wypowiedzi terapeuty. Znikam. Ciemno przed oczami. I nie ma mnie tam. Nie ma mnie w ogóle. Pustka.
– O czym pani myśli?
– Nie wiem…
– Jak to pani nie wie? Nie rozumiem.
– To tak, jakby… Jakbym to nie ja myślała.
– Ale przecież te myśli są pani.
– Wiem, po prostu… to jakieś dwu-trzy wyrazowe fragmenty, strzępki myśli. Wyrwane z kontekstu. Przepływają przeze mnie, jakby bez mojego udziału. A gdy próbuję sobie uświadomić, czego te myśli dotyczą, pojawia się pustka.
Nie potrafiłam podać mu przykładu. Teraz odzyskałam do tego dostęp.
„Dostałam maila. Pada śnieg. Niedługo wiosna. Słucham rapu. Wszystko jest bez sensu. Wróciłam do pisania książki. Chce mi się płakać. Miałam rzucić palenie. Znów, kurwa, milczę.”
No dobra. Rzeczywiście możnaby te myśli rozwinąć. Problem w tym, że nie wiem, jak.
Już poprzedni terapeuta zauważył:
– Mówi pani do mnie, jakby wysyłała smsy.
Krótki komunikat i nic do dodania.

Czasem mam siebie dość – frustracja.

383 – dupny dzień

Co za z dupy dzień. Nigdy nie lubiłam niedziel, ale ta przeszła samą siebie.
Trochę ponad cztery godziny snu. Wstałam skoro świt, bo sen najwyraźniej się na mnie obraził.
Siadłam przed kompem i co? Ano właśnie nic. No, prawie. Poprawiłam zaczęty ostatnio rozdział „Majki”. Zmieniłam wydarzenia i nabrało to sensu. Jednak, gdy zaczęłam opisywać morderstwo ojca pewnego młodego redaktora, straciłam wenę, poczucie sensu, a i skupienie odeszło w niepamięć. Dobrą godzinę gapiłam się w monitor, nie wiedząc, co zrobić.
Potem było już tylko gorzej. Mdłości, zawroty głowy, osłabienie. Przez ostatnie psychiczne i emocjonalne jazdy oraz powrót do fluoksetyny, spóźnia mi się okres. Brzuch boli, emocje szaleją. Łzy pojawiają się znikąd. Ehh.
Popołudnie przespałam.
Myśli nie mają litości dla mojego postanowienia. Ściągają w dół i gnoją – emocjonalni wywrotowcy.

382 – z pola bitwy

Najnowsze doniesienia z pola bitwy o siebie.

Znów zaczęłam wstawać o ludzkiej porze. To zasługa Prozacu, który rano wybudza ze snu i nie daje na powrót zasnąć. I dobrze. Wieczorem padam, jak mucha.
Przymusy autoagresywne osłabły. Myśli samobójcze – też. Nastrój rozczarowująco nie chce współpracować – twardy zawodnik z tego smutku i poczucia bezsensu. Cóż, i z tym w końcu sobie poradzimy.

Pisanie. Na razie moje pisanie ogranicza się do researchu i czytania o prokuraturze PRL. Ble, że też musiałam sobie wymyślić taką postać…

Słońce za oknem dodaje sił. Znów pojawiają się strzępki wiary, że będzie dobrze. Choć samo się to nie zrobi – wiem. Potrzeba nakładów pracy własnej, by wygrzebać się na dobre i – co najważniejsze – na dłużej. Powoli też wraca stabilność – na tyle, na ile można mówić o stabilności w przypadku chwiejności emocjonalnej.

Mrówczyńska, powoli, powolutku. Nie trać cierpliwości. I, do cholery, nie zepsuj tego, co zaczynasz osiągać. Nie pozwól sobie na to, by to zniszczyć.

Fragment „Majki”:

„- Widzę, że nie smakuje urodzinowe śniadanie – powiedział z pogardą i kopnął leżący na ziemi talerz. – Odwiedziliśmy waszą matkę. Wie, że jesteście na skraju śmierci samobójczej. Jednakże ktoś musi zostać oskarżony i skazany. Skoro was już na tym świecie nie będzie… Dziś, po tym, jak zidentyfikuje wasze ciało, zostanie postawiona w stan oskarżenia o brutalne morderstwo męża. Już zaczęliśmy ją przesłuchiwać – prokurator rzucił zdjęcie na ziemię.
Andrzej drgnął.
– Przecież… co wyście jej chuje zrobili?! – krzyczał, nie mogąc uwierzyć, że widzi matkę pobitą, w poszarpanych ubraniach.
– Mówiłem już. Przesłuchiwaliśmy ją. Ale nie smućcie się tak. Mam dla was prezent urodzinowy. Jeśli mnie wyręczycie w zrobieniu wam samobójstwa, zapomnę o sprawie, a wasza matka będzie dalej wiodła swój nędzny żywot – mówiąc to, wyciągnął broń z kabury. – To jak będzie? Uratujecie matkę?
Chłopak skinął głową.
– W takim razie powiedzcie mi, co tam się stało.
– Zamordowałem ojca z zimną krwią… – zaczął cicho.
– Nie dosłyszałem!
– Rozjebałem łeb temu skurwysynowi! – krzyknął tak głośno, że prokurator zdawał się być zdziwiony jego nagłym wybuchem.
– Rozumiem – rzekł prokurator i zaczął zapisywać coś w aktach mrucząc pod nosem. – Oskarżony przyznał się do winy i jest głęboko wstrząśnięty zbrodnią, której dokonał. Wykazuje myśli samobójcze, sugerowana obserwacja – skończył zapisywać. – Nie wiem, czy sobie zdajecie z tego sprawę, ale rozpatrzenie wniosku o obserwację trochę trwa. To co, nie traćmy czasu. Jest kolejka do tej izolatki – podał mu broń.”

381 – mozolnie, ale pod górę

Wczorajsza próba spektakularnego wejścia w rejony położone wyżej wyszła połowicznie.
Pisanie „Majki” – było. Marne 664 wyrazy, 4238 znaków wątpliwej jakości, dyskusyjnej treści, która po przemyśleniu zdaje się pasować do całej historii, jak pięść do nosa. Ale nie, nie będę się wściekać na siebie. Już jakiś czas temu powiedziałam sobie:
– Mrówczyńska, lepiej napisać rozdział, który się potem skasuje, niż nie napisać nic.
Hmm, chyba dobre postanowienie?
Nie oczekuję od siebie gwałtownej poprawy nastroju. A raczej konsekwentnej pracy, mozolnego wspinania się pod górę. Powoli. Krok po kroku. Noga za nogą. Wzrok jeszcze odwraca się w stronę łóżka:
– Pierdol to! Nic nie ma sensu. Połóż się do wyra i czekaj na śmierć.
– Aaa weź zamknij się! – odkrzykuję w myślach cholernemu schematowi.
Nic się nie chce. Sensu nie widać. Ale wiem, że to się zmieni. Wkrótce się to może zmienić. Tylko wytrwać w postanowieniach. Nie dać się zgnoić samej sobie.

Siły Wam wszystkim życzę.

380 – rozpisanie

No dobra. Sprawa wygląda tak: Postanowiłam wstać.
Dość mam leżenia i kwękania, jak mi źle. Takie wylegiwanie się na dłuższą metę męczy, a i odleżyn można się nabawić. Znam tylko jeden sposób na powrót do życia: pisanie.
Plik „Majki” otwarty. I co? No właśnie jedno, wielkie gówno. Przewijam strony w górę i w dół. Zawieszam wzrok na losowych zdaniach. Nie mam weny. Wiem, jak ma wyglądać najbliższa przyszłość bohaterów. Kto, co będzie robił, co się stanie. Ale żeby ubrać to w rozdziały? Nie… mowy nie ma. Może rozpiszę się przy tym wpisie? A może… może nie.

Znęcałam się fizycznie i psychicznie nad biednym Andrzejem. To taki mój książkowy worek treningowy: daje upust złości i skłonności sadystycznych, jak to ujął terapeuta. Majkę ubierałam w lęki i jej żałowałam. A teraz mam do nich obojętny stosunek.

Dobra, Mrówczyńska. Jeszcze raz. Pisz, pisz, pisz!

Mijają trzy lata odkąd zaczęłam przygodę z pisarstwem. Spłodziłam trzy książki. Teraz chcę iść dalej. Rozsmakować się w beletrystyce. Dziewiętnaście stron „Majki” zachęca do dalszej pracy. Ale mózg odmawia posłuszeństwa. Głupi mózg.

379 – dość żółci

Tak bardzo chciałabym napisać, że się podniosłam.
Mam dość zalewania Was żółcią z trzewi. Jak kiedyś, na pierwszym blogu. Gdy żyć nie potrafiłam bez użalania się i desperackiego szukania pocieszenia.
Bywają momenty, że się uśmiecham. Ba! Czasem nawet szczerze się śmieję. Przypływ siły, nadziei, pragnienie zmian. To wszystko bywa, nawet teraz. Lecz przychodzi noc. Przemyślenia.

Ale obiecuję: Podniosę się. Otrzepię. Pójdę dalej swoją ścieżką.
Jeszcze chwila. Dzień. Tydzień. Miesiąc. Aż w końcu się otrząsnę. Znów będę śmiać się do słońca. Wdychać noc. Gubić duszę na wietrze. I z wdzięczności za życie będę krzyczeć:
– Jestem!

378 – pozdrowienia z dna

Czwarta czterdzieści cztery. Dookoła cisza i mrok. Natłok myśli wyprowadził mnie w taki kozi róg, że musiałam wstać. Jeszcze chwila, a…

Kiedyś myślałam, że kryzys to taki czas, w którym się spada. Aż na samo dno. Potem wystarczy się odbić i wszystko wraca do normy. Może i tak było. Nie pamiętam już lepszych czasów.
Kiedyś wystarczyło poleżeć na tym dnie. Popłakac. Dać się pocieszyć. Nabrać sił na powrotną wspinaczkę.
Z biegiem lat coś się zmieniło. Dno już nie jest momentem zwrotnym. Coś we mnie odkryło, że da się spadać jeszcze niżej. Jeszcze boleśniej. Jeszcze destrukcyjniej.
Teraz leżąc, drapię w nim dziurę pazurami. By spadać jeszcze niżej. Jeszcze destrukcyjniej. Jeszcze boleśniej. I o drodze powrotnej mowy być nie może. Póki się nie upodlę wystarczająco. Nie zaatakuję tego, co najcenniejsze. Nie zniszczę wystarczająco wiele.
Każde dno z psychicznych den wygląda jak ser szwajcarski. Psychiczne durszlaki – nie zatrzymują, a odcedzają z resztek tego, co dobre. Największy syf spływa niżej i niżej. I drąży, jak kropla skałę. Za każdym razem przesiąkając głębiej.
Już nie potrafię się zatrzymać w kryzysie. Nie wiem, co to opamiętanie. Szukam coraz głębszych den. Okłamując się, że od kolejnego już na pewno się odbiję. Ale wciąż mi mało! Wciąż za mało. Muszę upaść po autoknockoucie. Leżeć, w bezsilności zaciskając usta. Z bólu dławić się powietrzem, by uznać, że kara była wystarczająca.
A im większe próby zebrania dupska w troki, tym marniejsze skutki. Opłakane konsekwencje. Sekunda motywacji, dziewięć rozpaczy – decyzja o rzuceniu ręcznika.

W tej chorej głowie nawet marzenia stały się narzędziami tortur. Wykorzystywane, jak emocjonalne bicze.
– Zobacz! Zobacz, ile pragniesz! A nic z tego nie dostaniesz! Nic!
Jak świeże bułeczki za szybą piekarni, gdy skręca z głodu, ale nie ma czym zapłacić. Jak pieprzony cukierek przez papierek…

Za chwilę piąta.