368 – terapia borderline: przełom poproszę, bo pęknę

Nagromadziło się tego dużo. Za dużo emocji, myśli, przymusów. Znam na to dobre lekarstwo: szczerość na sesji i wpuszczenie do swojego świata wewnętrznego. Tyle w teorii.
Cholerna praktyka odbiera możliwość wyartykułowania tego, co zamierzam powiedzieć terapeucie – przed sesją.
A nawet i w gabinecie – duża część myśli kończy swoją wycieczkę na końcu języka. Usta się nie otwierają i już.
Dobra, to na trzy to powiem. Raz, dwa… Ale co ja miałam powiedzieć? Aha, dobra. To na trzy. Raz… Dwa… Trzy…
Oddech wzięty, chwilę wstrzymany i wypuszczony. Usta nie drgnęły.
– O czym pani teraz myśli?
Sekunda wahania – może uda się to wypowiedzieć? To jeszcze raz, na trzy. Raz… Dwa… Trzy…
– O niczym. Mam pustkę w głowie.

Czy za każdym razem, gdy chcę się otworzyć na sesji, porozmawiać o czymś ważnym, co niesie za sobą zbyt wiele emocji i lęku, mam pić? To jedyny skuteczny sposób, jaki znalazłam. A potem jest pod koniec sesji:
– Wie pan, napiłam się przed sesją. Inaczej nie potrafiłabym tego z siebie wydusić.
Ale przecież tak nie powinno być… Może powinnam pisać do niego listy, może wtedy w końcu dowiedziałby się, o co mi chodzi i jak wygląda mój wewnętrzny świat. Tylko nie dam rady ich przeczytać na głos. Nie dam rady. Więc ich nawet nie wyciągnę.

Jak z nim nie pogadam – wybuchnę. Trzymam się resztkami sił. Autodestrukcyjna już puka do drzwi, gotowa, by je wyważyć.

210 Total Views 2 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.