375 – psychiatra

Po wczorajszej wizycie u psychiatry wracam do fluoksetyny – po dwóch latach przerwy. Wenle odstawiłam z nowym rokiem, a ciało już straciło cztery kilo.
Jeśli sam Prozac nie wystarczy – powrót do neuroleptyków.
Nie mam na nic siły. Płacz, leżenie w łóżku i przymus autodestrukcji. Tak ostatnio wyglądają moje dni. Zwleczenie dupy na terapię lub do sklepu to gigantyczny wysiłek.
Użalam się nad sobą, wiem. Ale w moich oczach wszystko straciło sens.
Mimo to, jak zwykle, kolekcjonuję każdy nowy dzień. Trzy miesiące do trzydziestki. I coraz większy lęk.

299 Total Views 2 Views Today

8 komentarzy “375 – psychiatra”

  1. Veronica napisał(a):

    Witaj, trafiłam jakiś czas temu na Twojego bloga szukając informacji o borderline. Sama posiadam zaburzenia mieszane, mam 30 lat, a diagnoza wystawiona była ze 4 lata temu. Chodziłam na terapie, jedna wizyta w szpitalu, a potem… Chciałam uciec od choroby bagatelizujac i mówiąc, że nic mi nie jest i jakoś to będzie. Obecnie mam 10 miesięczne dziecko i jestem samotną matką. Nie mam wsparcia faceta, ojciec dziecka okazał się draniem i uciekłam od niego z UK. Oprócz dziecka nie mam nic, żadnej kariery, prawie wogole nie mam przyjaciół. Kiedyś potrafiłam przelec tygodniami w depresji, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. Teraz nie mogę sobie na to pozwolić, bo jest dziecko. Jakoś cudem się udaje z pomocą matki, choć ta relacja jest toksyczna (jest głównym powodem moich zaburzeń). Są chwile, kiedy nie mam już siły, ręce się trzęsą z nerwów i przemęczenia i marzę do czasów kiedy jedynym problemem byłam ja. Z jednej strony to motywujące, bo jest dziecko, które bardzo kocham i chcę mu dać przyszłość lepszą od mojego życia, a z drugiej niesamowite obciążenie psychiczne i fizyczne.

    • Anka Mrówczyńska napisał(a):

      A terapię ukończyłaś czy przerwałaś?

      • Veronica napisał(a):

        Najpierw byłam na indywidualnej, z której musiałam zrezygnować na rzecz grupowej, załatwionej przez kogoś z rodziny. W jej trakcie trafiłam do szpitala i nie mogłam już wrócić po wyjściu. Po pół roku od szpitala wyjechałam do Anglii, chcąc zmienić życie. Już nie byłam wtedy na żadnej terapii, bo nie wiedziałam gdzie się zgłosić, czy mogę taką podjąć, i chciałam sama się podnieść, nie wiedząc, że mam aż taki problem.
        Pół roku orki w Anglii na magazynie na same nocki i byłam wykończona pod każdym względem. Wróciłam do kraju myśląc, że jestem zahartowana do życia. Jedna praca, z której mnie wyrzucono, druga, mało ambitna, popchnęła mnie do powrotu do Anglii jako au pair, w celu podszkolenia języka już tak na serio. Czując się samotnie w tym kraju, poznałam ojca dziecka. Ciąża, nader szybko. Brak pracy na kontrakt, zamknęło mi drogę na jakąkolwiek pomoc ze strony państwa. I tak byłam zdana na łaskę i niełaskę ojca dziecka. Aż w końcu uciekłam. Pił, raz mnie pobił, ignorował…
        Teraz liczę na terapię grupową w innym miejscu, z nadzieją, że pozwoli mi złożyć życie na nowo.
        Tylko ten wszechobecny lęk, który ciągnie się przez całe życie, paraliżuje jak zwykle każdą nadzieję, powoduje pasywnosc, nagłe braki wiary w siebie i ciągłe porzucanie tego, co próbuje robić.
        Czy to kiedyś się skończy? Czy potrafię poczuć się pewna i szczęśliwa? Bo moja matka nigdy nie była szczęśliwa, umiała tylko narzekać i winić mnie za swoje porażki życiowe i że to ja zmarnowalam jej życie, wyzywajac od głupich idiotek. Nie zmieniło się to w niej to do dziś.

        • Anka Mrówczyńska napisał(a):

          W naszym przypadku terapia jest bardzo istotna i ważna.
          Ja też w trakcie grupowej przeniosłam się na zamknięty w obawie, że znów podejmę próbę samobójczą.
          Teraz jestem w trakcie indywidualnej.

          • Veronica napisał(a):

            Ja przerwałam grupową, bo trafiłam po próbie do szpitala i nie mogłam już wrócić na nią po powrocie. Sporo czasu było potrzebne aby uświadomić sobie cel takiej terapii i zdać sprawę ze swoich złych „nawyków”. A lata lecą… chciałabym potrafić być szczęśliwą i umieć się cieszyć… To jest najtrudniejsze. Choć przez jakiś czas chyba udało mi się tego doświadczyć, i była to trochę dłuższa chwila. Prawdziwe szczęście, czy wmawianie go sobie – pytanie, które ciągle sobie zadaję. I tak ze wszystkim jest: prawdziwe, moje, czy nie.

            • Anka Mrówczyńska napisał(a):

              Rozumiem Cię. Sama, choć za trzy miesiące zdmuchnę trzydzieści świeczek na torcie, wciąż nie wiem kim jestem, czego chcę, co czuję. Z obecnym (drugim) terapeutą pracuję prawie dwa lata i mam nadzieję, że dojdę kiedyś do momentu, w którym będę potrafiła odpowiedzieć sobie na te pytania.
              Trzymam kciuki za Ciebie.

  2. Veronica napisał(a):

    Chciałabym przeczytać na Twoim blogu, że w końcu udało Ci się przezwyciężyć utarte schematy w głowie. To by była wielka motywacja dla innych czytających tego bloga i nadzieja na Życie.

    Aby trochę uspokoić gonitwy myśli stosowałam medytacje. Uczęszczałam do ośrodka buddyjskiego na wstępy do medytacji – uwaznosc oddechu oraz metta bhavana. Nie jest to rozwiązanie, ale pewna dodatkowa rzecz równoległa podczas terapii. Nie zastąpi kontaktu z psychologiem. Ja wtedy nie byłam pod opieką żadnego specjalisty. Na pewno znowu wprowadzę medytacje, kiedy zacznę terapię grupową. Oby tylko ktoś mógł na ten czas pozostać z dzieckiem…

    Pozdrawiam Cię mocno

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.