390 – testowanie granic

Testowanie granic jest domeną dzieci i wydawać by się mogło, że dorosły człowiek już doskonale wie, gdzie się one znajdują. No, chyba że jest się posiadaczem osobowości z pogranicza.
Trzydzieści lat na karku, a zachowania iście dziecięce.
Model mojego wychowania nie był zbyt fortunny: oscylacja między całkowitą kontrolą a nadmierną pobłażliwością. W efekcie nigdy nie wiedziałam, jakie konsekwencje przyniesie dane zachowanie. Jakie były tego skutki? Wieczne testowanie granic. Niestety, zostało mi to do dzisiaj.
Testowanie to odbywa się nie tylko wtedy, gdy między mną a Mrówkiem jest źle. W takiej sytuacji podjudzam tak długo, aż nastąpi wybuch. Oo, wtedy to się dzieje! Prowokuję kłótnię swoim zachowaniem. Powiedzmy, że jestem opryskliwa bez żadnego powodu. To oczywiście denerwuje mojego rozmówcę. Ale na tym nie potrafię poprzestać. Gdy zauważam złość, ciągnę dalej prowokacyjne zachowanie. Na zmianę atak i poczucie pokrzywdzenia. I nie potrafię odpuścić. Daję za wygraną dopiero wtedy, gdy z obu stron padnie dużo bolesnych słów. W swoich oczach nie jestem prowodyrem, a bezbronną ofiarą.
Ale relacja jest zagrożona nawet wtedy, gdy jest dobrze. Jakby złośliwość była sposobem na… No właśnie, na co? Dobrze wiem, co wkurza Mrówka. I czasem nie potrafię się powstrzymać przed robieniem tego. Takie skutanie palcem w blat. Początkowo nie zwraca na to uwagi. Konsekwentnie robię to dalej.
– Przestań – o tak! Właśnie na to czekałam! Jest reakcja, więc teraz już na pewno nie odpuszczę.
Stukam dalej. Mrówek chwilowo znów nie zwraca na to uwagi. Więc dawaj stukać głośniej i w szybszym tempie. I tylko czekam.
– Przestań! – oo, złość! Zmierzamy w dobrą stronę!
I dlaczego nie potrafię odpuścić? Dlaczego denerwuję go tak długo, aż puszczą mu nerwy?
Czasem przychodzi refleksja już w trakcie takiego zachowania:
– Mrówczyńska, po cholerę go denerwujesz? – zastanawiam się. Ale palec wciąż stuka, jakbym straciła nad nim kontrolę.

Po ostatniej kłótni miałam sen. Byłam z rodziną w lesie i zbieraliśmy grzyby przy drodze. Było ich pełno. Oczywiście nie mogłam zbierać tam, gdzie wszyscy. Zaczęłam się wspinać po bardzo stromym zboczu. Czułam, że nie powinnam tam iść. Tym bardziej, że wyżej grzybów nie było. Ale ja byłam już tylko zaślepiona przymusem wejścia na samą górę. Tuż przy szczycie napotkałam zabezpieczoną pajeczyną jamę – gniazdo jakiegoś ogromnego pająka. Zrozumiałam ostrzeżenie: nie idź dalej. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie pchała się wyżej! W końcu wdrapałam się na szczyt. Zauważyłam profesjonalny szałas i byłam pewna, że zajrzenie do niego przyniesie kłopoty. Wycofałam się? Skądże! Ciekawość sprowadziła na mnie kłopoty. W szałasie spał olbrzymi pies, który widząc mnie, wpadł w szał. Wybiegł z kryjówki z pianą na pysku. Dopiero wtedy zdecydowałam się na odwrót. Zaczęłam zbiegać po tym niemal pionowym zboczu. Pełna lęku o własne życie i życie rodziny, która nieświadoma niebezpieczeństwa dalej zbierała grzyby. W połowie drogi bliscy zauważyli wściekłego psa i wzięli nogi za pas. A ja? Czułam się tak bardzo pokrzywdzona, że z problemem zostałam sama.

393 Total Views 6 Views Today

8 komentarzy “390 – testowanie granic”

  1. Veronica napisał(a):

    Dostrzegam pewne podobieństwo, ponieważ też uważam, że w moim domu byłam zbyt kontrolowana przez swoją matkę. Musiałam i nadal muszę robić to, co ona uważa za słuszne. Nie pozostawiała mi wyboru, a jeśli wybierałam źle to była bierna. Nie tędy droga do wychowania dziecka! Zamiast nauczyć samodzielności, zachęcać do dokonywania wyborów (tych mniejszych i poważniejszych), potrafić rozmawiać z córką odnośnie wyborów dając jej inny punkt spojrzenia na sprawę, to łatwiej było wydawać rozkazy. Zauważam, że to było powodem niewyksztalcenia we mnie własnego ja i odpowiedzialności za czyny, bo jak można brać odpowiedzialność za nie własne wybory.
    Przychodzi mi na myśl rozdział z ‚Inteligencji emocjnalnej’ pt. Kociołek rodzinny.

    • Anka Mrówczyńska napisał(a):

      Kupiłam „Inteligencję emocjonalną” już dawno temu. Zaczęłam czytać, ale jakoś nie mogę się skupić. Mam kilka takich zaczętych książek.
      Też mam problem z brakiem odpowiedzialności za własne wybory i czyny.

  2. Veronica napisał(a):

    Też tej książki nie przeczytałam całej. Próbowałam w tamtym roku, ale nie wyszło. Jednak trafiłam na ten rozdział zupełnie przypadkowo. Ta książka to nie jest powieścią i można czytać wybiórczo, więc małymi kroczkami do przodu 🙂

  3. Veronica napisał(a):

    Hehe, perfekcjonizm. Mnie gubił bo planowałam idealnie, a jak już odstepowalo od tego to porzucalam. Wiele rzeczy zaczetych, a żadna skończona.

    • Anka Mrówczyńska napisał(a):

      Taa… Ten perfekcjonizm. Ja perfekcjonistką niby nie jestem, raczej bałaganiarą i zwolenniczką robienia większości rzeczy po linii najmniejszego oporu. Ale z drugiej strony, jak już coś robię, to chcę być albo najlepsza, albo wcale się do tego nie zabierać. W efekcie odpuszczam i nie robię nic.

  4. Veronica napisał(a):

    Tak, albo najlepszym, albo w ogóle. I to właśnie jest czarno-białe podejście, które i ja niestety mam zakodowane w głowie. Do tego jeszcze moja niska samoocena i gotowy problem przy zdobywaniu pracy. Rozmowy kwalifikacyjne są dramatyczne.
    A przecież wystarczyłoby umieć na tyle, aby wytrwać na swoim stanowisku. Nie być idealnym, ale po prostu człowiekiem. Tylko… Najpierw trzeba zdobyć tą pracę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.