Monthly Archives: Marzec 2017

438 – uczę się

Ewoluuję. W żółwim tempie, ale jednak.
A może „Autoterapia” działa? Stałam się mniej kłótliwa. Zawsze szłam w zaparte, szukając powodu do utarczki. Teraz próbuję zrozumieć punkt widzenia rozmówcy. To bardzo ważna umiejętność społeczna, której do tej pory nie posiadałam.
A może jednak to terapia? Albo arypiprazol?

Psychiatra wezwał mnie na dywanik. Wizyta we wtorek.

436 – terapia borderline: aktywność

Terapeuta wielokrotnie powtarzał mi, jak ważna jest aktywność w profilaktyce stanów depresyjnych. Zgadzałam się z nim, ale nic z tego nie wynikało. Nie miałam siły na nic.
– Ten arypiprazol aktywizuje. Wstaję skoro świt, cały czas coś robię. Dużo piszę. Kuchnia nigdy nie była tak czysta! Ale żeby nie było tak kolorowo, wciąż ten pieprzony smutek. Mam ochotę płakać, ale nie umiem. I to poczucie rozżalenia nie wiadomo czym.
– Myślę, że te emocje związane są z przeszłością. A to, że jest pani aktywna sprawia, że stan depresyjny się nie pogłębia.

Niby tak. Choć z drugiej strony te emocje są coraz silniejsze. Może to przez trzecią część Młodego boga? Napiszę pół strony i chcę tylko iść spać. Albo leżeć, słuchać smutnej muzyki i płakać. I ciąć, nade wszystko ciąć!
– A kiedy się pani ostatni raz pocięła?
– Bo ja wiem… W styczniu?
I nie chce tego robić. Nie chcę. Mam już wystarczająco oszpecone ciało…

435 – hop, hop!

Chciałam wziąć na tapet „Majkę”. Ale to nie ten czas, nie te okoliczności.
Weno, hop, hop! Gdzie jesteś?

Myślami wciąż jestem w „Terapii u Doktorka”. Niecierpliwię się. Chciałabym już wydać kolejną książkę. Coś mi się wydaje, że znów zabiorę się za pisanie autobiograficzne. „Samobójstwo na raty” (trzecia część Młodego boga) jakby mnie wolała.
A przecież miałam teraz zająć się beletrystyką…

434 – terapia borderline: pomocna dłoń

Chętnie szłam na sesję. Ostatnio dużo się dzieje.
– Wczoraj zrobiłam dobry uczynek – powiedziałam z uśmiechem i odrobiną dumy. – Byliśmy z Mrówkiem na spacerze. Kiedy wracaliśmy, przy wjeździe do lasu, na drodze leżały kluczyki do auta. Obok zaparkowane trzy samochody. Stwierdziłam, że nie możemy ich tak zostawić. Mrówek zasugerował, że mogą być tej dziewczyny, która mijała nas z psem. Podniosłam je i poszłam za nią. Szłam dobre dwieście metrów, zanim ją dogoniłam. Okazało się, że to jej kluczyki.
– Sprawiło to pani radość, prawda?
– Tak! Ja wbrew pozorom lubię pomagać.
– Ale tylko pisząc.
– Nieprawda! Na ulicy, w sklepie też.

433 – emocjonalna spirala

„Terapia u Doktorka” napisana w wersji elektronicznej, po pierwszych poprawkach, czeka na sponsora.

Nareszcie przyszła wiosna. Kawa w słońcu na balkonie. Brakowało mi tego.

Próbuję cieszyć się z małych rzeczy. Skupiam się na tym, co dobre. A mimo wszystko ten przeklęty smutek i ból samoświadomości.
Jestem z siebie dumna, więc skąd ta złość do siebie podszyta nienawiścią lub pogardą?
Chwytam się każdego, nawet najmniejszego pozytywu. A chce mi się płakać i ciąć. Czyżby pisanie o poprzedniej terapii mnie rozwaliło? A może to znów żałoba po ukończeniu książki?

Borderline, daj mi w końcu żyć!

430 – „Terapia u Doktorka” ukończona!

Dziś pobudka o szóstej i od razu zabrałam się za pisanie. Jest godzina dziesiąta, a ja radośnie Wam oznajmiam, że skończyłam redagowanie!
Tak, tak. To prawda. Teraz muszę przenieść poprawki na wersję elektroniczną. Wydrukować, przeczytać, poprawić. I tak kilka razy.
Ale najważniejsze jest to, że część najbardziej twórczą już skończyłam.
Jestem z siebie tak bardzo dumna! Ostatnimi dniami pisałam prawie cały czas.
Tylko żeby znów nie przyszła żałoba z powodu zakończenia pracy…
Teraz tylko zebrać potrzebną sumę i można wydawać papier!

Zaczęłam pisać mając 27 lat. Za trzy tygodnie mam trzydziestkę i napisałam do tej pory trzy książki (cztery, jeśli liczyć „Teofila”). Kiedyś nie potrafiłam napisać nic dłuższego niż kilkanaście stron. A teraz? Nigdy nie wiesz… Nigdy nie wiesz, co przyniesie jutro. Dlatego warto żyć i realizować marzenia!

429 – równowaga musi być

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się pisało. Przeredagowuję na papierze osiemnasty rozdział. Piszę, jak szalona.
A mimo to, chyba dla równowagi, ten przeklęty smutek. Wkradające się tylnymi drzwiami zwiatpienie i bezsens. Każda minuta to praca nad odporem tych myśli. W ferworze tworzenia łatwiej jest je uciszyć. I wierzyć w lepsze jutro.