416 – piątek, piąteczek, piątunio

Pobudka o ósmej z przekleństwem na ustach.
– Po jakie trzy się obudziłam? No po chu…
Mocna czarna kawa, fajka, 60mg Prozacu i 1mg Lorafenu – moje śniadanie.
Nieznaczne uspokojenie. Chaos we wnętrzu nieznacznie obniżył nasilenie. Choć ledwie namacalnie.
Druga kawa, druga fajka. Próbuję czytać. Jedna strona i się poddaję. Próbuję pisać. Zawieszam wzrok na literach i nie wiem, co dalej robić. Próbuję grać w ulubioną gierkę zręcznościową. Zazwyczaj skupienie uwagi na niej bardzo pomaga. Nie tym razem. Zupełnie mi nie wychodzi, tracę życie po kilku sekundach, co złości mnie jeszcze bardziej.
Kładę się więc jeszcze na chwilę do łóżka. Może poleżę, uspokoję się i pomyślę, co dalej. Pięć minut odpoczynku i znów chuj mnie strzela. Muszę usiąść. Ale siedzę i czuję, jak opadam z sił. Więc znów leżeć. By za chwilę ponownie wstać. Pomyślałam, że pójdę na zakupy, żeby było już z głowy. Chciałam się zacząć ubierać i dopadła mnie niemoc. Lęk przed wyjściem z domu. I suchy, wewnętrzny płacz. Szloch może nawet bardziej. I skóra upomina się coraz głośniej o swoje „zabiegi”. Ale nie. Wyrzuciłam wszystkie żyletki. Tak być nie może. Przecież chcę przestać. Tylko ten przymus…
Jak ja mam z tym całym cholerstwem walczyć?

185 Total Views 1 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.