Monthly Archives: Kwiecień 2017

469 – byłoby w porządku

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te cholerne przymusy autoagresywne. Ból w nadgarstku, ból na ramieniu. Koszulka delikatnie ociera się o skórę, a w środku skręca, że czuję dotyk bawełny, zamiast metalu.
– Musimy być przygotowani na to, że to będzie wracać. Nie chodzi o to, żeby się pani nie chciało. Tylko o to, żeby umiała pani nad tym zapanować i nie poddać się temu.
Tak, wiem. Terapeuta ma rację. Wyobrażam sobie, że przychodzę na sesję i muszę przyznać się, że znów upadłam. To trochę otrzeźwia. Przypomina o tym, co dla mnie ważne. Że od stycznia nie naruszyłam ciągłości skóry i jestem z tego zadowolona. Że tyle razy się powstrzymywałam, choć chciało się bardzo. I powtarzam sobie, że dam radę. Bo przecież tego chcę. Tego pragnę. Do tego dążę.
Mrówczyńska, musisz wytrzymać!

468 – koniec końców

Właśnie ostatecznie zakończyłam wszystkie prace nad „Terapią u Doktorka”. Książka jest w wersji ostatecznej. Czeka spokojnie na dysku na wydanie.
Znów pojawiła się jakaś pustka. Żałoba po procesie twórczym. Jednak fakt, że czekają mnie poprawki części trzeciej, przynosi ulgę.
I w końcu, nareszcie siądę do beletrystyki. Obiecuję to sobie.

467 – emocjonalny wstyd

Jestem bardzo emocjonalna i nie jest to żadną tajemnicą. A mimo wszystko wstydzę się okazywania wrażliwości. Zupełnie, jakby wzruszenie było znienawidzoną słabością.
Oglądaliśmy film. Co chwilę stawały mi łzy w oczach. Delikatnie i ukradkiem je osuszałam. Gdy tylko pojawiły się napisy końcowe, uciekłam do kuchni. Dlaczego? Żeby Mrówek nie zauważył tych łez.
Coś się jednak zmienia. Uczę się, że wyrażanie emocji jest czymś pozytywnym. Kiedy więc wróciłam do pokoju, wyznałam:
– Super ten film. Ale zbuczałam się na nim.
Poczułam pewnego rodzaju ulgę. Przyznałam się do wrażliwości, którą przecież tak u siebie cenię. I, na przekór sobie, nie myślałam o niej w kategoriach słabości.
To samo dzieje się na terapii. Przełamuję się i pozwalam sobie na wzruszenie.
– Wzruszyła się pani mówiąc o tym – skomentował ostatnio terapeuta, gdy skończyłam opowiadać o pewnym wydarzeniu przełykając łzy.
Kiedyś zamknęłabym się w sobie. Sparalizował by mnie wstyd, że jestem tak słaba. Że nie potrafię być silna i dopuszczam do głosu emocje. Tym razem było inaczej.
– Tak, wzruszyłam się. Te emocje wciąż są żywe – odparłam z ulgą, że sobie na to pozwoliłam.
Oczyszczenie – to słowo najlepiej opisuje ten stan. Stan dopuszczenia do głosu emocji i wyrażenia ich.
Po raz kolejny – jestem z siebie dumna.

465 – terapia borderline: oczyszczenie

To była trudna sesja. Nie ze względu informacje, którymi się dzieliłam. A przez emocje, które temu towarzyszyły. Mówiłam całe 45 minut, bez wycofywania się, spontanicznie. Opowiadałam o dzieciństwie, wchodzeniu w rolę niewolnika, od którego nic nie zależy i w konsekwencji pojawiającymi się poczuciu niesprawiedliwości i ucieczce. Mówiłam o myślach samobójczych i silnym przymusie cięcia.
– W pani relacjach z rodzicami, były elementy sadyzmu. I teraz pani ten schemat próbuje przenieść na swoje dorosłe życie. Tym cięciem chce pani powrócić do sadyzmu wobec siebie.
Mówiłam ze łzami w oczach i łamiącym się głosem. Czułam, że wypowiadanie kolejnych słów skończy się płaczem. Jednak ciągnęłam swą opowieść dalej.
Po wyjściu z gabinetu poczułam ogromną ulgę. I nawet przymus autoagresywny osłabł.
Jestem z siebie dumna.

464 – autoagresja

W domu żyletek brak – z wiadomych względów. Jednak kioski kuszą posiadanymi fragmentami metalu. Wystarczy przecież tylko podjeść, poprosić i zapłacić. I cały misterny plan obróci się wniwecz. Dlatego tak ważna jest ta silna wola, która ostatnio jest słaba. Czy zbyt słaba, by przeciwstawić się przymusom?
Próbuję ją umacniać. Rozmawiam o tym na sesji. Powtarzam, jak mantrę, swoje dążenia do zdrowia.
Wytrzymaj, Mrówczyńska, wytrzymaj!
Deprecjonowanie tego, co dla mnie najważniejsze – książek. Lewa ręka dopina ostatni guzik, ale prawa rozpina te dolne. Nieudolnie próbuję je zsynchronizować. Nieskutecznie? To się okaże.
Za półtorej godziny terapia. Muszę wylać z siebie cały syf. I znów iść do przodu z podniesioną głową. Nie zwracać uwagi na przeciwności. Być pewną swego. Walczyć o siebie i o to, czasem znienawidzone, życie.

463 – kłótnia

Kłótnia. Krótka, acz intensywna. Nie pamiętam, kiedy była ostatnia. Trzeba było więc nadrobić, nie?
Wieczorny sen, żeby przespać myśli samobójcze. Żeby zapomnieć, że się żyje.
Pobudka przed trzecią rano. Więc i kolacja, i fajka. I Lorafen krąży we krwi – pacyfikacja cholernych przymusów.
Kłótnia, o co? Nie pamiętam. Zbyt wiele emocji, by pamięć nie zawiodła. Spokój. Choć rezygnacja bardziej.