484 – lęk przed opuszczeniem

Lęk przed opuszczeniem i gorączkowe wysiłki uniknięcia rzeczywistego lub wyimaginowanego odrzucenia.
Zawsze wydawało mi się, że mnie to nie dotyczy. No dobra, lęk czułam i byłam go świadoma. Ale druga część kryterium zdawała mi się do mnie nie pasować. Do czasu.
Nagle, jak olśnienie, spadło na mnie samouświadomienie, że przecież tak robiłam i nadal zdarza mi się to robić.
Powieszenie, bo Mrówek chciał wyjechać do siebie. Chlanie i cięcie, bo był za granicą. Ale to skrajne przykłady.
Te bardziej subtelne trudno było mi zauważyć. Teraz je widzę i próbuję nad tym pracować. A co mam na myśli?
– Siedzisz cały dzień na uczelni, nie możesz do mnie napisać?
– Jest wieczór, oglądamy film, musisz teraz gadać na Facebooku?
– Chcę z tobą porozmawiać, spędzić razem czas, a ty cały czas tylko piszesz książkę.
Mrówek często się denerwował. A ja? Od razu smutek, bezsens, myśli samobójcze i łzy w oczach. Już nic nie chcę, już nic robić nie będę. Wszystko jest bez sensu.
Nie do końca rozumiałam sama siebie. Nie rozumiałam, o co mi chodzi i skąd się to brało. Aż pojęłam swój sposób myślenia.
Mrówek mnie skrytykował! Ma do mnie zastrzeżenia, więc, jeśli coś z tym w tej chwili nie zrobię, opuści mnie! Czyli lęk przed opuszczeniem, którego byłam świadoma. I teraz wkraczały jeszcze bardziej destrukcyjne mechanizmy mające mnie przed tym opuszczeniem uchronić. Choć w efekcie nie raz przyczyniały się do tego, że Mrówek faktycznie prawie mnie zostawił.

– Siedzisz cały dzień na uczelni, nie możesz do mnie napisać?
Znaczyło ni mniej ni więcej, niż to, że za mną tęskni i chciałby porozmawiać. Moja interpretacja? Mrówek jest zły, że chodzę na uczelnię. Nienawidzi mnie za to! Jedynym sposobem, żeby ratować ten związek, jest rezygnacja ze studiów. Efekt? Wcale między nami się nie poprawiło. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam go oskarżać o to, że KAZAŁ mi zrezygnować z uczelni. Dobre sobie! Oczywiście nie pamiętałam, jak mnie namawiał, żebym nie rzucała nauki. Co to, to nie. Stałam się jego ofiarą – oczywiście w swoich oczach. Zaczynałam się mścić bierną agresją. Byłam nieszczęśliwa. A to wszystko przecież była jego wina!

– Jest wieczór, oglądamy film, musisz teraz gadać na Facebooku?
Zwykłe pytanie, niezwykła reakcja. Co w tym złego, że narzeczony chce obejrzeć ze mną film? Nic. Co złego w mojej reakcji? Wszystko!
Bo już: jeśli z kimś jeszcze raz porozmawiasz, zostawi cię! Chcesz z nim być? Nie kontaktuj się z nikim! Kolejna nadinterpretacja prowadząca do konfliktu. Bo chwilę później: jestem jego niewolnikiem! Nie pozwala mi z nikim rozmawiać! I bunt. I poczucie pokrzywdzenia.

– Chcę z tobą porozmawiać, spędzić razem czas, a ty cały czas tylko piszesz książkę.
Już nigdy nic nie napiszę! Jeśli będę pisać, odejdzie ode mnie! Przysięgam, że już nigdy nie będę nic pisać! I od razu: co?! Nie mogę pisać?! W dupie cię mam! Chcę być sama i pisać cały czas! A przecież tylko chciał ze mną porozmawiać, poczuć, że mi na nim zależy, że się nim interesuję.

Te reakcje dzieją się mimowolnie i w ułamkach sekund. Tak, że do tej pory nie byłam w stanie tego zaobserwować. Teraz to dostrzegam, więc mogę nad tym pracować.
– Chciałem obejrzeć z tobą film, musisz teraz pisać tego maila? Nie będziesz wiedziała, o co chodzi.
I już, w pierwszej chwili oburzenie, że nic nie mogę, a jeśli nie przestanę, zostawi mnie. Ale nadchodzi uzmysłowienie mechanizmu. Mogę więc spokojnie odpowiedzieć:
– Masz rację, przepraszam. Obejrzyjmy ten film. Maila napiszę później.
Lub:
– Jest środek nocy, nie możesz ze mną spędzić czasu? Musisz gadać na FB?
Tradycyjnie – ciśnienie w górę, oburzenie, bezsens, myśli samobójcze. Po czym:
– Dobrze, pogadam jutro. Masz rację, cały dzień spędziliśmy osobno, teraz spędźmy trochę czasu razem.

Coraz mniej jest nieporozumień. Coraz mniej moich chorych reakcji i prób uniknięcia wyobrażonego opuszczenia.

464 Total Views 4 Views Today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.