Monthly Archives: Wrzesień 2017

522 – terapia borderline: nie ma mnie

To była jedna z dziwniejszych i najbardziej milczących sesji podczas mojego leczenia.
Szłam tam z nastawieniem, że znów będę dużo mówić. A tu… Guzik z pętelką.
Bąknęłam coś na początku, a potem cisza. I nie ma mnie. Zapadam się w sobie.
– O czym pani myśli? – wyrywa mnie z nicości głos terapeuty.
– Właśnie o niczym…
– Tak, jakby pani nagle stawała się obojętna na kontakt z drugim człowiekiem.
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
– To wygląda tak, jakby traciła pani zainteresowanie rzeczywistością – po jakimś czasie znów przerwał milczenie.
Z dużym opóźnieniem odpowiedziałam, że czasami.
– A teraz?
W końcu wydusiłam z siebie, że czuję się, jakby mnie nie było.
– A pani musi, czy chce być w tym stanie? – zapytał widząc mnie wpatrzoną w jeden punkt od początku sesji.
Byłam zmęczona, tak bardzo zmęczona. Znów utraciłam zdolność ostrego widzenia.
Wszystko się zlewa w jedną masę. Nie rozpoznaję kształtów.
Chciałam już tylko wrócić do domu i położyć się spać.
Ale nie spałam po przyjściu. Wróciłam do pracy.

521 – i po wolnym

Tygodniowy urlop dobiega końca. Jutro do pracy.
Zdążyłam w tym czasie przeczytać pół „Uśpionej” i straciłam werwę.
Nieliczne promienie słońca wpadają przez okno. Rozświetlają pokój, tworząc taneczne widowisko światła z cieniem. Łysiejące drzewa bujają się w rytm wiatru. Nieuchronnie nadchodzi jesień.
Smutek we mnie i umieranie dookoła mnie. Nie nastraja to zbyt optymistycznie.
Zawinąć się w koc. Schować przed światem. I zapomnieć, że się żyje…

520 – weno wróć!

Od czwartku mam wolne.
Zdążyłam w tym czasie przeczytać „Anioły jedzą trzy razy dziennie” Grażyny Jagielskiej i zamówić kolejne dwie książki, które najprawdopodobniej też połknę na raz. Jestem głodna czytania. Zaniedbałam tę dziedzinę życia. Czas to nadrobić.
A teraz?
Siedzę z parującą czarną kawą i wydrukiem „Uśpionej” przed sobą. Zaczęłam czytać.
Plan jest taki, by zamiast dwóch części po 150 stron wydanej książki, dopisać po prostu część dalszą i nie pozostawiać czytelnika z ogromnym niedosytem, co usłyszałam od moich prerecenzentów.
Tak bardzo brakuje mi pisania! Weno, wróć łaskawie pod mój dach.

519 – koszmary

Są takie sny, które rozwalają na cały dzień. A czasem i tydzień. Ta noc obfitowała w nie.
Obudziłam się roztrzęsiona i zlana potem. Trudność sprawiało trafienie fajką do ust.
Podwoiłam dawkę antydepresanta. Mamy z psychiatrą umowę, że zaleca mi widełki dawek, pomiędzy którymi mogę się poruszać wedle potrzeby. Dziś właśnie nastał ten dzień.
Myśl o jutrze wywołuje mdłości. Praca. Wiem, siedzę w domu, przed własnym komputerem. Co może być nie tak? Hmm… Oprócz tego, że wszystko? Nie chodzi o ludzi, są w porządku. Nie chodzi o obowiązki służbowe, te znam od jakichś 7 lat i dobrze się w nich czuję. Więc co? Presja czasu, zamieszanie, robienie po kilka razy tego samego. I na koniec – już sama nie wiem, co.
Wczoraj wieczorem marzyłam. Marzyłam o pisaniu. Zdawało mi się, że pęka jakiś lód, spod którego wyłania się wena. Pojedyncze pomysły, pojedyncze zdania. To było cudowne uczucie. Dziś pozostał chłód. I rezygnacja.

517 – coś dobrego

Terapeuta często pyta, czy robię dla siebie coś dobrego. Ostatnio był z tym duży problem. Cały czas wypełniała mi praca zawodowa. Od dawna nie piszę. Może po prostu potrzebuję przerwy?
Dziś jednak postanowiłam zrobić dla siebie coś naprawdę dobrego.
Rosnąca sprzedaż, dobre recenzje i mnóstwo pytań od Was o wersję papierowe moich książek dały mi motywację i kopa.
Dziś w końcu usiadłam i wysłałam e-maile do trzech wydawnictw specjalizujących się w literaturze psychologicznej.
I czekamy…
Autorskich praw majątkowych dalej nie chcę oddawać, co stanowi duży problem. Gdyby nie to, już dawno te trzy tytuły stałyby na półkach księgarń. No cóż. Może jednak w końcu się uda?