Monthly Archives: Kwiecień 2018

588

Siedzimy we czwórkę przy stole. Ja z Mrówkiem i mama z tatą. Rozmawiamy, śmiejemy się. Jest bardzo miło.
Nagle pojawia się smutek i odwraca moją uwagę. I już wyłączam się z rozmowy.
Obserwuję rodziców. Widzę te same schematy, co u nas.
Skąd ten smutek? Przez chwilę zdawało mi się, że coś przeczuwam. Ale bańka prysła.
Widzę siebie w mamie. Dziwne uczucie. Widzę w ich relacji podobieństwa do naszej. Nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić. Jestem zagubiona. Mętlik w głowie.
A przecież jest dobrze.

586 – granice mojego „ja”

Wczoraj sporo myślałam. Doszłam do ważnego wniosku. Przez izolowane się i uciekanie we własny świat, mocniej czuję granice mojego „ja”. Częste wrażenie rozpływania się i bycia pochłoniętą przez innych, równoważę postawieniem grubej kreski między „ja” i „świat”.
Odizolowanie się od tego, co na zewnątrz pozwala mi czuć się sobą i nie utracić siebie. Bo przecież moja tożsamość rozpada się w palcach.

585 – urlop!

Uff… Udało mi się dobrnąć do piątku. Marzyłam o weekendzie. I doczekałam się!
Mało tego. Mamy z Mrówkiem wolny cały tydzień. Urlopie witaj!
Jedziemy do moich rodziców na wieś. Mają dom pod lasem. Zamierzam ten czas spędzić aktywnie – pisząc. Hehe, żartuję. Będziemy jeździć na wycieczki rowerowe. (Ale zeszyt i długopis oczywiście biorę!)

Ostatnio nie pisałam. Jakoś nie miałam do tego głowy. Zupełnie zapomniałam o blogu. Za to „Bestseller” ma już 19 rozdziałów.

Miłego odpoczynku wszystkim!

582 – kryzys

Wczoraj było źle. Mrówek sie na mnie obraził i nie odzywał do mnie.
A ja?
Siedziałam, płakałam i chciałam się pociąć. W jednej chwili cały świat stracił na znaczeniu. Wszystko stało się bezsensowne. Myślałam tylko o żyletce, a właściwie o nożyku do tapet.
Właśnie o tym pisałam ostatnio. Wystarczy niewielki impuls, żeby wszystko stanęło na głowie.

581 – terapia borderline: czy to koniec?

Muszę przyznać, że coraz niechętniej chodzę na sesje. Lubię swojego terapeutę, nie w tym rzecz.
Wydaje mi się, że nie mam już żadnych problemów. Jestem szczęśliwa, od autodestrukcji trzymam się z daleka. Z optymizmem patrzę w przyszłość.
O czym mam więc rozmawiać na sesji?
Dziś troszkę mówiłam, ale większość czasu milczałam. Było mi z tym dobrze. Po prostu.
I już nawet nie obawiam się tego, że terapia może się już skończyć. Czuję się, jakbym była gotowa na ten krok. Czy nie pochopnie? Przecież, gdy nadejdzie kryzys, a nadejdzie, nie poradzę sobie sama.
I tu wkracza niebezpieczny mechanizm. Gdy siedzę w gabinecie, myślę sobie, że kryzys byłby dobry – miałabym o czym rozmawiać. Szybko odganiam ten pomysł. Ale on i tak się pojawia.

580 – żal

Patrzę na swoje ręce i jest mi siebie żal. Minęły cztery lata leczenia. Kiedy przypomnę sobie, w jakim stanie byłam w kwietniu 2014, nie mogę uwierzyć, że przeszłam taką zmianę.
Nie pocięłam się od sierpnia. Zaczynam mieć obawy. Przez 16 lat mojej autoagresywnej „kariery” jeszcze nigdy nie udało mi się wytrzymać roku. Teraz mamy osiem miesięcy. Nie chcę tego zniszczyć!
Odkąd się leczę, nie próbowałam się zabić. To jest największy sukces, gdyż ja życie kocham! Wcale nie chcę umierać. Czasem po prostu ból był nie do zniesienia. Nie widziałam innego wyjścia. Teraz je dostrzegam.
Warto się leczyć i warto spełniać swoje marzenia! Życie mamy tylko jedno. Trzeba jak najlepiej wykorzystać ten czas.