Monthly Archives: Lipiec 2018

617 – spotkanie z psychiatrą

Bardzo sie denerwowałam przed wizytą. Nie wiem, dlaczego. Spodziewałam się krytyki albo odrzucenia, choć znam pana T. ponad 4 lata i nigdy nie zrobił nic, co sprawiłoby, żebym się tak poczuła.
– No i co to za tragedie się ostatnio dzieją, pani Aniu? – zaczął, gdy usiadłam w fotelu wpatrzona w swoje paznokcie.
– Znowu wszystko się posypało. Dwa miesiące latałam szczęśliwa, a teraz znów myśli samobójcze, przymus cięcia…
– Stało się coś w pani życiu?
– No skąd. Jak zwykle, samo się zjebało. Mam już tego dość. Dwa, trzy miesiące jest zajebiście, a potem znów…
– Pani Aniu, ale jest lepiej niż kiedyś. Kiedyś było albo źle, albo bardzo źle. Nie było takich długich okresów dobrego samopoczucia. Ten dół też minie. Zawsze to mija. Odwaliła pani kawał dobrej roboty na terapii.
Cóż na to mogłam powiedzieć. Może i miał rację?
– A kiedy wraca pani mistrz słowa? – zapytał, mając na myśli terapeutę.
– Za tydzień.
– No dobrze, to co, jakieś mózgotrzepy piszemy?
Pokiwałam głową.
Oprócz benzo zwiększył mi dawkę arypiprazolu do 15mg, czyli dwukrotnie. Wypisał też recepty na trzy różne antydepresanty. Mam pokombinować.
– I proszę następnym razem nie czekać aż tak pani zjedzie z nastrojem. Jak tylko coś się zaczyna dziać, proszę dawać znać. Lepiej wcześniej niż później – uśmiechnął się. – To będzie moja maksyma. Lepiej wcześniej niż później.
Wyszłam z gabinetu spokojniejsza. Mam być z nim w kontakcie, jak zwykle zresztą.
Zastanawiał się nad szpitalem, ale odmówiłam. Nie jest aż tak źle. Chyba…

616 – psychiatra

Chcę już jutra popołudniu i wizyty u psychiatry. Pan T. zawsze potrafił poprawić mi nastrój i tchnąć we mnie nadzieję.
Boję się jednak krytyki z jego strony. To coś, co by mnie teraz dobiło.
Potrzebuję Lorafenu. Bo nie daję już rady.
Pan M. z kolei cały sierpień ma mieć wyjazdowy. Sesje więc będą w kratkę. Dopiero od września wszystko się unormuje. Zastanawiam się nad powrotem do dwóch spotkań w tygodniu. Chyba tego potrzebuję…

615 – emocjonalna nawałnica pustki

Trwa we mnie nawałnica emocji. Nie wiem, co czuję. Nie wiem, co myślę. Czuję i myślę wszystko i nic. Nawałnica emocji, a jednak przeraźliwa pustka.
Jestem małym dzieckiem, zagubionym we mgle. Wołam mamę, ale odpowiada tylko echo. Przytulam się do zimnej ziemi. Biegnę na oślep, tuż nad przepaścią.
Czarna otchłań pochłania mnie. Woła to, co było. Nie chce przyjąć to, co będzie.
Nie potrafię skupić się na pracy.
Znalazłam w Internecie zdjęcie z oddziału psychiatryka, w którym byłam. Fotografia mojej sali, mojego łóżka. Tego drzewa, na którego gałęzi siedział wróbel, o którym pisałam w „Psychiatryku”, gdy zazdrościłam mu wolności. I skrzydeł. To wszystko sprawia, że chcę powrotu tam. Powrotu za kraty. Poczucia bezpieczeństwa, które tam zyskałam. Choć bezpieczna nie byłam – sama z sobą.
Dziwny to stan. Poczucie zagrożenia – z własnej ręki.

614 – z górki na pazurki

Przez miesiąc byłam w doskonałym nastroju. Cytując Zeusa, byłam jak ptak, latałam. Ze szczęścia. Nic nie mogło mnie powstrzymać. Byłam niepokonana, nieśmiertelna. Spałam po sześć godzin. Nie mogłam się doczekać, kiedy rano wstanę i będę pisać.
Od dwóch tygodni było coraz gorzej. Wrócił przymus cięcia. Od wtorku jest źle. Równia pochyła. Lecę z górki na pazurki. Wprost w dawne szambo. Najchętniej leżałabym cały dzień w łóżku. Łzy w oczach. Bagno w głowie.
Wczoraj pisałam z psychiatrą. Uważa, że przymus cięcia to moja kara dla terapeuty. Żeby, cytuję, wysilił się po powrocie wakacyjny zdrajca.
Nie zgadzam się z nim. To nie ma nic wspólnego z terapeutą. Owszem, jestem na niego trochę zła, że zostawił mnie w trudnym dla mnie momencie, ale bez przesady. Na przełomie maja i czerwca, gdy nie było go miesiąc, też byłam zła. A nic takiego nie miało miejsca.
We wtorek idę do psychiatry. Poprosiłam o wizytę, by dotrwać do sesji ósmego sierpnia.
Jestem załamana. Jestem smutna. Jestem nieszczęśliwa. Jestem znowu pusta. Nie potrafię pisać.

613 – SMS do terapeuty

Długo się wahałam, czy napisać do pana M. W końcu nie wytrzymałam i wysłałam SMS o treści:
„Panie M, ja już nie daję rady. Nie wiem, co robić. Nie mogę przestać myśleć o żyletce. Nie mogę się skupić na pracy ani na pisaniu. A kiedy śpię, śni mi się, że się tnę. Nie chcę tego robić, nie wybaczyłabym sobie tego. Czuję się zupełnie bezradna wobec tego przymusu.”
Sekundę później tego żałowałam, mając poczucie, że się wygłupiłam.
Po chwili odpisał, żebym starała się wytrzymać. I żebym rozważyła pójście do psychiatry, skoro tak źle się czuję.
Ale psychiatra nic na to nie poradzi. Wiem, bo leczę się u niego cztery lata.
Chce mi się płakać. Czuję się, jak maleńkie dziecko zostawione samo sobie.

612 – jak spojrzałabym mu w oczy?

Na wczorajszej sesji terapeuta nie zamknął drzwi do gabinetu. Nikogo oprócz nas nie było i po mnie nikt nie był umówiony. A jednak… czułam się nieswojo. Zawsze patrzę na dywan, własne palce albo na dół zamkniętych drzwi. Miałam wrażenie, jakby moje słowa ulatywały z gabinetu i uciekały gdzieś w świat. Straciłam to poczucie intymności relacji i poczucie bezpieczeństwa. A mimo to, nie potrafiłam poprosić o ich zamknięcie.
To tylko tak, na marginesie.
Dziś właściwie przychodzę, żeby się wyżalić. Sama przed sobą. Zapisać swój ból. Może mi to pomoże?

Nie mogę przestać myśleć o żyletce. Te myśli są coraz bardziej obsesyjne. Już nawet w snach się okaleczam. Znów czuję ten cholerny ból w ręce i pragnienie, by go urzeczywistnić. Wiem, że to świadomość rocznicy tak działa.
Kiedyś wydawało mi się, że bez cięcia jestem nikim. Że to mnie określa. Pan M. pomógł mi zrozumieć i zaakceptować, że to tylko objaw, nie ja sama. Ale teraz stare myślenie wraca. Że tracę siebie. Że jeden raz nie zaszkodzi. Że ani razu nie udało mi się wytrzymać roku w abstynencji i tym razem też nie chcę, żeby się udało.

Znów pojawiła się złość na pana M. Jestem wściekła, że wyjeżdża właśnie teraz. Znowu, kiedy go tak bardzo potrzebuję. Mam ochotę napisać do niego SMS i wyrzucić ten cały swój ból. Kiedyś zrobiłabym tak bez zastanowienia. Dziś potrafię się przed tym powstrzymać, ale pragnienie pozostaje. Wiem, że to by mi pomogło. Gdzieś tam w środku kiełkuje też myśl, by ukarać pana M. i pociąć się na złość jemu. Zniszczyć to, co razem wypracowaliśmy. To byłoby tak głupie… Nie potrafiłabym mu spojrzeć w oczy za dwa tygodnie. Nie wydusiłabym tego z siebie. Samo określenie „pocięłam się” w gabinecie nie chce przechodzić przez moje usta. Poczucie wstydu, porażki, lęk przed odrzuceniem albo ukaraniem – wtedy towarzyszą mi takie emocje.
Choć nie sądzę by pan M., w przeciwieństwie do pana S., odrzucił mnie z powodu autoagresji. Nie wydaje mi się, że mógłby powiedzieć:
– Jeśli się pani potnie, sesja nie ma sensu. Proszę wtedy nie przychodzić – jak to zrobił pan S. i tym samym przekreślił naszą relację.

Mam taki mętlik w głowie. Szalejącą burzę emocji. Chce mi się śmiać i płakać. Krzyczeć i tańczyć. I wykrzyczeć panu M., że jestem wściekła, bo mnie zostawił samą…

611 – terapia borderline: autoagresja

Całą dzisiejszą sesję poświęciłam autoagresji. Jak wielokrotnie wspominałam, na początku sierpnia minie rok abstynencji.
– Wie pan, wydawałoby się, że im dalej, tym będzie łatwiej. A ja mam wrażenie, że jest coraz trudniej.
– Tak? – Zdziwił się terapeuta. – A dlaczego?
– Im bliżej tego sierpnia, tym bardziej chcę to zniszczyć.
– A co pani daje cięcie?
– Przez te szesnaście lat zastanawiałam się nad tym, ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi.
– A jakie myśli się pojawiały?
– Że to daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Często nie musiałam się ciąć, wystarczała mi świadomość, że mam rany. Czasem służyło to ukaraniu się, czasem cięłam się ze szczęścia.
– A dawało to pani przyjemność?
Pokiwałam głową.
– A może chodzi o to, że pani ogólnie pragnie przyjemności?
Znów odniesienie do seksu? – pomyślałam, lecz do tego nie nawiązał.
– To chodzi o ten narkotyczny ból… Brakuje mi go. Tęsknię za nim…
– Wydaje się pani wobec tego bezradna. Jak na początku terapii.
– Bo tak się czuję. Pojawiają się myśli, że ten jeden raz nie zaszkodzi…
– Ale ma pani świadomość, że tak nie jest?
– Tak, tylko to nic nie daje. A przecież dobrze wiem, że wystarczy raz, żebym znów popłynęła. Jeszcze te blizny. Wcześniej były dla mnie znakiem ostrzegawczym.
– Żeby tego nie robić?
– Mhm. Teraz, jak na nie patrzę, mam ochotę znów to zrobić.
Temat nie został wyczerpany. Przerwał nam koniec sesji. Następne spotkanie za dwa tygodnie, bo Pan M. wyjeżdża.
Czy wytrwam?

609 – niebo płacze

Dziś znów niebo płacze deszczem. Jak i coś we mnie łka.
A jednak przepełnia mnie szczęście. Długopis zapełnia kolejne kartki maleńkimi literkami. Tworzy się „Bestseller”.
Dziś znów śnił mi się koszmar. Obudził o piątej nad ranem. Fajka i chwila uspokojenia. Powrót do niespokojnego snu.
Tak bardzo kocham życie! Jest we mnie smutna radość. Szczęście tańczy z rozpaczą.
Och, wspomnienia, dajcie żyć! Odejdźcie!
Mija rok bez samookaleczeń. Lecz im bliżej sierpnia, tym większy przymus by to zniszczyć. Głupi umyśle, podporzadkuj się woli.

608 – terapia borderline: bliskość

To była dla mnie bardzo ważna i dobra sesja, choć należąca do tych trudniejszych.
Znów rozmawialiśmy o bliskości. Opowiedziałam o monologu Mrówka z poprzedniej notatki. Przyznałam, że w myślach się z nim zgadzałam, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa.
– Dlaczego? – Spytał terapeuta.
– Nie wiem… Po prostu usta nie chciały się otworzyć.
– No właśnie. Bo pani tak zastyga, prawda? Zupełnie wyłącza empatię i nie myśli, co może czuć drugi człowiek. Ale pani tę empatię w sobie ma, inaczej nie byłoby tu pani.
Zamilkłam i patrzyłam się na swoje ręce.
– O czym pani myśli? – Wyrwał mnie z odrętwienia.
– O tym, że chce mi się ciąć… – odpowiedziałam żałując, że nie mam w tej chwili żyletki w swojej łapie.
– Jak to pani rozumie?
– To tak, jakby kogoś swędziało i musiał się podrapać.
– Czyli ma pani na myśli pewnego rodzaju przyjemność.
– Bardziej poczucie ulgi.
– Ludzie odczuwają tę ulgę przez kontakt fizyczny – nawiązał do mojej wrogości wobec jakiejkolwiek bliskości fizycznej.
– Chciałabym, żeby Mrówek kiedyś poczuł, że jest dla mnie ważny, że mi na nim zależy.
I tu terapeuta powiedział coś, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
– Wcale nie musi pani na to czekać. Czemu nie okazać mu tego od razu?