626 – Lorafen

Mrówek uważa, że jestem ćpunką, bo biorę Lorafen według wytycznych lekarza. Może i chodzę trochę jak naćpana, ale czy to właśnie nie o to chodzi? Gdybym nie czuła tych tabletek, jak miałyby działać i powstrzymywać mnie przed cięciem i strzeleniem samobója?
Gdy on je bierze, jest w porządku. Przecież to tylko na uspokojenie. Taa…
Nawet tu, u rodziców, nie spał ze mną w jednym łóżku, a na kanapie.
To koniec. Wszystkiego koniec. Wszystkich złudzeń. Jestem sama jak palec.
Nie biorę dziś benzo. Może przestanie wyzywać mnie od ćpunek. A że nie dam rady? Cóż. Jakaś cenę trzeba zapłacić.

231 Total Views 2 Views Today

14 komentarzy “626 – Lorafen”

  1. Bezp. napisał(a):

    Chyba nie myślisz racjonalnie…
    To przykre, że nie masz w nim wsparcia.
    Jak już będziesz czuła, że zaraz dojdzie do kolejnej próby to lepiej weź tabletkę… Dotrwaj do terapii i zdecydujesz co dalej, przegadasz to.

  2. Margaret napisał(a):

    Aniu, czytam Cię ponad rok i zauważyłam że w trudnych momentach Mrówek miewa tendencję do zachowywania się jak kazacy rodzic a Ty się podporzadkowujesz. Zastanów się czy to dla Ciebie dobre. Btw czy Ty w ogóle zylas kiedykolwiek całkiem sama? Pozdrawiam, nie daj się ????

    • Anka Mrówczyńska napisał(a):

      Całe życie byłam całkiem. sama, choć pochodzę z pełnej rodziny. potem trzymałam się pazurami, żeby z kimś być. Jestem w 11-letnim związku, ale tak naprawdę jestem sama.
      Też tak to odczuwam. Że gdy jest źle, Mrówek mnie każe.

  3. jakaś M. napisał(a):

    Aniu, bardzo Ci współczuję, że w takich ciężkich chwilach zupełnie brak Ci wsparcia Mrówka (niestety do takich wniosków dochodzi się, gdy czyta się Twojego bloga). Pamiętaj tylko proszę, że to walka o Twoje życie. I że naprawdę lepiej wziąć Lorafen, niż próbować je zakończyć. Jesteś naprawdę wspaniałą, silną kobietą. Pamiętaj o tym. Postaraj się dotrwać do terapii- to już naprawdę niedługo.

    Poza tym- branie leków zgodnie z zaleceniem lekarza, zwłaszcza kiedy chodzi o Twoje życie to w żadnym wypadku nie jest ćpanie. Szkoda, że inni tego nie rozumieją. Ale pamiętaj, że to Ty jesteś tutaj najważniejsza.

  4. brz_a_sk napisał(a):

    żeby oceniać Mrówka trzeba by, przynajmniej, znać jego reakcję i relację z co się wydarza,
    ani Mrówek, ani terapeuta, ani psychiatra, ani rodzice, ani tym bardziej ten rodzaj wsparcia – „kontra Mrówek”, nie wyręczą Anki z autoterapii; na razie para może iść w gwizdek; mniej ważne czy wszyscy w koło już chodzą na rzęsach i zaliczają razy, to się zdarza, ale i tak sedno jest w tym pomieszaniu kaw, leków, cięcia i nakręcania się – sedno choroby, sedno problemu;
    słusznie ktoś spytał czy na pewno żyłaś kiedyś sama Aniu?
    nie wiem czy to może pomóc ale może napisz sobie na kartce plusy takiej sytuacji i chociaż w taki sposób skup się na tym co Ty możesz – czasem tak się wycisza niechęć, pretensje i łapie kontakt z ziemią; i nie o nakręcanie strachu tu chodzi – oni wszyscy są, ale tracą wpływ na Ciebie, bo …
    nikt tak dobrze na Ciebie nie działa jak Ty sama – żaden człowiek, żaden lek;
    czy Ty skupiasz się teraz na tym by sobie pomóc? nikt na świecie nie musi o to dbać bardziej od Ciebie przecież;

    mam nadzieję, że to co napisałam, nie szkodzi całej terapii, bo to ważna sprawa

  5. z.z. napisał(a):

    Czasem inni nas zawodzą, nawet najbliżsi. Ale to nie znaczy że jesteśmy sami! Choroba dyktuje chore spojrzenie ale nie musimy tak patrzeć! Jest wiele możliwości nawet jeśli ich teraz nie widzisz to nie znaczy że nie istnieją. Wytrwaj. Może to przejściowy kryzys, jesteście długo razem, takie kryzysy są po dziesięcioleciach wspólnych związków. Jeśli Twoje życie będzie trwało to będzie dawało Ci każdego dnia nową szansę. Nie odrzucaj jej przedwcześnie! Szukaj w sobie strzępków nadziei. Życie ciagle pisze o Tobie książkę, jeszcze wiele wiele pustych kartek, Ty je wypełniasz, sobą, swoim byciem. Jest wokół Ciebie tak wiele ludzi, też zupełnie anonimowych, którzy w Ciebie wierzą, są z tobą tak jak mogą. Nie. Nie jesteś sama jak palec! I to nie są złudzenia! A Mrówek wciąż jeszcze jest, ciągle jeszcze coś Was trzyma. Moze w osobnych łóżkach ale czy to naprawdę tak daleko dla kochającego serca? Ono znajduje drogę temu gdzie jej nie ma. Nie jesteście dla siebie łatwi ale zjedliscie beczkę soli. W życiu nic nigdy nie jest przesądzone ale pozwól mu trwać. Pomyśl o tym kiedy było lepiej, jak było, co to było. To było prawdziwe tak jak teraz cierpienie. To cierpienie wydaje się jedynie prawdziwe, ale ono mija i przychodzi coś innego. Zawsze tak jest. Ciągle jest szansa nic nie jest przegrane.

  6. Olga napisał(a):

    Anka, napisz co tam jak tam bo od wczoraj cisza!!

    Niby zgadzam się z tym, że mieszkanie samemu może pomóc… Tylko z czym? Bo jedna rzecz, której mam wrażenie niektórzy nie wiedzą to to, że dodatkowo do organicznego poczucia osamotnienia mieszkanie samemu, wracanie do pustej chaty otwiera jeszcze gorsze lęki i jeszcze wzmaga to poczucie samotności. I nie, nie jest łatwo się z tym spotkać wcale. Jesteśmy stadnymi zwierzętami, to nieprawda że trzeba nauczyć się żyć w pełni samemu, żeby zobaczyć czego się potrzebuje i samemu nauczyć sie sobie to dawać. Czasem trzeba się nauczyć, że właśnie potrzebujemy innych i dać sobie to właśnie, co nas chroni przed takimi zjazdami jak ten…

    Jedna rzecz to to, że można nie otrzymywać wsparcia od ludzi. Druga to można go nie zauważać bo nie trafia w potrzeby. Trzecia to ta, że można go nie zauważać, bo można zupełnie nie znać uczucia jak to jest nie być samemu. Dobieramy sobie wtedy takich, którzy nie potrafią nas wspierać, karają nas gdy jest nam źle. A nawet gdy próbują inaczej to my sami tego nie bierzemy, bo nawet tego nie widzimy. Jak przez filtr polaryzacyjny. A oni się wówczas uczą, żeby nam nie pomagać, nie wspierać, nie dawać, nawet jeśli chcieli jakoś próbować…

    Jeśli jakiegoś uczucia nie zostaliśmy nauczeni za małego, jeśli mamy w tym miejscu gdzie inni mają poczucie wsparcia jedną wielką japę, to jest kilka opcji:
    – olśnienie (rzadkość)
    – długotrwały związek z kimś, kto potrafi nam to dać i jest na tyle dorosły, żeby sobie poradzić z naszymi lękami i brakami (może być to pewnie terapeuta, choć z mojego doświadczenia tak nie wynika)
    – no i jest szansa, że się nigdy tego nie nauczymy i trzeba będzie z tym żyć, wiedząc gdzie są nasze delikatne strony, co powoduje zjazdy i zwyczajnie unikając konkretnych sytuacji. To jak ludzie z alergią pokarmową unikający pewnych pokarmów. Bywa. I nie mówię tego z wyższością, bo sama właśnie w tym punkcie siedzę.

    Tak czy siak, mów jak tam, daj znać coś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.