705 – terapia borderline: list i milczenie

Rano wzięłam Lorafen, bo nie mogłam sobie już poradzić ze stresem i lękiem. Przed wyjściem na sesję zwymiotowałam z nerwów.
Kiedy weszłam do gabinetu, usiadłam na samym skraju fotela. Jakbym była przygotowana w każdej chwili na ucieczkę. Milczenie.
– Źle się pani czuje?
– Nie – odparłam po chwili. – Jestem zdenerwowana.
– Czym?
I wtedy ten wybuch emocji. Pozytywnych i negatywnych. Jedna wielka kotłowanina skrajnych odczuć.
W końcu się przełamałam.
– Chciałabym, aby to pan przeczytał – powiedziałam, wręczając mu list.
– A pani nie może?
– Wolałabym nie…
Wciąż siedziałam na skraju fotela, oparta łokciami o kolana, włosy spuszczone na twarz, ręce splecione i skubanie paznokcia. Przed oczami ciemno. W głosie całkowita pustka. Nerwowe wyczekiwanie. Odwrócił stronę. A więc jest w połowie. Coraz większy lęk, jak zareaguje.
– Czyli na ostatniej sesji poczuła się pani zaatakowana, skrytykowana.
– Tak – szepnęłam.
Dalej milczenie.
– Nie chce się pani ze mną rozmawiać?
– To nie tak. To stres.
Cisza.
– Takie przeżywanie relacji jest wynikiem pani zaburzenia – dodał po chwili.
To też wiedziałam.
– Dla nas ważne jest, aby pani mówiła wszystko, o czym pomyśli.
I to nie było nowością.
Siedziałam tak skostniała, nie ruszając się, nie przełykając nawet śliny. Chciało mi się płakać. Chciałam, żeby pan M. zaczął rozmawiać. A on milczał, jak ja. Poczułam się odrzucona.
– Widzimy się za tydzień – padło niespodziewanie, bo straciłam poczucie czasu.

Po wyjściu z gabinetu czułam się paskudnie. Dalej się tak czuję. Po przemyśleniu kilku spraw, napisałam sms do terapeuty.

„Panie M., to jest bez sensu. Myślałam, że ten list coś zmieni, a ja zamknęłam się jeszcze bardziej. Ja się nigdy tak zupełnie nie otworzę, chyba nawet przed Panem. Nie potrafię. Więc wątpię, by dalsze sesje miały jakiś sens”.

Po kilkunastu minutach przyszła odpowiedź:
„Porozmawiamy o tym za tydzień”.

Mam ochotę się skrzywdzić. I coś zniszczyć.

263 Total Views 1 Views Today

4 komentarzy “705 – terapia borderline: list i milczenie”

  1. Gosia pisze:

    Aniu to niebjest bez sensu. Idz za tydzień i spróbuj porozmawiać. Absolutnie nie rezygnuj. Nie teraz. Bardzo Cię proszę

  2. Ania pisze:

    Ja miałam dziś praktycznie identyczną sesję ze swoją terapeutką. Tylko bez listu. Kolejny raz próbowałam coś jej powiedzieć. Cokolwiek – po prostu nawiązać z nią relację . I dupa…. (i tak od ponad dwóch lat – mam z tym ogromny problem). Marzyłam, żeby ona się pierwsza odezwała, żeby zaczęła mówić… W końcu to ja powiedziałam pierwsze słowa (tradycyjne: że chcę już stąd iść) a ona na to, że skoro milczałam dwadzieścia minut to tylko dowód na to jak to dla mnie jest ciężkie i jak mocno ze sobą walczę… Efekt był taki, że wytrzymałam do 40 minut i postanowiłam wyjść bo nie dałam już rady tak siedzieć. Po wyjściu rozwaliłam się zupełnie – chyba pierwszy raz tak mocno od dwóch lat. Przez dwie godziny płakałam i nie mogłam się uspokoić. Ból ogromny. Postanowiłam napisać jej smsa (a robię to baaardzo rzadko – w ciągu dwóch lat może to był trzeci) – że to wszystko mnie przerosło i że niech ona albo mi jakoś pomoże albo wyprowadzi z tej terapii bo ja już jestem u kresu wszystkiego… A ona odpisała, że czeka na mnie za tydzień… (świetnie…)
    P.S. Żeby nie było tak czarno – ta terapia mi pomaga, nie wyobrażam sobie życia bez tych spotkań. Terapeutka jest w porządku (to moja trzecia więc mam porównanie). Po prostu taka specyfika moich problemów…

    • Rozumiem, o czym piszesz.
      Ja chciałam zniszczyć relacje z Panem M., bo wystraszyłam się, że się bardziej do niego zbliżę. Dziś już przetrawiłam wszystko i nie chce kończyć terapii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Solve : *
25 + 8 =