778 – terapia borderline: coś większego niż złość

Wczoraj na sesji doznałam olśnienia. Oczywiście dzięki panu M. Okazało się bowiem, że często moje „źle się czuję” to tak naprawdę nie smutek. To nawet nie złość. A w czystej postaci agresja. Agresja, której fala zalewa mnie od środka. Już dawno doszłam do tego, że izolacja rani moich bliskich. Jednak teraz uświadomiłam sobie jedną z jej funkcji. Izolacja ma za zadanie odgrodzić mnie od świata i ludzi, na których mi zależy. Po co? Ano to po, by ich nie skrzywdzić jeszcze bardziej. By nie ranić na oślep, nie siać spustoszenia i zniszczenia.

A to właśnie czuję. Przymus wprowadzania chaosu. Przymus rozwalenia wszystkiego w drobny mak. Nie robię tego, a do gry włącza się smutek i rozpacz.

Mam ochotę ciąć. Mocno kaleczyć swoje ciało, choć w styczniu minie rok autoagresywnej abstynencji.

Dziś byłam u psychiatry. Mam wrócić do arypiprazolu, który odstawiłam jakieś dziesięć dni temu. A po nowym roku będziemy robić zamieszanie w lekach i ogarniemy jakiś nowy zestaw. Póki co, mam się ratować Lorafenem. Choć i on jest w stanie tylko nieco stłumić moje agresywne zapędy.

Oby to wszystko nie skończyło się twardym i bolesnym lądowaniem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.