788 – pazurami się zaparłam, do psychiatryka zawieźć nie dałam

Wczorajszy dzień był z kategorii tych wycieńczających emocjonalnie. I to nie tylko mnie. Współczuję, naprawdę współczuję mojemu psychiatrze, że postawiłam go w takiej sytuacji. A to anioł, nie lekarz, jak o nim mówicie.

Pisałam z nim na Whatsapp’ie. Tak szczerze, jak szczerze powinno rozmawiać się z własnym psychiatrą. Zaprosił mnie na wizytę następnego dnia na 20:15. Siadłam w poczekalni, nie ściągając kurtki, na słuchawkach leciała „Moja obawa”. Ci, co czytali Psychiatryk, wiedzą, jak ważna jest dla mnie ta piosenka… Ale nie uprzedzając faktów…

Jechałam autobusem. Gdy zbliżał się przystanek, na którym miałam wysiąć, coś – wewnętrzny głos – kazało mi jechać na pętlę i tam… Jednak przemyślałam sprawę – miałam ze sobą tylko żyletkę, więc nic by z tego nie wyszło.

Gdy tak siedziałam w tej poczekalni, całkowicie zanurzona we własnym świecie (łącznie z wyłączeniem wizji przez mój mózg, co skutkowało ślepotą) nie zauważyłam, że pacjentka, która była przede mną już wyszła. Dopiero, gdy pan T. podszedł bardzo blisko i dotknął mojego ramienia, oprzytomniałam.

Spędziłam w gabinecie prawie dwie godziny. Bardzo emocjonalne godziny, choć łez nie było. Osuszyła je obojętność i brak zainteresowania własnym losem. Oprócz jednej, wypowiadanej jak mantra odpowiedzi: nie.

Lekarz usilnie chciał mnie przekonać, abym zgodziła się pojechać do psychiatryka. Próbował różnych metod: prośby, groźby, brania pod włos.

– Pani Aniu, znamy się już tyle lat…
– No właśnie, i sam pan widział, że wychodziłam z takich stanów o własnych siłach.
– Tak, wcześniej miałem takie przekonanie, ale tym razem czuję, że jest inaczej. Że nie zapanuje pani nad impulsem. To co, nie będę wzywał karetki, żeby nie robić tu afery. Sam panią odwiozę. Co? Zgadza się pani?
– Nie.
Po czym wstał, wziął papiery i zaczął wypełniać skierowanie do szpitala. Patrzyłam na to, jakby nieobecna. Przecież to skierowanie nie mogło dotyczyć mnie. W końcu się spakował i wziął kluczyki do auta.
– To co, jedziemy.
– Nie – odpowiedziałam stanowczo, nie ruszając się z fotela.
Pan T. usiadł ciężko i głęboko westchnął.
– Pani Aniu, ja panią bardzo lubię i nie jestem pani wrogiem. Nie robię tego przeciw pani. Po prostu cholernie się o panią boję.
– Nic sobie nie zrobię.
– Ale przecież przed chwilą powiedziała pani, że nie do końca sobie ufa.
– No naprawdę, nic sobie nie zrobię, obiecuję.
– Aż przyjdzie impuls, któremu pani ulegnie i zrobi mnie pani w chuja.
– To napiszę do pana, jak będzie naprawdę źle.
– Pani napisze o drugiej w nocy, a jak rano odczytam wiadomość, to wejdzie już stężenie pośmiertne.
– No to ja nie wiem…
– A terapeuta co mówi?
– No… Też jest za szpitalem.
– Widzi pani, dwa do jednego za szpitalem.
Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność. W końcu, po wielu zapewnieniach i obietnicach oraz obietnicach, że tych obietnic nie złamię, stanęło na tym, że dostałam znów 225mg wenlafaksyny, podniesienie amisulprydu do 100mg i 7,5mg lorazepamu na dobę. A w razie czego, mam biec prosto na izbę przyjęć. W domu byłam po 22, tylko dzięki temu, że lekarz się nade mną ulitował i odwiózł mnie pod sam blok.

Podziel się!

787 – plan się posypał

Nie wiem, od czego zacząć. To, co było wczoraj u psychiatry opiszę później, nie mam teraz siły. Wywinęłam się z psychiatryka. Skrzętnie uknułam plan ratowania siebie. I co?

Z trzech sesji w tygodniu nici. Terapeuta wyjeżdża w czwartek na półtora tygodnia. Zostaję sama ze swoim pojebanym łbem i całym tym syfem, który się w nim dzieje.

Jakby tego było mało, psychiatra za tydzień wyjeżdża na trzy tygodnie.

Ja pierdolę… dlaczego wszystko zawsze musi iść jak po grudzie?! Wpadłam w niemałą panikę, przyznaję. Każdy kolejny dzień odbiera mi coraz więcej sił.

Podziel się!

785 – terapia borderline: intensywniej

Na sesję przyszłam pół godziny wcześniej. Nie chciałam siedzieć w domu i gapić się tępo w ścianę. Bałam się, że coś sobie zrobię. Jak wczoraj…

Kiedy weszłam do gabinetu i usiadłam, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nie zauważyłam nawet tego, na co zwrócił uwagę pan M.
– Nie ściąga pani okularów?
No tak, przeciwsłoneczne wciąż tkwiły na moim nosie. To dlatego panował taki bezpieczny półmrok. Podniosłam okulary na czubek głowy. Nieznośne światło, obiektywnie przyćmione, raziło oczy.

Tak bardzo chciałam porozmawiać, wyrzucić z siebie ten cały ból, cierpienie, bezsilność, frustrację, złość… A siedziałam, patrząc na własne dłonie.
– Jest pani śpiąca? – zapytał pan M., widząc mnie taką skuloną z na wpół zamkniętymi oczami.
– Nie… – udało mi się wyszeptać. – Chciałam bardzo z panem porozmawiać, ale nie mam siły…
To chyba już wtedy łzy napłynęły do oczu i do końca sesji broniły dostępu do oczu.

Do końca sesji opowiadałam o tym, co we mnie siedzi.

O pomyśle psychiatry, żebym dała się zamknąć w psychiatryku.
– Może to dobry pomysł?
– Przecież w szpitalu też można się zabić. To nic trudnego. Szczególnie, jak siedzi się tam całymi dniami i obmyśla plan unicestwienia siebie.

O zaleconej dawce dziennej 7,5 miligrama lorazepamu, żeby nie dać się zabić samej sobie. O tym, że wytrzymałam ledwie rok bez żyletki i zegar trzeba było wyzerować. O planie samobójstwa, przygotowaniach do niego, liście pożegnalnym i pierwszym od siedmiu lat wierszu. O poczuciu braku wsparcia, zrozumienia, o wpędzaniu w poczucie winy. O utraconej nadziei i braku chęci, by ją odzyskać. O umieraniu. I martwicy wnętrza.

A na koniec, zamiast standardowego „kończymy na dziś”, usłyszałam propozycję spotkania w czwartek.
– Zapisać panią?
Chętnie na to przystałam. Zwiększona częstotliwość sesji to jest to, czego mi teraz tak bardzo trzeba.

Podziel się!

784 – nie trzeba być geniuszem, żeby to wiedzieć: nadszedł kryzys

Po kilku dniach bez mycia wzięłam dziś w końcu kąpiel. Gorącą. Z pianą zakrywającą usta. Obserwowałam jak rośnie. Jak pęcznieje, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi wanny. I miałam to zupełnie gdzieś. Całkowicie pochłonięta obserwacją lewego nadgarstka i blizn na nim, żałowałam, że go nie rozpłatałam te kilka dni temu.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak piana się zaczerwienia. Z początku była to mała plamka, by po chwili rozlała się na całą wannę i wsiąkła w każdy bąbelek owocowej piany.

Twarz umyta. Trochę szamponu niebezpiecznie spłynęło poniżej brwi. Można więc było udawać, że nie płaczę. Że to tylko łzy oczyszczają szczypiące od detergentu oczy.

Zafiksowanie na punkcie rozpłatania łapy. W głowie nieprzerwanie odtwarzany wers piosenki LemON: Nic z tego nie będzie, z tego nic nie będzie.

Jedyne w co wierzę, to upadek mojej twórczości. Zakończenie kariery pisarskiej, która tak naprawdę się jeszcze nie rozpoczęła. Powrót do pisania do szuflady. Nowe słowa nie ujrzą światła dziennego. Przepadło. Wszystko się unicestwiło. Razem ze mną.

Po raz kolejny (który to już?) żyję tylko z rozpędu…

Podziel się!