799 – wypis

Wczoraj mnie wypisali ze szpitala z diagnozą Epizodu depresji umiarkowanej i Osobowości chwiejnej emocjonalnie jako rozpoznania współistniejącego.

Dziś była sesja. Prawie całą przepłakałam. Schodziły ze mnie emocje z całego miesiąca. W końcu.

W czwartek kolejna sesja.

Jak jest? Chciałabym powiedzieć, że dobrze, ale skłamałabym. Czuję silny przymus autodestrukcji. Mimo to terapeuta stwierdził, że bez sensu było tam dłużej siedzieć, a ja się z nim zgadzam w stu procentach.

798 – kiblowania ciąg dalszy

Był obchód.
– Jak się pani czuje? – Spytał prowadzący, który, jestem w szoku, wie w ogóle, jak wyglądam.
– Kryzys minął, jest zabjebiście. Kiedy wychodzę?
Ordynator sie roześmiała.
– Na weekend puścimy panią do domu. Jak wszystko będzie w porządku, to w przyszłym tygodniu dostanie pani wypis.

No żeż kurwa. Jestem już zdrowa! Chcę wyjść już, w tej chwili! A nie kiblować tu kolejny tydzień. Nosi mnie. Mam swoją borderową górkę i marnuję ją, siedząc w zamknięciu. A mogłabym nadrobić zaległości w pracy. Odbić się finansowo po tej długiej przerwie.

Chcę do domu!

797 – wypis?

Wciąż myślę. Rozważam poniedziałkowy wpis na żądanie. Sama przyszłam, sama wyjdę. Poprzednim razem psycholog mówiła, że nie ma zgody lekarza, więc musi odbyć się rozprawa sądowa. Mówiła prawdę? Kłamała?

Nie jestem szczera z personelem. Wiedzą tylko tyle, ile mogą zaobserwować. Zresztą… Nie kłamię. Po prostu nikt mnie nie pyta, jak się czuję i czy wciąż chcę się zabić lub skrzywdzić.

Z jednej strony wiem, że wychodząc już teraz, wrócę do autodestrukcji, której przymus jest bardzo silny. Z drugiej, będąc tu, czuję się jeszcze gorzej. Mój borderowy mózg interpretuje zaistniałą sytuację jako odrzucenie, porzucenie.

Rozmawiałam z tutejszym dziewczynami. Mówią, że to standardowe zachowanie personelu – gdy ktoś jest pierwszy, ewentualnie drugi raz, otrzymuje zainteresowanie, opiekę i troskę. Ludzie, którzy są któryś raz z kolei, są zostawieni sami sobie. Naćpać lekami i wypierdalaj, gówno nas obchodzisz. Tak się właśnie czuję. Jak pierdolone powietrze…

796 – dzień św. Walentego

Dzień ludzi chorych psychicznie świętuję adekwatnie – leżąc w łóżku i płacząc.

Dziś mieliśmy iść z Mrówkiem na spacer po przyszpitalnym ogrodzie. Kłótnia zniszczyła wszystko. Jego wina? Moja wina?

Pisałam z terapeutą. Na pytanie, czy uważa, że wypisanie się to dobry pomysł (dzień dziesiąty – wciąż nikt że mną nie rozmawiał, a lekarz ma mnie głęboko w dupie) , odpisał: „W domu też Pani nie pogada [przyp. z nikim]. Teraz jest czas dla Pani.”

Czas dla mnie… Czas na leżenie, gapienie się przez łzy na klamkę i myślenie o tym, jak przejebałam swoje życie.

Jedyne, co trzymało mnie jakoś w kupie to pisanie. Niestety, długopis odmówił posłuszeństwa – wypisał się wkład.

Chciałabym odnaleźć sens, ale nie mam już siły go szukać. Przymus autodestrukcji jest coraz silniejszy. Wyszukuję wzrokiem wszystkie elementy szpitalnego wyposażenia, którymi można by się skrzywdzić. Robię to mimowolnie. Po prostu rzucają mi się w oczy.

Tak mija mi kolejny dzień w psychiatryku…

795 – cichosza… pustkosza…

Mija dziewiąty dzień za kratami.

Jestem powietrzem. Nikt ze mną nie rozmawia. Ani na tamtym oddziale, ani na tym. Psycholog nie ma czasu, lekarz ma wyjebane. Przykro mi patrzeć na inne pacjentki, których prowadzący przychodzą do nich, interesują się. Mnie nie ma. Dla nich mnie nie ma. Jestem powietrzem.

A i we mnie pustka. Pustkosza. Nie ma emocji. I nie ma życia.

Zdolna do jałowej gadki z pacjentkami. Dla pozoru normalności. Że nie izoluję sie zupełnie. Ale przelatują przeze mnie te rozmowy. Ulatują.jak ten dym z fajek przez otwarte okno w palarni.

Zamierzam stąd wyjść. To wszystko mnie tylko bardziej przytłacza. Bardziej pomoże mi dom i sesje z panem M.

794 – to jest bardzo złe nastawienie, dzieciaku

Mam dziś tak złe nastawienie do wszystkiego, że nic, tylko położyłabym się i płakała. Tylko w oczach brak łez. A i sił jakoś nie ma na szloch.

Po dobie przenieśli mnie właśnie z sali obserwacyjnej na zwykłą. Na samym końcu korytarza po lewej. Szkoda tylko, że w drzwiach jest klamka. Te przeklęte klamki mnie prześladują…

Na oddziale dziwny spokój. Jakby cisza przed burzą.

Był dziś obchód. Psycholog mnie poznała – znowu po kolejnych sześciu latach, ordynator chyba nie (trudno jednoznacznie stwierdzić). Obecnie jestem na 15mg arypiprazolu i 100mg sertraliny z możliwością zwiększenia do 200mg.

To jest zły, bardzo zły dzień. Ale usilnie sobie powtarzam, że każdy jest jeszcze gorszy na umieranie. Bo chcę żyć. Przecież chcę. Prawda?

793 – przenieśli mnie

Udało się. Przenieśli mnie na oddział, na którym byłam dwa razy. To tu pracuje psycholog i ordynator, które znacie z „Psychiatryka”. Podobno dziś mam z nimi rozmawiać.

W nocy spałam trzy godziny. Udało mi się zasnąć koło trzeciej nad ranem, a obudziłam się o szóstej. Wszystko przez okropnie niewygodne łóżko, które całą noc doprowadzało mnie do rozpaczy i kurwicy.

Od szóstej siedzę w świetlicy z drugą już kawą i usiłuję pisać „Obłęd”. Niezła ironia, nie? Pisać thriller psychologiczny pod tym tytułem w psychiatryku.

Wypaliłam kilka fajek. Dziś mija tydzień w zamknięciu. Mrówek mnie jeszcze nie odwiedził. Bardzo żałuję. Tęsknię za nim…

Powiedział mi kilka słów gorzkiej prawdy. Moja pierwsza reakcja? Zabiję się! Jestem beznadziejna, zabiję się! Ale kiedy trochę nad tym pomyślałam, dostrzegłam, że ma sto procent racji. Mimo sześciu lat leczenia wciąż jestem emocjonalnie skrzywdzonym, egocentrycznym dzieckiem, które nie potrafi zadbać o kogoś innego ani o swój związek. To bardzo przykre. Przecież ja go kocham…

Dziś w nocy, leżąc na tym cholernym łóżku w sali obserwacyjnej, patrzyłam na ścianę. Na niej cień ogromnego, neogotyckiego okna. Zaczęłam wspominać. Zrobiło mi się bardzo dziwnie. To właśnie ten cień, ten sam cień, był źródłem moich halucynacji dwanaście lat temu, gdy dostałam Nasen na sen i nie mogłam zasnąć. Cień okna zmienił się w potwory, które wychodziły ze ściany i chciały mnie skrzywdzić. I mówiły, żeby do nich dołączyć. A ja siedziałam na łóżku i, bujajac się w przód i w tył, rozmawiałam z nimi. Byłam na obserwacji po powieszeniu. Czułam, że powinnam była wtedy umrzeć.

A teraz? Mam prawie 33 lata. W moim życiu zmieniło się absolutnie wszystko. Oprócz związku z Mrówkiem. I tych cholernych tendencji samobójczych…

792 – gdy nawet w psychiatryku nie ma dla ciebie miejsca

Mała aktualizacja. Nie, nie zza krat.

Zaraz po sesji u pana M. wsiadłam w samochód cioci i pojechałyśmy na Izbę Przyjęć Szpitala Psychiatrycznego, do którego miałam skierowanie.

Spędziłyśmy tam prawie dwie godziny, gapiąc się na kolejne wchodzące i wchodzące osoby, zgodnie z zaleceniem „proszę czekać”. Także czekałyśmy, czekałyśmy i… w końcu ktoś otworzył drzwi na oścież i zaprosił osoby ze skierowaniem. Weszłam. Przede mną czteroosobowa szanowna komisja składająca sie z młodych kobiet i jednej nieco starszej.
– Skierowanie i dowód osobisty.
Podałam dokumenty, nie rozpinając nawet ramoneski. Z włosów kąpała woda, bo pogoda tego dnia nie rozpieszczała.
– Chce być pani przyjęta na oddział dzienny czy stacjonarny?
– Mam silne myśli samobójcze, więc… – bąknęłam nieporadnie.
– Także stacjonarny. Ale nie mamy miejsc. Są dwie opcje. Możemy wpisać panią na listę osób oczekujących do planowego przyjęcia (że, kurwa, co? Mówię im, że chcę się zabić, a oni każą mi czekać aż zwolni się miejsce?!) albo odesłać panią do innej placówki – szpital wojskowy, oddział psychiatryczny leczenia stresu bojowego. (Oo, to, to, czego mi trzeba! Zamknięcia z kilkudziesięcioma zawodowymi żołnierzami, cierpiacymi na PTSD. Zawsze o tym marzyłam!).
– A ta lista… Ile mam czekać?
– Proszę dzwonić codziennie rano. Może w końcu się coś zwolni.
Wyszłam że łzami w oczach. W tym kraju nie da sie żyć. A tym bardziej chorować.

Udało mi się umówić na sesję na jutro o 8:30 do pana M. W czwartek wyjeżdża. A ja zostaję tu. By wraz z silnymi myślami samobójczymi czekać na wolne miejsce w psychiatryku…

791 – za kratami też trwa życie

Mam skierowanie, a stoi w nim jasno i wyraźnie: rozpoznanie f60.3 i f33.2 (a więc zaburzenia depresyjne nawracające, obecnie epizod depresji ciężkiej)… Leczona psychiatryczne od lat, samookaleczenia, myśli rezygnacyjne i samobójcze, nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczące pogorszenie zdrowia psychicznego…

Tyle można wyczytać że skierowania. A ja?

Miałam zgłosić się już dzisiaj. Jednak zapytałam pana M. czy warto żebym przyszła jeszcze ma jutrzejszą sesję, a po terapii prosto do psychiatryka. Odpisał, że jeśli wytrzymam do jutra, sesja się przyda. Tak więc jest 23:33, leżę w swoim łóżku i czekam na 45 minut z terapeutą, a potem… Powtórzę się po raz tysięczny: świecie zza jest – witaj!

Nie wiem czemu, ale wolałabym już tam być. Mieć swoją pryczę, skrzeczącą przy najmniejszym ruchu. Wizytę pielęgniarki co 15 minut, czy nikt sie nie powiesił. To całe „panie, wstawać!”, „panie, po leki!”.

Chce mi się płakać. Że znów, po tylu latach idę do zamknięcia. Że sobie nie poradziłam. Że okazałam się słaba, choć kilka dni temu, patrząc psychiatrze prosto w oczy przysięgałam, że dam sobie radę.

I znów będę stać w palarni z rękami przełożonym przez kraty i głową opartą o pręty. Będę wypuszczać dym tytoniowy z ust. I patrzeć na toczace się za oknem normalne życie…

790 – cicho szaaa

Jest siódma. Wstałam o szóstej. Ciemno, zimno. Wszyscy śpią oprócz wiernego psa.

Siedzę w kuchni nad zeszytem z kubkiem parującej kawy. Wspominam swoje poprzednie pobyty na oddziałach. Nie chcę, tak bardzo nie chcę tam wracać…

Psychiatra stwierdził kategorycznie, że widzimy się jutro. W celu omówienia szczegółów mojego pobytu w psychiatryku.

A jednak. Stało się. Klamka.zapadła. Świecie bez klamek, witaj!

Gdyby choć udało się coś pisać albo chociaż czytać. Ale we mnie chaos. Chaos, którego tylko otrze żyletki potrafi jakoś okiełznać. Tylko, czy tego chcę? Pakować się znów w ten syf? Ręce, brzuch, nogi – one zapewne mają inne zdanie.

Spokoju chcę, ciszy. Samotności. Czyli czegoś, czego w zamknieciu nie dostanę.

Doktorze, pomóż mi! Nie pozwól im testować na mnie tych wszystkich leków, których brać nie mogę. I jestem martwa w środku, jak bohaterzy Martwicy Mozgu.

Czy ja w ogóle chcę żyć? Czy mam na to siły? A chęci? Panie T. gdyby to pan był lekarzem prowadzącym mnie na oddziale… Ale to tylko mrzonki. Zwykłe myślenie życzeniowe, nie mające nic wspólnego z tą wersją rzeczywistości.