812 – kiedy wychodzi z ciebie prawdziwy border

Ech, i cóż ja mam napisać. Narobiłam głupot, Znów. Nie, tym razem nie okaleczyłam swojego ciała, a relacje, które są dla mnie ważne.

Zaczęło się od czwartkowej sesji. Bardzo zabolało mnie to, że pan M. mnie upomniał.
W sobotę napisałam do niego długą wiadomość, w której wyjaśniłam, że przygotowuję się do sesji. Zresztą sami zobaczcie.

Panie M., myślę dużo o ostatniej sesji i Pana pytaniu, co bym chciała w sobie zmienić. Ehh… To nie jest tak, że nie przygotowuję się do sesji. Że przychodzę sobie tak oo i mówię o tym, co mi wpadnie do głowy. Założyłam sobie nawet zeszyt z tematami i przemyśleniami do poruszenia. Ale nie mogę, nie potrafię się przemóc, by wspomnieć o treści tych zapisków. Czuję się w naszej relacji dobrze, bezpiecznie, czuję się akceptowana. Mogłabym rzec nawet, że czuję się jak dziecko przy opiekuńczym rodzicu. Wiem, że nic mi nie grozi a mimo to, nie potrafię się przełamać. Chciałabym Panu tak dużo opowiedzieć. Wpuścić Pana do swojego świata wewnętrznego, żebyśmy wspólnie się mu przyjrzeli. Ale w gabinecie albo wszystko ucieka mi z głowy, albo czuję tak silny lęk, że nie potrafię otworzyć ust, nie mówiąc już o wyartykułowaniu tego, co mam na myśli. Stąd wziął się pomysł na list, który dałam Panu do przeczytania. Myślałam, że jeśli Pan go przeczyta, będę w stanie o tym rozmawiać. Niestety, do końca sesji się nie odezwałam. Już naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Tak bardzo pragnę wpuścić Pana do tego mojego świata, dzielić się przemyśleniami, obawami, a jedyne co mi wychodzi, to głupie gadanie o sprawach bieżących albo pisaniu. Boję się, że tego nie da się zmienić… A naprawdę, tak bardzo mi na tym zależy. Bo ja chcę się wyleczyć. Naprawdę.

W poniedziałek nie poszłam na sesję. Terapeuta do mnie dzwonił, ale nie odebrałam. Napisałam mu tylko, że przepraszam, ale nie dałam rady. Pieprzony lęk przed bliskością dał się we znaki. Nie wyobrażałam sobie, że mogę spojrzeć mu w oczy. Cały dzień przepłakałam. Okłamałam szefa, że źle się czuję fizycznie i dlatego nie pracowałam.

Wieczorem napisałam do pana M. kolejną wiadomość.

Panie M., ja chyba wszystko zniszczyłam. Nie wyobrażam sobie, że mogę przyjść w czwartek do gabinetu. Czuję tak silny lęk i wstyd, że mnie to paraliżuje. Dziś cały dzień leżę w łóżku i płaczę, a Lorafen łykam jak cukierki. Nie mam siły. Tak bardzo nie mam siły żyć!

Terapeuta odpisał, że porozmawiamy o tym na sesji, ale następnego dnia rano ją odwołałam, motywując to tym, że nie dam rady. Po wzięciu Lorafenu, półtorej godziny później przyznałam, że nie chcę uciekać i przyjdę.

Drugą relacją, którą wystawiłam na próbę, była ta z psychiatrą. W niedzielę zasypałam go wiadomościami.

Nie dam rady iść jutro na sesję. Chyba wszystko zjebałam i to koniec.

Wróciły mi myśli samobójcze. Ale to chyba nie przez zmianę leków, a przez to, co dzieje się w moim życiu. Znów chcę rzucić terapię, z Mrówkiem się kłócimy, żadne wydawnictwo się nie odzywa… straciłam wiarę w sens pisania. Czy moglibyśmy pogadać kilka minut, jak znajdzie Pan czas?

Podjęłam decyzję. Kończę z terapią. I tak mi ona nic nie daje. W dupie mam już to wszystko. Jakby Pan znalazł chwilę wolnego i nie miał mnie dość, moglibyśmy chwilę pogadać? Zastanowić się, co dalej? Same leki? Czy szukać innej terapii?

W poniedziałek przed południem napisałam mu, że nie dałam rady iść na sesję.

Zadzwonił przed szesnastą, ale połączenie trwało tylko czterdzieści sekund, przez jego problemy z zasięgiem.

Punkt szesnasta, wysłałam w SMS-ie to, co napisałam do pana M. Po czym, w tej samej minucie wysłałam jeszcze dwie wiadomości.

I po prostu jest we mnie tyle wstydu i strachu,  że nie potrafiłam pójść.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mu spojrzeć w oczy.

Potem były kolejne SMS-y.

Ja po prostu czuję, że to koniec. Koniec wszystkiego. Leżę i płaczę, choć nawet na to nie mam siły. Chciałabym zniknąć. Raz na zawsze.

Leżę w łóżku i płaczę. Szefa okłamałam, że źle się czuję fizycznie. Nie jestem w stanie pracować, myśleć, czytać, pisać. Tylko płacz mi wychodzi. Nie mam już siły, Doktorze.

Szkoda, że nie mogliśmy porozmawiać przez głupi zasięg. Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać, a do terapeuty nie mogę zadzwonić. Ja chyba zwariuję.

Kilka minut po dwudziestej pan T. ponownie zadzwonił. Rozmawialiśmy prawie dziesięć minut. Doktor starał się mnie uspokoić, ale znów ten cholerny zasięg…

We wtorek rano podziękowałam mu za te kilka minut rozmowy. Dzięki temu poczułam, że nie jestem sama.

Jest mi wstyd. Tak okropnie źle i wstyd. Zachowywałam się, jakbym była niespełna rozumu. Głupia idiotka…

2769 Ogółem 3 Dziś

4 myśli w temacie “812 – kiedy wychodzi z ciebie prawdziwy border

  1. O ja cię, sama nie wiem, co myśleć o tego typu sytuacjach. Z jednej strony mega szacun, że Twój psychiatra i terapeuta są otwarci na te SMS, nawet jeśli odpowiedź jest wiadoma: porozmawiamy na sesji. A Pan T. znajduje te kilka minut (nawet mimo słabego zasięgu), żeby z Tobą porozmawiać, jakoś podtrzymać na duchu. Pomyślałam sobie, że może warto jednak spróbować ich tymi SMS nie zasypywać, tzn. pisać, ale np. przelewać te uczucia na bohaterów kolejnej książki albo tutaj, gdziekolwiek, byle trochę ich odciążyć, bo staram się też patrzeć na nich z takiej perspektywy, że no to musi być naprawdę przejebane dostawać takie treści i tak właściwie nic nie móc z tym zrobić, bo to trochę jednak nie na miejscu (w końcu sesja jest od przerabiania ciężkich chwil/tematów). Wydaje mi się, że musisz mocno popracować nad tymi impulsami, by wyżywać się na czymkolwiek innym niż Ty sama czy Twoi bliscy. I za to mocno trzymam kciuki!

    • Wiem…
      Takie sytuację zdarzają się rzadko. Muszę naprawdę zupełnie stracić nad sobą kontrolę, żeby tak odwalić.

Pozostaw odpowiedź Kamila Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.