816 – terapia borderline: nie mam już do siebie siły

Jak słowo daję, jeśli na następnej sesji się nie otworzę, to rezygnuję. Jestem na siebie zła, wściekła! Czuję się okropnie sfrustrowana. Dlaczego?

Praktycznie całą sesję przemilczałam. Nie odpowiedziałam nawet na zadane przez pana M. pytanie, o czym myślę. Chciałam, tak bardzo pragnęłam powiedzieć, ale nie potrafiłam.

Całą sesję zbierałam się do tego, by powiedzieć o swoich przemyśleniach. Przemyśleniach, o zgrozo, dotyczących naszej relacji. Kurwa, przecież ja nawet nie chciałam nic skrytykować! A po prostu stwierdzić fakt, że nie potrafię podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. Że wypowiedzenie słowa „bliskość” w kontekście naszej relacji napawa mnie lękiem. Że boję się panicznie bardziej otworzyć, zbliżyć do niego, jakbym robiła coś złego. Jakby to było obrzydliwe i nie na miejscu. A przecież w naszej relacji nie ma ani krztyny romantyzmu czy erotyzmu ani z jednej, ani z drugiej strony. To jest mój terapeuta i tak go traktuję. Relacja z nim przypomina trochę relację matki z dzieckiem. Czy raczej dziecka z matką, bo przecież z mojej strony tak jest.

Chciałam, naprawdę pragnęłam mu o tym powiedzieć. Ale siedziałam zastygła, wzrok wbity we własne paznokcie u rąk splecionych i opartych o kolana. Wzrok… heh, przecież nawet ich nie widziałam – obraz zupełnie rozmyty za ciemnym filtrem lęku. Nie potrafiłam nawet przełknąć śliny! Odliczałam w kółko do trzech. Bo wymyśliłam sobie kiedyś sposób, by na trzy się odzywać. Nic z tego. Żadne trzy nie skończyło się nawet nabraniem większej ilości powietrza, by choć spróbować zainicjować mowę.

– O czym pani myśli? – Zapytał po długiej chwili milczenia.

A ja nic. Nawet nie drgnęłam. Odpowiedziałam mu w myślach. W myślach prowadziłam długi monolog, z którego do świata zewnętrznego nie przedostał się choćby pojedynczy dźwięk.

A w głowie wciąż słyszałam jego słowa: powinna pani mówić o tym, o czym nie chce pani mówić.

Mam dość. Nie mam już do siebie siły…

1809 Ogółem 32 Dziś

7 myśli w temacie “816 – terapia borderline: nie mam już do siebie siły

  1. Jestem w połowie „Młodego Boga…” I jest to wg mnie pierwsza książka o bpd z którą mogę się utożsamiać…tzn nie chodzi o zachowania (u mnie obecnie praktycznie zerowy poziom autodestrukcji) ale o sposób myślenia (dokładnie potok myśli i ich kierunek) oraz to że pomimo metrykalnej dojrzałości (jestem 2 lata starsza) nadal czuję się często jak niedojrzała gowniara która właściwie sama nie wie czego tak na prawdę chce.
    Trzymam kciuki za otwarcie się na terapii, podejrzewam że warto, ja chyba właśnie do tego „dojrzałam” ale cała ta pandemiczna sytuacja przerwała próby (powrót do terapii po 9 latach przerwy). Teraz zbieram się znowu o to aby wyciągnąć rękę po pomoc ale jak to w bpd idzie mi jak k..rwie w deszcz 😉

  2. A próbowałaś może wydrukować ten wpis i dać mu do przeczytania? Może to będzie jakiś krok na przód i łatwiej będzie Ci o tym opowiedzieć.

    • Próbowałam z dawaniem mu czegoś do czytania i kiedy przeczytał, nie byłam w stanie odezwać się przez całą sesję.
      Na szczęście zrobiłam wczoraj malutki kroczek naprzód.

  3. Znam bardzo dobrze ten stan. Jestem prawie od 4 lat w obecnej terapii. Od roku powoli zaczynam mówić. Powoli tzn. kilka słów na spotkanie, kiwnięcia głową itp. A po spotkaniu, gdy się tak „otworzę” następują następne dwa, gdzie znowu jestem zamrożoną mumią, wewnątrz której panuje totalna rozpierdówa a na zewnątrz woskowa maska i stoicki spokój. Choć mam sporo problemów to nigdy nie stosowałam wobec siebie fizycznej agresji. Ostatnio jednak moja bezradność i złość na siebie (że znowu nie mówię choć bardzo bym chciała i WIEM co chcę powiedzieć) była tak wielka, że po sesji się pobiłam. I za każdym razem mam myśli, że taka sesja, taka milcząca terapia przecież nie ma sensu. Że to wszystko jest jeszcze tylko dodatkowym katowaniem samej siebie… A potem przychodzi refleksja „no dobrze… ale jeżeli zrezygnuję, to co dalej… czy o to mi rzeczywiście chodzi, czy to będzie dla mnie dobre?”. I zostaję, i walczę o każde słowo, robię malutkie kroczki do przodu.
    Aniu – trzymam za Ciebie kciuki. Za siebie też. Żebyśmy przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji miały odwagę i przestrzeń w sobie, by zadawać pytanie „czy rzeczywiście o to mi chodzi, czy to będzie to dla mnie dobre?” (P.S. Wiem, że u mnie milczenie nie jest kwestią osoby terapeuty. To moja trzecia terapia i u wszystkich miałam ten sam problem. Ale u Ciebie też chyba nie chodzi o terapeutę – dość długo czytam Twoje wpisy i wiem, że bardzo cenisz jego osobę i profesjonalizm).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.