820 – „Guru”, czyli nowa powieść, nowa przygoda

Wczoraj praktycznie cały dzień przespałam. Czułam się tragicznie, więc lorazepam pomógł też przespać wieczór i prawie całą noc.

Jest 5:55 a ja siedzę z laptopem na kolanach i testuję nową technikę pisania – od razu na komputerze. Napisałam całe 795 znaków nowej powieści. Trochę mi dziwnie nie czuć długopisu w palcach i papieru pod dłonią, tylko uderzać bezdusznie w klawisze.

Musi się coś zmienić. Czuję, że musi się w moim życiu coś zmienić, bo to skończy się źle. Szczegóły jednak pozostawię dla siebie.

Co z „Granicami obłędu”, zapytacie? Czekają. Zostało mi jakieś 20-30 tysięcy znaków do napisania. Kilka rozdziałów. Jednak cały czas myślę nad najlepszym zakończeniem. Oczywiście pomysł na to, jak zakończyć losy Teda, Jess, Marcina i Larsen już mam i miałam od początku. Tylko chcę to zrobić w sensowny sposób, żeby trochę dłużej potrzymać Was w napięciu, a nie wyłożyć kawę na ławę od razu.

Dziwny to czas.

Jeszcze tydzień do sesji. Prawie trzy tygodnie bez spotkań z panem M. Powoli wariuję. I choć psychiatra w środę stwierdził, że czas powoli odchodzić od cyca (czytaj zakończyć terapię), to ja wciąż nie jestem na to gotowa. Zbyt wiele spraw nie zostało przerobionych. Zbyt wiele niewiadomych kryję sama przed sobą.

819 – i nagle nastał spokój

Obudziłam się dziś w neutralnym nastroju. Po wczorajszej tragedii nie ma śladu. No, takie jednodniowe kryzysy to ja rozumiem.

W kolejce do psychiatry trochę pisałam. Przygoda z „Granicami obłędu” dobiega końca. Jeszcze tylko kilka rozdziałów.

Wzięłam rano do ręki nowy zeszyt. Na okładce kamper na tle błękitnego nieba. Iście wakacyjny obrazek. Na trzeciej stronie (gdyż pierwsze dwie zawsze zostawiam na notatki) zapisałam takie oto dwa zdania:

„Była najbrzydszą dziewczyną w szkole. Przynajmniej tak twierdzili jej rówieśnicy, którzy na każdym kroku uświadamiali jej to w niewybrednych słowach.”

Tak, to początek nowej powieści. Świeżutki pomysł, na razie bez żadnych szczegółów. Zdradzę Wam tylko jeszcze, że roboczy tytuł to „Guru”.

818 – jak trwoga, to do bloga

Tak to już ze mną jest. Potrafię tu milczeć dłuższy czas. Ale gdy coś się dzieje… Pierwsza myśl: napisać na blogu.

Co tu będę dużo mówić. Jest źle. Bardzo źle. Przespałam prawie cały dzień, a każda pobudka sprawiała, że jeszcze bardziej nie chciało mi się żyć.

Obudziłam się w parszywym nastroju i z każdą godziną było coraz gorzej. Lorazepam pomógł mi się uspokoić, ale nie poradził sobie z nasilającymi się myślami samobójczymi i autoagresywnymi.

Dla własnego bezpieczeństwa i ciągłości skóry, od dłuższego już czasu nie mam w domu żadnych żyletek. Ale klamek z mieszkania się przecież nie pozbędę…

Pierwszy raz od dawna płakałam. Ze łzami zasnęłam. I z nadzieją, że będzie to sen wieczny. Jakież było moje rozczarowanie, gdy otworzyłam oczy, a świat nadal istniał.

Nie mam siły pracować ani pisać czy przepisywać to, co mam z zeszycie.

Wydawnictwo, które było wstępnie zainteresowane wydaniem „Dwóch sów”, po ponad miesiącu ostatecznie się rozmyśliło.

Znów nie potrafię w niczym znaleźć sensu. nawet w moim ukochanym pisaniu. Po co, skoro i tak nikt tego nie wyda? Pisanie dla siebie, czy, jak to się ładnie określa, do szuflady, jest nie dla mnie. Nie satysfakcjonuje mnie to. Wręcz przeciwnie, frustruje i załamuje.

Do poczytania. Kiedyś tam

817 – już nie mogę; to przez nogę i dalej mogę!

Gdyby to było takie proste, nie?

Mam dziś słaby dzień. Do tego stopnia, że musiałam się wspomóc lorazepamem w dawce dwa i pół miligrama.

Jutro psychiatra. Kończą mi się leki. Dobrze, że się z nim spotkam, bo terapię miałam w zeszły wtorek, a następna sesja dopiero trzeciego lipca.

Trochę u mnie działo w ciągu mojego milczenia tutaj.

Odważyłam się porozmawiać z panem M. o naszej relacji. Czyli zrobiłam to, czego tak bardzo się bałam i tak długo to odkładałam. I co? Okazało się, że jak już zaczęłam mówić, to jakoś to poszło.

Nie pamiętam, czy wspominałam… Obłęd zyskał nowy i ostateczny tytuł „Granice obłędu”. Zostały mi do przepisania na kompie trzy rozdziały. Szacuję, że po przeniesieniu tych rozdziałów na wersję elektroniczną, książka będzie miała ok. 345 tysięcy znaków. Co da jakieś 260-270 stron wydanej książki. Przede mną napisanie kilku ostatnich rozdziałów. Szacuję, że ostateczna wersja tego thrillera będzie dobiegać do 300 stron.

Niestety wciąż nie znalazłam wydawcy na „Dwa słowa”, choć kilka wydawnictw było zainteresowanych, jednak ostatecznie się rozmyśliły. No cóż. Może to jeszcze nie jej czas?

Żal rozstawać mi się z procesem pisarskim Granic obłędu. Bardzo związałam się z tymi postaciami. Za to w głowie majaczą mi dwa pierwsze zdania nowej powieści…