826 – już tuż, tuż!

Ciągnę resztkami sił, ale już tuż, tuż! Jeszcze tylko dziś i ze cztery godziny jutro i urlop! Długo wyczekiwany i odkładany od czerwca urlop. Nareszcie!

W pierwszym tygodniu jedziemy w odwiedziny do cioci na wieś. Rodzice, co prawda, mieszkają w tej samej miejscowości, jakiś kilometr od cioci, jednak się z nimi nie spotkamy. W związku z epidemią mama izoluje się od wszystkich, nie wychodzi z domu, a pracuje zdalnie. W końcu jest po dwóch nowotworach, ma jedno płuco – boi się, oboje z ojcem się boją i ja to rozumiem.

Na wsi zamierzamy jeździć na rowerach i ogólnie aktywnie spędzić ten czas. A ja oczywiście obiecałam sobie, że skończę pierwsze czytanie i nanoszenie poprawek na „Granice obłędu”. Dotarłam do, bodajże, 46. strony. Ale takie czytanie to nie robota. Kilka stron raz na kilka dni. Więcej czasu nie udaje mi się wygospodarować. Ostatnio dużo pracuję zawodowo.

Muszę, potrzebuję tego wolnego. Żeby się zatrzymać, odpocząć, zając sobą i swoimi sprawami.

Ostatnią sesję miałam 23 lipca. Następne dwie 17 i 18 sierpnia. A po nich znów przerwa aż do września. Mija tydzień bez terapii. Na razie jakoś się trzymam, nie jest źle. Ale jak będzie potem? Zobaczymy.

Na czwartkowej sesji pan M. stwierdził, że całkiem dobrze znoszę przerwy w terapii. Cóż, szczególnie jak w tym czasie mam urlop, hehe. Ale brakuje mi tych spotkań, rozmów.

Ostatnimi czasy iskrzy między mną a panem Mrówkiem. Oboje łatwo wybuchamy i naprawdę niewiele trzeba do awantury. Jest między nami dużo złości, z którą nie do końca umiemy sobie poradzić. Wzajemne pretensje, uszczypliwości, drobne złośliwości i zbyt duże, raniące słowa. Tak ogólnie jakoś się dogadujemy, ale ten stan rzeczy jest daleki od pożądanego.

Jeśli chodzi o kwestie wydawnicze – wysłałam drugi raz „Dwa słowa” do wydawnictw. Tym razem zmieniłam treść wiadomości, która teraz bardziej przypomina list motywacyjny niż zwykłe poinformowanie o przesłaniu propozycji wydawniczej. Doczekałam się nawet odpowiedzi od jednego z dużych wydawnictw, napisanej przez człowieka z Działu Literatury Polskiej oprócz standardowej zwrotki od autorespondera (choć w obu przypadkach treść wiadomości była taka sama). Oznacza to (mam nadzieję), że moja propozycja została przyjęta do przeczytania, a nie z góry odrzucona, jak wcześniej.

Wkurzam się na Empik, bo zamawiają po kilka egzemplarzy moich książek i wiecznie są przez to niedostępne do zakupu online. „Uśpionej” w wersji papierowej nie mają od kilku miesięcy, z „Autoterapią” i „Młodym bogiem” wcale nie jest dużo lepiej.

No, coż, Kochani, chyba tyle u mnie. Dajcie znać, jak u Was. Jak mijają Wam, wakacje? Ja tymczasem wracam do pracy.

Trzymajcie się i nie dajcie się!

825 – „Granice obłędu” doczekały się opisu

Pierwszy opis „Granic obłędu”

Osadzony w izolatce aresztu śledczego Ted zawzięcie milczy. Jest dwudziestosiedmioletnim przyszłym psychiatrą, podejrzanym o brutalne zamordowanie pewnej celebrytki.
W Polsce jest tylko jedna osoba, z którą chce rozmawiać – Wera Larsen, światowej sławy psychiatra i psychoterapeutka, która prowadzi prywatną klinikę psychiatryczną. Dlaczego wybrał właśnie ją?
W ośrodku Larsen od wielu miesięcy leczy się nastoletnia Jasmina. Dziewczyna jest głęboko zaburzona i opiera się terapii. Czy ktoś znajdzie sposób, by jej pomóc?
Pewnej listopadowej nocy dzwoni telefon Larsen. To człowiek stojący na moście i grożący, że popełni samobójstwo. Czy kobieta go uratuje?
Pan Zygmunt zostaje siłą zamknięty w klinice Wery. Pewnego dnia w odwiedziny przychodzi do niego syn Marcin, który przypadkiem poznaje Jasminę. Co wyniknie z tego spotkania?
Czy Larsen udowodni niepoczytalnosc Teda? A może sprawi, że zostanie uznany za niewinnego? I kim była zamordowana celebrytka?
Odpowiedzi na te i inne pytania oraz jeszcze więcej zagadek w najnowszym thrillerze psychologicznym „Granice obłędu”.

UWAGA! SZUKAM WYDAWCY!

Szukam wydawnictwa dla swoich dwóch thrillerów psychologicznych: napisanych rok temu „Dwóch słów” oraz będących na etapie edycji i korekty autorskiej „Granic obłędu”.

Po szczegóły oraz z propozycjami piszcie na

mrowka@anka-mrowczynska.com

824 – terapia borderline: zabliźniony przełom

To była z pozoru normalna sesja. A jednak w pewnym sensie przełomowa.

Ubrałam się dziś w koszulkę na ramiączkach i cienką bluzę wkładaną przez głowę. Aura na zewnątrz nie rozpieszczała, więc wydawało mi się, że to adekwatny ubiór. Miałam rację. Było w sam raz.

Jednak wszystko zmieniło się po kilkunastu minutach sesji. Było mi okropnie gorąco. Początkowo się wahałam, ale w końcu odważyłam się.
– Nie będzie panu przeszkadzać, jak ściągnę bluzę?
– Nie, proszę się czuć swobodnie – odpowiedział, a ja zaczęłam się rozbierać.

Kiedy już usadowiłam się wygodnie na fotelu, a terapeucie ukazała się moja lewa ręka w całej krasie, poczułam… no właśnie, akceptację. Oczy pana M. pierwszy raz ujrzały blizny na ramieniu, choć kilkukrotnie pytał mnie o możliwość ich obejrzenia.

Tak więc dziś, po pięciu latach się doczekał. I ja się doczekałam. Odważyłam się. To było dla mnie bardzo ważne. W pewnym sensie kolejny krok w zbliżaniu się do pana M.

Trochę o tych bliznach rozmawialiśmy. Niektóre z nich wskazywałam i opowiadałam ich historię.

Gabinet opuszczałam z poczuciem całkowitej akceptacji ze strony pana M. I ogromną ulgą.

823 – naltrekson

W piątek wysłałam trzy na wpół rozpaczliwe SMS-y do pana T.
We wtorek wieczorem zadzwonił, że możemy się dzisiaj spotkać.

Rozmawialiśmy w gabinecie dość długo, debatując, co zrobić z tym cholernym stanem, w którym teraz jestem.

Ostatecznie stanęło na dołączeniu do obecnych medykamentów dodatkowej chemii w postaci naltreksonu. Już kiedyś brałam ten odpowiednik metadonu i czułam się lepiej.

Ciekawe, czy i tym razem coś pomoże…

A jutro wizyta u pana M.

822 – przeczucie

Nie wiem… mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że nie zostało mi wiele życia. Resztki swojego czasu na tym padole łez marnuję na pogoń za mamoną, którą się zawsze brzydziłam. Żeby kupić to, żeby było stać na tamto. Tak, jakby rzeczy materialne miały jakieś znaczenie.

Wolałabym poświęcić tę resztkę czasu na to, co jest naprawdę ważne i wartościowe – Sztukę. Zapisać swoich myśli i meandrów wyobraźni jak najwięcej się da. Pozostawić po sobie coś, co uważam za najcenniejsze – życie wewnętrzne wraz ze wszystkimi myślami, wspomnieniami, wyobrażeniami czy marzeniami. Wraz z rodzącymi się wiecznie obrazami przeżyć bohaterów. Wymyślonych przecież, a tak żywych, tak moich, zrodzonych z kooperacji mojej świadomości i podświadomości.

Na mnie linia mojej rodziny się kończy. Nie będę miała dzieci, więc ta gałąź drzewa genealogicznego uschnie wraz z moją śmiercią. Nie będzie potomków, którzy mogliby sięgnąć po moje utwory. Ale może kiedyś… kiedyś ktoś je odkurzy. Odkryje dla świata. I dzięki temu da im oraz mnie nowe życie.

821 – przebieram nogami, bo…

„Granice obłędu” są na finiszu!

Wstałam dziś przed siódmą i zaczęłam pisać ostatni rozdział. Koło ósmej zachciało mi się spać, a że nie chciałam potem tracić czasu w ciągu dnia na drzemki, poszłam jeszcze się przekimać.

Teraz siedzę w pracy przy PC-ie. Mam jednak ogromną ochotę włączyć laptopa, położyć go na biurku obok monitora i zamiast pracować, kończyć przygody Marcina, Jess, Larsen i Teda. Przebieram nogami, by skończyć pisać! I to nie jest hiperbola, hehe.

Nastrój ostatnio kapryśny. Raz marudny, raz płaczliwy, raz złośliwy. I nie wiem, czemu. Denerwuję się na siebie za to, że taka jestem. Że uprzykrzam życie Mrówkowi, choć nic złego mi nie robi i zdecydowanie nie zasługuje na takie traktowanie.

Jeszcze pół rozdziału, tylko pół rozdziału, tłumaczącego, co tak właściwie się stało w tej historii.

Mam szczerą nadzieję, że Wam się spodoba. No, i że uda mi się znaleźć wydawcę…