829 – terapia borderline: to koniec

Nie mogłam się doczekać dzisiejszej sesji. Ostatnio sobie zupełnie nie radziłam z emocjami, myślami, reakcjami. Odliczałam dni do terapii, w której znów miałam przerwę z powodu wakacji.

Początkowo wszystko szło normalnie. Rozmawialiśmy na bieżące tematy, mówiłam o swoich trudnościach. I nagle pan M. wyskoczył z pytaniem, co jeszcze chciałabym w sobie zmienić. Po usłyszeniu go, natychmiast zesztywniałam. Nie przeczuwałam niczego dobrego, gdyż to nie był pierwszy raz, gdy mnie o to spytał.

Po uzyskaniu mojej odpowiedzi padły słowa, które mnie rozwaliły.
– Czy myślała pani już o zakończeniu terapii?
Przyznałam, że tak. Ale doszłam do wniosku, że jeszcze jest za wcześnie. Że gdy jest dobrze, nie potrzebuję jej tak bardzo. Ale kiedy pojawia się kryzys, bardzo jej potrzebuję, bo sama jeszcze nie potrafię sobie radzić.
– A ja myślę, że dobrze byłoby ustalić już termin zakończenia. Może to zmobilizuje panią do intensywniejszej pracy. Poza tym terapia to nie styl życia.
Z każdym wypowiadanym przez niego słowem zapadałam się fizycznie coraz bardziej w fotel, a psychicznie w czarną dziurę rozpaczy.
Na koniec dodał, że nie wyrzuca mnie z terapii, ale żebym przemyślała, kiedy ją zakończymy.

Wyznaczył termin następnej sesji na za tydzień, zupełnie ignorując fakt, że do tej pory chodziłam dwa razy w tygodniu i mówiłam mu, jakie to dla mnie ważne.

Kiedy wyszłam z gabinetu, byłam potwornie załamana. Poczułam się zdradzona, opuszczona, odrzucona, zostawiona sama sobie. Pan M. w jednej chwili ze wspaniałego i godnego zaufania terapeuty stał się nieczułym sukinsynem, który ma w dupie mój los i to, czy sobie poradzę i będę potrafiła dalej żyć. Okropnie się na nim zawiodłam. Łzy leciały po policzkach, maskując się pod kroplami gęsto padającego deszczu. Żałowałam, że rozpłynięcie się pod ich wpływem nie jest możliwe. Emocjonalny szok spowodował oderwanie od rzeczywistości. To tak bardzo boli.

Po przyjściu do domu napisałam do niego.

Ok, przemyślałam to wszystko. Ma Pan rację, czas kończyć. Zakończmy więc tę farsę już dziś. Skoro 5 lat nie pomogło, nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Dziękuję za to, co dobre, przepraszam za to, co złe.

Trzy minuty później nadeszła odpowiedź.

Proces kończenia powinien mieć swój czas. Proszę przyjść w poniedziałek. Będę na Panią czekał.

Niewiele myśląc, wysłałam mu litanię.

Zaufałam Panu, dałam się omamić zapewnieniami, że jestem w terapii bezpieczna. Otworzyłam się przed Panem, jak przed nikim innym, choć i tak nie zupełnie. Te wakacyjne przerwy utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeszcze nie jestem gotowa na koniec, że sama sobie nie poradzę. Dlatego wciąż chciałam dwie sesje tygodniowo – łatwiej mi wtedy powstrzymać się od autodestrukcji i myślę bardziej racjonalnie. Rzadziej wpadam w te swoje stany. A tu, jak grom z jasnego nieba, informacja o końcu… Nigdy nikt mnie tak nie zranił i nie chciał opuścić w tak okrutny sposób. Ale rozumiem – minęło 5 lat, nie widać poprawy, więc ma mnie Pan dość i chce się mnie pozbyć jako zawodowej porażki. Jest mi przeraźliwie przykro, czuję się dogłębnie zraniona, odepchnięta, opuszczona i odrzucona. Jak stary, nikomu niepotrzebny śmieć. Po prostu nie zasługuję na pomoc. Pan to zrozumiał i chce się mnie pozbyć. To bardzo boli. Po kim, jak po kim, ale po Panu się tego nie spodziewałam… Zniszczył Pan dziś we mnie ostatni płomyk nadziei, że kiedyś będzie dobrze. Że kiedyś komuś zaufam, jak Panu. Ale po tym, co się stało, widzę, że strategia jednak była dobra – unikać ludzi, nie wchodzić w relacje i żyć w swoim świecie. A nie, żyć w ciągłym napięciu i lęku, że ktoś zdradzi, opuści, porzuci. Dziękuję za tę ostatnią lekcję. I życzę mniej takich pacjentów, jak ja, a więcej takich, którym można pomóc. Żegnam.

Tym SMSem zakończyłam ponad pięcioletnią terapię. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze kiedyś wejść do tamtego gabinetu. Spojrzeć w oczy człowiekowi, który zapewniał o swojej pomocy, wsparciu, któremu zaufałam, poczułam się bezpiecznie w relacji z nim. A on? Tak po prostu wszystko przekreślił.

To koniec. Koniec wszelkich terapii. Możecie mnie zjeść, że to reakcja dziecka, ale mam to w dupie. Tak się właśnie czuję i nie będę udawać, że jest inaczej.

Wzięłam po terapii Lorafen i przespałam cały dzień. I tak bardzo żałuję, że się obudziłam.

Już nigdy, przenigdy nikomu nie zaufam. Dzisiejsza sytuacja mnie zniszczyła, rozłożyła na łopatki, rozjechała walcem, poćwiartowała, a strzępy mojego emocjonalnego truchła rozrzuciła we wszystkich kierunkach. Nie ma mnie już. Jest ciało identyfikujące się dowodem. Ale nie ma mnie. Wszystko co było we mnie dobre, umarło. Anka Mrówczyńska nie żyje. Możecie pisać nekrolog.

1644 Ogółem 1 Dziś

6 myśli w temacie “829 – terapia borderline: to koniec

  1. Anka a czego właściwie oczekujesz po terapii? Ta sytuacja pokazała na jakim jesteś etapie – nie oceniam tego i nie krytykuję, bo to Twój proces i wyobrażam sobie, że cierpisz. To Twoje emocje, nie wolno ich negować. Pytanie – czy chcesz nie radzić sobie z nimi (bo tak zrozumiałam – że nie radzisz sobie z nimi teraz, po informacji od terapeuty) czy jednak chcesz sobie z nimi poradzić i np reagować na takie rzeczy inaczej? Powiem tak – ja też miałam problem z odrzuceniem. Na własnej terapii uczyłam się, że to co dla mnie jest odrzuceniem niekoniecznie jest nim naprawdę. Nauczyłam się nie ufać swoim emocjom (nie bez powodu nazywane są zaburzonymi, przecież ranią, a ja nie chciałam się ranić przeżywając je tak silnie). Gdy po długim czasie nauczyłam się je temperować, analizować i w końcu radzić sobie z nimi odetchnęłam. To siedzi w głowie – dzieje się coś i pojawiają się moje myśli a za nimi emocje. Nie mam wpływu na innych, tylko na siebie więc nie winię nikogo za to, jakie emocje we mnie wzbudza dana syt., to też ogromny krok, bardzo uwalniający… później ta emocja jest przeze mnie analizowana, rozmawiam sobie w środku z nią. czy ma faktycznie powody by być… czy można „nadać” jakąś inną optykę… minusem jest to, że nic już nie jest czarno-białe. Miliardy razy zastanawiam się co powinnam czuć. Czasami czuję się w tym tak zagubiona, że z extrawertyczki stałam się typową introwertyczką. Miele w sobie, ale dzięki temu nie jestem reaktywna – łatwiej łapię dystans. Niestety w gorszych, takich naprawdę gorszych, depresyjnych chwilach zapominam o tym wszystkich, więc to chyba jak z umiejętnościami: możesz z nich korzystać ale nie musisz. Bo np nie masz tyle energii by z nich korzystać. Pozdrawiam Cię cieplutko, mam nadzieję, że ochłoniesz i dogadacie się. Czasami zakończenie terapie nie oznacza brak pomocy – mi zakończenie terapii (też było dla mnie szokiem, bo moja terapeutka musiała iść na zwolnienie ciążowe a potem macierzyńskie) dało przeświadczenie (oczywiście później, jak już się otrząsnełam z żałoby po terapii) że jednak sobie poradzę i czas wykorzystać to, czego się uczyłam.

    • Dziękuję za ten komentarz.
      Jest tak, jak piszesz. Chcę sobie radzić sama, ukończyć terapię i iść w świat z nowymi umiejętnościami. Dużo ich już nabyłam. Ale, jak widać, zostało jeszcze trochę pracy.
      Mam ogromny problem z racjonalnym myśleniem i nieuleganiem ekstremalnym emocjom, gdy poczuję się zagrożona, odtrącona. Działam wtedy impulsywnie i nie potrafię nad sobą zapanować.
      Chciałabym dojść do takiego momentu, w którym jednak to umysł będzie nad emocjami, będzie je nadzorował i nie pozwalał na chorobliwą eskalację.
      Jest ze mną o niebo lepiej niż na początku terapii, więcej rzeczy rozumiem, mam większy wgląd, częściej sobie radzę w sytuacjach kryzysowych, jednak zdarzają się jeszcze takie sytuacje, w których mój border szaleje w najlepsze, a ja nie mam siły przeciwstawić się schematom i płynę, gdzie mnie poniosą. Dlatego nie czuję się jeszcze gotowa na zakończenie. Jeszcze trochę spraw chcę przepracować.

      • Bardzo przykro mi czytać cały opis tej sytuacji.
        Ja mam sporo wspólnego z psychologią i powiem Ci, że wyjątkowo późno Twój terapeuta wspomniał o planowanym końcu terapii. Bardzo często ustala się na bieżąco już po rozpoczęciu terapii – np że będzie trwała rok. I potem ewentualnie zmieniać długość jej trwania w razie potrzeby. Dlatego równie dobrze można byłoby ustalić z Panem M, że jeszcze ten rok chcesz chodzić na terapię, że postarasz się bardziej usamodzielniać ale jest to bardzo ważne dla Ciebie, żeby mieć wsparcie teraz jeszcze.
        W moim odczuciu Twoja reakcja jest zbyt mocna, przerysowana Twoja interpretacja wpłynęła na rozwój negatywnych emocji w Tobie, które znowu potem wysłałaś na terapeutę.
        Jeśli terapia przynosiła efekty, zaufałaś temu człowiekowi – szkoda byłoby zaprzepaścić tą pracę. Warto jest się przemóc, postarać się spojrzeć na reakcje terapeuty z innej strony (naprawdę nie chciał Cię odrzucić, chciał dać Ci motywację do stania się z czasem bardziej samodzielną, pewnie zrobił to zbyt oschle) i może odezwiesz się jeszcze do niego?
        Szukanie nowego terapeuty będzie prawdopodobnie niełatwym wyzwaniem, opowiadanie tego samego, przeżywanie na nowo – wcale to nie brzmi zachęcająco.
        Trzymam kciuki za pozytywny rozwój wydarzeń.
        🙂

  2. Takie rozmowy o końcu terapii są zupełnie naturalne. Kończenie terapii to proces, który może trwać kilka tygodni lub miesięcy. Właśnie po to, żeby stopniowo się z tym oswajać.

  3. Wiem co czujesz,bo moja terapeutka zakończyła/przerwała terapię przez telefon.Pierwsze dni były bardzo trudne,ale już trochę to zaakceptowałam.Rozmawiamy przez telefon,ale brakuje mi sesji w gabinecie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.