848 – i znów chce się żyć!

Kto mi to wytłumaczy? Obudziłam się dziś przed szóstą. Z nową dawką siły, energii i radości życia. Zgłupieć idzie.

Po kryzysie ani śladu. Siedzę, uśmiechając się do świata, i nanoszę poprawki na „Granice obłędu”.

Dlaczego tak jest? Dlaczego przez kilka tygodni latam jak na skrzydłach, ciesząc się ze wszystkiego, a pewnego dnia budzę się przeklinając życie? Przez jakiś czas, leżąc w łóżku i nie mając siły się z niego podnieść, planuję samobójstwo. A potem znów, nadchodzi świt, który witam z uśmiechem na ustach i dziękuję za to, że żyję.

To okropnie męczące. Życie w ciągłej niepewności. W ciągłym lęku, że to, co dobre, skończy się jak nożem odciął. Że znów będę czyhać na własne zdrowie i życie. W imię czego? Cholernych wahań w biochemii mózgu? A może to coś innego? To bardzo, bardzo niebezpiecznie. Boję się, że kiedyś w takim stanie się zabiję. A ja przecież nie chcę umierać. Nie chcę umierać, bo tak bardzo kocham życie! Mam tyle marzeń i planów. I zamierzam je wszystkie spełnić! Boję się, tak bardzo boję się tych kryzysów…

846 – kilka gorzkich słów prawdy

Kiedy jest dobrze, jestem w górce, wspieracie mnie. Piszecie miłe komentarze i maile. Jednak, gdy nadchodzi kryzys, nie tylko ja zmieniam się nie do poznania, ale i feedback od Was. Nagle jestem dla Was niedojrzałą atencjuszką i wyrachowaną manipulatorką. Nie rozumiem, skąd w Was tak diametralnie odmienne zdania…

To jest tak. Pewnego dnia się budzę i widzę, że świat jest piękny, kocham życie ponad wszystko. Czuję się niezniszczalnym i niezwyciężonym bogiem, który wszystko może i czego się nie dotknie, uda mu się. Latam ze szczęścia pod sufit. Mało jem, mało śpię. Za to cały czas jestem w ruchu, bo energia i siła chcą mnie rozsadzić od środka. Jestem nieśmiertelna, pewna siebie. Wszystko wiem, wszystko potrafię, że wszystkim sobie poradzę. Jestem tak pobudzona i szczęśliwa, że będąc sama gadam do siebie, albo śpiewam, albo tańczę. Czasem wszystko na raz. Taki stan potrafi trwać kilka tygodni. I nawet, jeśli coś wyprowadzi mnie z równowagi, szybko macham na to ręką i wracam do swojego urojonego szczęścia. Wtedy jesteście ze mną. Piszecie do mnie. Radzicie się. Cieszycie razem ze mną. Wtedy jest Was tylu…

Ale kiedyś musi się to skończyć. I wcale nie jest do tego potrzebny zewnętrzny czy wewnętrzny bodziec. Nie musi się nic stać, nie muszę o niczym pomyśleć ani dokonać nadinterpretacji. Po prostu, pewnego dnia budzę się ze łzami w oczach i przeklinam życie za to, że wciąż trwa. Cierpienie osiąga niewyobrażalne rozmiary. Przygniata kolanem do podłogi i nie pozwala złapać tchu. Cała energia, którą miałam, gdzieś ulatuje, pozostawiając po sobie bezsilność i poczucie beznadziei. Tak trudno zwlec się wtedy z łóżka. Zdaje się to być wysiłkiem większym, niż przebiegniecie ultra maratonu. Oczy zachodzą mgłą, która jak filtr, zmienia wszystko w zagrazajace otoczenie. Każdy przedmiot użytku codziennego zdaje się być odpowiednim narzędziem do odebrania sobie życia. I nic nie ma już znaczenia. Nic się nie liczy. Na niczym nie zależy. Tylko na śmierci. Na zakończeniu tego cierpienia nie do wytrzymania. I bólu nie do znieczulenia. I nagle wszyscy się odwracają. Nazywają atencjuszką i manipulatorką. Nieświadomie nakręcając tę spiralę samozagłady. Oczywiście jest jeszcze rodzina.

Mama.

[15.10, 15:52] Anka: Wiem, że jesteś po bardzo ciężkich chorobach i cieszysz się każdym dniem. Ale dla mnie każda minuta to straszna męczarnia. Chcę już odpocząć. Przestać istnieć.
[15.10, 15:54] Mama: Anula, pomyśl o swoich firankach i zasłonkach, które czekają, aby upiększyć mieszkanko

Ciocia

To może jednak się pozbierasz i przyjedziesz Fizie przytulisz?

Wizja powieszenia nowych zasłonek czy przytulenia psa cioci naprawdę nie są w stanie sprawić, że zachce mi się żyć. Ja wiem, oni się starają. Ale to wszystko jak krew w piach.

Mówicie, że wysłałam masę pożegnalnych smsów do terapeuty i psychiatry, dlatego nie wzięl ich na poważnie. Otóż nie. Zrobiłam to po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat leczenia. Dlaczego? Bo byłam pewna, że o świcie będę już sztywnym wisielcem. Nigdy nie manipulowalam terapeutą ani psychiatrą. Owszem, pisałam szczerze, jak jest, jak się czuję. Ale ani razu nie wysłałam wiadomości, że się zaraz zabiję.

Przykre to, że tak o mnie myślicie. Że w kryzysie zostaje sama, co tylko potęguje sluszcznosc decyzji o odejściu.

Bo nie wierzę, że to się kiedyś skończy. Że będzie po prostu normalnie. Bez latania pod niebo i Rowów Mariańskich. Tak po prostu, stabilnie. Że amplituda między tymi skrajnymi stanami się wypłaszczy. Że choć zbliże się do Stanów emocjonalnych ludzi zdrowych. Bo to, co się dzieje teraz, wykańcza mnie. Zabija mnie kawałek po kawałku.

I tyle w temacie. Dziękuję za uwagę.

845 – wciąż tu jestem

Wczoraj wszystko miało się skończyć. Definitywnie.

Miodowa whisky on the rocks z niefiltrowanym, a tłoczonym sokiem jabłkowym koiła podniebienie. Miała utulić mnie do śmierci.

Dziś miało po mnie zostać ścierwo wiszące na klamce z zamglonymi oczami, w których sama zgasiłabym blask.

Niestety, alkohol utulił mnie do snu. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Rano obudził mnie ogromny ból głowy, łzy złości na życie, które wciąż trwa oraz poczucie wstydu i winy za te wszystkie rozesłane pożegnania, w tym do terapeuty i psychiatry.

Pragnę ukojenia. Spełnienia obietnicy, jaką daje pasek na szyi, odcinający tlen. Pragnę unicestwienia. Pragnę niebytu. Pragnę…

844 – no i jak mam to zatytułować? Tragedia?

Od jakiegoś tygodnia jestem w dole. Co ja mówię, w Rowie Mariańskim.

Wtorkową sesję w całości poświęciłam śmierci i samobójstwie. Puściły mi wszelkie hamulce. Nie obchodziło mnie, czy pan M. zaraz złapie za telefon i zadzwoni po karetkę, żeby na sygnale zabrali mnie do psychiatryka. Miałam to gdzieś. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.

Niestety, teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spotkań z nim, pan M. wyjechał służbowo na tydzień. Także dzisiejszej sesji nie było, a ja widzę się z nim dopiero we wtorek. Niby mamy odrobić tę dzisiejszą sesję w przyszłym tygodniu. No, ale zobaczymy, jak będzie.

Dwa dni temu niespodziewanie do drzwi zadzwonił listonosz. Polecony. Już miałam jakieś złe przeczucia. Patrzę na kopertę – z Włoch. Czego mogą ode mnie chcieć Włosi po roku od mojej wycieczki tam? Otwieram i co widzę? MANDAT! Po jebanym roku sycylijska policja przypomniała sobie o mnie i przysłała mi mandat za wjechanie na buspas. Byli na tyle wspaniałomyślni, że jeśli opłata nastąpi w ciągu pięciu dni, zapłacę 98 euro, zamiast 200. Także 450 złotych poszło się jebać przez pieprzony buspas, którego nie zauważyłam.

Robiłam kontrolnie test Becka, co sugerował mi kiedyś psychiatra. Wynik? Bagatela 54 punkty i komentarz o ciężkiej depresji. Yupi, normalnie.

Nie mam siły jeść. Nie mam siły pracować. Łykam Lorafen jak cukierki i śpię, ile się da. Budzę się o 4 i nie mogę już zasnąć. Czy wierzę w świetlaną przyszłość? Wierzę w przyszłość na pasku.

Zaczęłam to wszystko analizować. Dlaczego ja, terapeuta i wszyscy dookoła widzimy, jak ogromne poczyniłam postępy, a jeden jedyny Mrówek uważa, że mi się pogarsza. Już to widzę, już to rozumiem – patrzymy na inne kryteria.

Przez te ponad pięć lat terapii zajmowałam się najróżniejszymi kwestiami i naprawdę udało mi się bardzo wiele zrozumieć i przepracować. Ale jeden temat zawsze traktowałam po macoszemu. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie sądziłam, że nim muszę zająć się w szczególności. Chodzi mi o autodestrukcję i tendencje samobójcze. Bo kiedy wracało to samopoczucie, pogadaliśmy o tym, a potem przechodziło i zajmowaliśmy się czymś innym. A to właśnie mojej chęci i przymusowi zabicia się powinniśmy poświęcić najwięcej czasu.

Dlatego Mrówek nie zauważa we mnie zmian. Przymyka oko na te różne kwestie, które udało mi się przepracować. On widzi ogromną skalę mojej niestabilności. Powiedział nawet, że z roku na rok jest coraz gorzej. Gdy przychodzi dobry nastrój, latam pod sufit coraz wyżej, a kiedy odchodzi – spadam coraz niżej. Amplituda tej sinusoidy rośnie w zastraszającym tempie. Okres coraz bardziej się wydłuża. Częstotliwości już nie mierzę w minutach czy godzinach, no… czasem dniach. Teraz to kwestia tygodni, a nawet miesięcy. I biorąc pod uwagę to kryterium – rzeczywiście – pogarsza mi się.

Autoagresja też na dobre zagościła, rozgościła się pod naszym dachem. Łapa cała pocięta i poprzypalana fajkami. Rzygać się chce, jak na nią patrzę. I tak, macie rację, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Terapia nie pomogła, bo nie mogła pomóc. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Chyba panicznie bojąc się, że mogę tak na dobre pokochać życie. I odrzucić samobójstwo jako wyjście awaryjne.

Bezpłatny, 12-tygodniowy trening Family Connections dla rodzin i bliskich osób cierpiących na zaburzenie osobowości z pogranicza

Zapraszamy na bezpłatny 12 tygdniowy trening Family Connections dla rodzin i bliskich osób cierpiących na zaburzenie osobowości z pogranicza (BPD) lub dysregulację emocji.

Ten trening jest dla Bliscy nastolatków
Forma treningu ON-Line bez ograniczeń lokalizacji
Województwo woj. mazowieckie
Nazwa miejscowościON-LINE
Dzień tygodnia treningu poniedziałek                 
Godziny  treningu 18:30 – 20.30
Rozpoczęcie: 26. października 2020
Zapisy: W celu zapisania się na trening proszę skontaktować się z Liderami, wszelkie informacje są podane poniżej.

Informacje o treningu

Ten trening jest dla Bliscy nastolatków
Forma treningu ON-Line bez ograniczeń lokalizacji
Województwo: woj. mazowieckie
Nazwa miejscowości: ON-LINE
Gmina, dzielnica, obszar miasta,  gmina: ON-LINE
Organizator treningu: Elżbieta Wawryniuk, Anna Ślusarczyk
Strona internetowa organizatora treningu: –
Miejsce, w którym odbywa się trening: ON-LINE
Adres : ZOOM
Dzień tygodnia treningu: poniedziałek
Godziny  treningu: 18:30 – 20.30
Planowana data rozpoczęcia treningu: 26. października 2020
Ile tygodni będzie trwał trening? Kiedy odbędzie się ostatni spotkanie? Czy niektóre spotkania nie odbędą się z powodu świąt, długich weekendów?: 12 tygodni. Planowane zakończenie 11.01.2021
Dodatkowe informacje: –

Informacje o zapisach: https://ptdbt.pl/trening-fc-online-start-26-10-2020/

Dodatkowe informacje
Trening jest prowadzony we współpracy z PTDBT w ramach programu Family Connections, a trenerzy wzięli udział w szkoleniu organizowanym przez PTDBT i NEABPD.Program Family Connections ™ (FC ™ ) to bezpłatny program treningów umiejętności dla rodzin i bliskich osób z zaburzeniem osobowości z pogranicza (BPD, borderline), dysregulacją emocji oraz doświadczających kryzysów i uzależnień, oparty na Terapii Dialektyczno-Behawioralnej (DBT). Więcej informacji o programie na stronie: ptdbt.pl/dlarodzin

Link do wydarzenia na FB:

https://fb.me/e/8anLZbsGS

843 – historia lubi się powtarzać…

Jesteśmy pokłóceni. On ogląda serial na Netflixie. A ja?

Ja siedzę w tej samej kuchni, na tym samym krześle, co w 2014 roku. Na tym samym miejscu, z którego pisałam notatki, jak bardzo nie chcę żyć. Przy tym samym stole piję, a jakże, piwo, tylko tym razem inne.

Nie ma we mnie nic. Prócz cierpienia, obijajacego się od wewnętrznej, przerażającej pustki. Nie chcę żyć.

Aż trudno mi uwierzyć, że rano była sesja. To wydaje się tak odległe… Całą przepłakałam. Nie potrafiłam spojrzeć na problemy racjonalnie. Pan M. powiedział, że znów wchodzę w rolę ofiary. Pewnie ma rację. Tylko ten ból, ten cholerny Weltschmerz nie są grane. To nie części roli, a prawdziwe życie.

Chciałabym odejść, zasnąć – teraz, już w tej chwili. Wczorajsze pocięcie się niewiele dało. Wiem, że tylko unicestwienie tego ciała i umysłu pozwoli przejść do wiecznej nicości, w której nie będzie już bólu, nie będzie wypalających oczy łez.

Siedzenie w tym samym miejscu, w którym katowałam siebie i swoje pijane ciało przed psychiatrykiem, sprawia, że wszystkie wspomnienia wracają. Że zastanawiam się, jakby to było nie żyć od tych sześciu lat. Nie napisałabym ani nie wydała żadnej książki. Nie poznałabym pana M. Ale i oszczędziłabym sobie tak niezliczonej ilości cierpienia. Nie potrafię spojrzeć na nic przychylnym okiem. A w mojej głowie wciąż krąży myśl, żeby doczekać do końca maja. Jeszcze te kilka miesięcy. A potem adieu pieprzony świecie.

Mój umysł ułożył sobie plan. Krzyczy mi do ucha, że nie potrafię i nie mogę żyć. Tylko doczekać do końca terapii. Nie robić tego panu M. i nie zabijać się, będąc u niego w terapii. Byle do czerwca. By w końcu móc powiedzieć sobie „dość!”.

842 – lorazepam krąży we krwi

Ciocia jest lekarką. Była dziś w naszym mieście i podrzuciła receptę na Lorafen.

Mrówek, samozwańczy naczelny psychiatra Rzeczpospolitej mnie zdiagnozował. Otóż, wbrew opinii wszystkich psychiatrycznych konowałów, u których byłam, mam ChAD. Ostatnio byłam w manii, bo mam dość mieszkania w zaniedbanej melinie i kupiłam karnisze, firanki i zasłonki do jednego pokoju. I jeszcze kilka kwiatków. Aa, no i latałam pod sufit. I energii miałam zbyt dużo.

A dziś przyszło gorsze samopoczucie. W moich standardach kwalifikujące się do wzięcia lorazepamu. A więc w jego oczach jest równia pochyła i tylko patrzeć, jak ucieknę na wakacje do psychiatryka. No tak, skończyła mi się przecież mania według jego własnego oka.

Pięć miligramów lorazepamu krąży we krwi. Krąży i krąży, jak po spirali. Coraz niżej i niżej… Ciągnąc mnie ze sobą – w dół. I już tylko myśli o autoagresji i autodestrukcji.

I przekonanie, że od czerwca nie dam sobie rady sama. Że po zakończeniu terapii nie poradzę sobie i się zabiję. I już nawet nie jest tak, że chcę walczyć i nie chcę umierać. Nie. Po prostu. Nie chcę czuć tego dojmującego cierpienia. I nienawiści. Do siebie. Do świata. Do życia…

841 – energiczny smutek

Ostatni czas owocował przeważnie dobrym, acz bardzo niestabilnym, nastrojem. Towarzyszyła mi sinusoida o dużej amplitudzie. Za to siła i energia – rozsadzały od środka. Mało śpię, wstaję o świcie i od razu siadam do pracy. Zawodowe programy zamykam po ośmiu godzinach. Odkąd mam działalność, nigdy tyle nie pracowałam.

Nasiloną niestabilność emocjonalną trzymałam na smyczy. Naprawdę, dawało się ogarnąć te wahania. Fakt, że w jednej chwili byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, a minutę później łzy były dowodem na to, jak bardzo cierpię. Ale nie poddawałam się temu, nie brnęłam w to, nie pozwalałam sobie na zagrzebanie się w smutku i rozpaczy.

Aż do dziś. Z każdą godziną jest coraz gorzej. A ja mam wrażenie, że nie mam siły z tym walczyć. Zrezygnowana sięgnęłam do szuflady, by wziąć Lorafen. I co? Niemiła niespodzianka. Mrówek wyjadł blister do końca i zostawił puste opakowanie. I chuj, za przeproszeniem. Zostałam bez leku doraźnego…

Trening umiejętności DBT online

Zapraszamy wszystkie osoby wysoko wrażliwe, cierpiące z powodu zaburzenia osobowości Borderline lub pokrewnych problemów na pełny cykl treningu umiejętności DBT – w całości online. Trening będzie syntetycznym zebraniem wszystkich modułów:
– umiejętności ogólnych (analiza własnego zachowania)
– umiejętności związanych z uważnością (Mindfulness)
– tolerancji dolegliwości psychicznych (przetrwanie kryzysów bez ich pogarszania)
– regulacja emocji
– skuteczność interpersonalna.

Dla osób, które uczestniczyły uprzednio w niektórych modułach istnieje możliwość dołączenia tylko na jeden moduł. Zapisy i szczegółowe informacje:

alicja@poznawczo.pl
katarzyna.z@poznawczo.pl

lub pod numerem telefonu: 791 239 832

Warunkiem dołączenia do grupy jest kwalifikacja przez jedną z prowadzących oraz wpłacenie zaliczki w wysokości 100 zł (cena jednych zajęć) na poniższy numer konta:
Noesis Alicja Baranek
Zwycięstwa 56/6
44-100 Gliwice
06 1050 1588 1000 0090 7679 1970
Tytułem: trening DBT online, imię i nazwisko.
Pozostałe płatności można wykonywać za dany miesiąc z góry. (400 zł – 4 zajęcia po 2h każde).
Cały trening obejmuje 16 spotkań.
Koszt całego treningu umiejętności od października do lutego to 1600 zł.
Dla osób zdecydowanych na płatność z góry proponujemy solidny rabat w wysokości 320 zł.
Cały trening kosztować będzie wówczas tylko 1280 zł.
Koszt jednych zajęć przy jednorazowej wpłacie to 80 zł.

Informacje o prowadzących:

mgr Alicja Baranek – psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna (numer certyfikatu 463), terapeutka DBT po całościowym szkoleniu w B-tech (filia szkoleniowa Marsha Linehann Institute). Specjalizuje się w terapiach cbt tzw. 3 fali, szczególnie terapii zaburzeń osobowości z pogranicza, wykorzystując Terapię Schematów oraz DBT. Od ponad 2 lat nieprzerwanie prowadzi treningi umiejętności dla osób z diagnozą Borderline i pokrewnych. Należy do Polskiego Towarzystwa DBT i Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczych i Behawioralnych. Prowadzi szkolenia dokształcające dla terapeutów z tematyki DBT.
Współprowadzi ośrodek Poznawczo.pl
W wolnym czasie praktykuje jogę i wspinaczkę skałkową. Ma męża i dwoje dzieci, na których stara się praktykować wszystkie umiejętności związane z odpornością psychiczną.

mgr Katarzyna Ziółek-Jura – psycholog, w trakcie edkacji w 4-letniej szkole psychoterapii poznawczo-behawioralnej SWPS. Członkini PTTPB i PTDBT. Uczestniczy w zespole samokształceniowo-konsultacyjnym DBT. Spefjalizuje się w pracy z dziećmi i młodzieżą z zaburzeniami rozwojowymi. Prowadzi zajęcia psychoedkacyjne dla młodzieży i seniorów z Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Link do wydarzenia na FB:
» Trening umiejętności DBT online «