844 – no i jak mam to zatytułować? Tragedia?

Od jakiegoś tygodnia jestem w dole. Co ja mówię, w Rowie Mariańskim.

Wtorkową sesję w całości poświęciłam śmierci i samobójstwie. Puściły mi wszelkie hamulce. Nie obchodziło mnie, czy pan M. zaraz złapie za telefon i zadzwoni po karetkę, żeby na sygnale zabrali mnie do psychiatryka. Miałam to gdzieś. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.

Niestety, teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spotkań z nim, pan M. wyjechał służbowo na tydzień. Także dzisiejszej sesji nie było, a ja widzę się z nim dopiero we wtorek. Niby mamy odrobić tę dzisiejszą sesję w przyszłym tygodniu. No, ale zobaczymy, jak będzie.

Dwa dni temu niespodziewanie do drzwi zadzwonił listonosz. Polecony. Już miałam jakieś złe przeczucia. Patrzę na kopertę – z Włoch. Czego mogą ode mnie chcieć Włosi po roku od mojej wycieczki tam? Otwieram i co widzę? MANDAT! Po jebanym roku sycylijska policja przypomniała sobie o mnie i przysłała mi mandat za wjechanie na buspas. Byli na tyle wspaniałomyślni, że jeśli opłata nastąpi w ciągu pięciu dni, zapłacę 98 euro, zamiast 200. Także 450 złotych poszło się jebać przez pieprzony buspas, którego nie zauważyłam.

Robiłam kontrolnie test Becka, co sugerował mi kiedyś psychiatra. Wynik? Bagatela 54 punkty i komentarz o ciężkiej depresji. Yupi, normalnie.

Nie mam siły jeść. Nie mam siły pracować. Łykam Lorafen jak cukierki i śpię, ile się da. Budzę się o 4 i nie mogę już zasnąć. Czy wierzę w świetlaną przyszłość? Wierzę w przyszłość na pasku.

Zaczęłam to wszystko analizować. Dlaczego ja, terapeuta i wszyscy dookoła widzimy, jak ogromne poczyniłam postępy, a jeden jedyny Mrówek uważa, że mi się pogarsza. Już to widzę, już to rozumiem – patrzymy na inne kryteria.

Przez te ponad pięć lat terapii zajmowałam się najróżniejszymi kwestiami i naprawdę udało mi się bardzo wiele zrozumieć i przepracować. Ale jeden temat zawsze traktowałam po macoszemu. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie sądziłam, że nim muszę zająć się w szczególności. Chodzi mi o autodestrukcję i tendencje samobójcze. Bo kiedy wracało to samopoczucie, pogadaliśmy o tym, a potem przechodziło i zajmowaliśmy się czymś innym. A to właśnie mojej chęci i przymusowi zabicia się powinniśmy poświęcić najwięcej czasu.

Dlatego Mrówek nie zauważa we mnie zmian. Przymyka oko na te różne kwestie, które udało mi się przepracować. On widzi ogromną skalę mojej niestabilności. Powiedział nawet, że z roku na rok jest coraz gorzej. Gdy przychodzi dobry nastrój, latam pod sufit coraz wyżej, a kiedy odchodzi – spadam coraz niżej. Amplituda tej sinusoidy rośnie w zastraszającym tempie. Okres coraz bardziej się wydłuża. Częstotliwości już nie mierzę w minutach czy godzinach, no… czasem dniach. Teraz to kwestia tygodni, a nawet miesięcy. I biorąc pod uwagę to kryterium – rzeczywiście – pogarsza mi się.

Autoagresja też na dobre zagościła, rozgościła się pod naszym dachem. Łapa cała pocięta i poprzypalana fajkami. Rzygać się chce, jak na nią patrzę. I tak, macie rację, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Terapia nie pomogła, bo nie mogła pomóc. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Chyba panicznie bojąc się, że mogę tak na dobre pokochać życie. I odrzucić samobójstwo jako wyjście awaryjne.

667 Ogółem 3 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.