849 – terapia borderline: wstrząśnięta, ale czy nie zmieszana?

Siedzę i płaczę nad sobą. Nad tym, co chciałam zrobić. To była bardzo trudna sesja.

Po wyjściu z gabinetu musiałam przysiąść na ławce przed klatką. Było mi tak ciężko i byłam tak wstrząśnięta, że musiałam zapalić fajkę i posiedzieć kilkanaście minut, by w ogóle dać radę dojść do domu. A co mnie tak rozwaliło?

Gdy usiadłam na fotelu, pan M. zapytał, co się ze mną działo od ostatniej sesji. Nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa, więc po prostu powiedziałam, że naprawdę niewiele brakowało, żebyśmy się już nie spotkali. Po tym wyznaniu dosłownie odjęło mi mowę. W jednej chwili otoczył mnie mur tak gruby i wysoki, że nie potrafiłam nic więcej z siebie wydusić.
– Buduje pani napięcie? – Zapytał.
Pokręciłam głową, wciąż nie mogąc wydać z siebie głosu.
– To co pani robi? – Jego poważny ton sprawił, że poczułam się jak dziecko, które nie tyle coś przeskrobało, co zrobiło coś naprawdę niebezpiecznego i okropnego. Chciałam, naprawdę chciałam mówić, ale minęła jeszcze dobra chwila, nim przerwałam milczenie.
– W sumie uratowało mnie chyba to, że wypiłam dużo whisky i zasnęłam. Bo czekałam tylko aż Mrówek pójdzie spać…
– I jak pani to rozumie?
Po ciężkim westchnięciu przyznałam, że boję się o własne życie.
– A o życie bliskich się pani nie boi? – Terapeuta zupełnie zbił mnie z tropu tym pytaniem. No i się zaczęło… Kilkadziesiąt minut analizy mojego niedoszłego powieszenia się.

Temat samobójstwa przewija się na sesjach od lat. Ale pierwszy raz pan M. powiedział coś, co mnie naprawdę zdziwiło i jednocześnie mną wstrząsnęło. Otóż według niego, motywacją do zabicia się, jest ogromna ilość złości i agresji skierowanej przeciw ojcu. Zauważył, że żadna moja bliska relacja nie zmieniła się tak bardzo pozytywnie, jak ta z tatą.
– Wyobraża sobie pani, że mogłaby bardziej skrzywdzić ojca niż odbierając mu córkę? Jak by się wtedy czuł? Załamałby się, że nie uratował, nie ocalił swojego dziecka czy dlatego, że miałby poczucie winy? Potrafi sobie pani wyobrazić, jak wielkie brzemię dźwigałby do końca życia? Jak bardzo by cierpiał? – Jego pytania wydawały mi się wtedy bezlitosne. Wiedziałam, że mnie nie oszczędza i dobitnie chce mi pokazać, jak tragiczne konsekwencje miałaby moja śmierć. Z każdym pytaniem czułam się ciężej i byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Chciałam, żeby już przestał. A on wciąż analizował tę sytuację, do bólu.

Dawno nie czułam tylu emocji na raz. Takiego chaosu. Mętliku – jak to nazwałam.
– Co to za mętlik? – Ciągnął mnie niestrudzenie za język, nie dając chwili wytchnienia. Wystarczyła chwila bez odpowiedzi, by podszedł mnie od innej strony. – Co się wyłania z tego mętliku?
– Najbardziej przerażenie, poczucie winy i porażki – powiedziałam zgodnie z tym, co czułam w tamtej chwili.

Podczas całej sesji nie uroniłam ani jednej łzy. Ani przez sekundę nie zapiekły mnie oczy, zapowiadając płacz. Ale coś we mnie, w środku, płakało, wyło z bólu, przerażenia i wstrząśnięcia.

1027 Ogółem 1 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.