850 – terapia borderline: przepoczwarzenie

Ciężar i trud wczorajszej sesji się opłacił. Przepoczwarzył się dziś w dobry nastrój, poczucie lekkości i zadowolenia z siebie. A do tego zaowocował. Czym, zapytacie?

Do tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, o czym rozmawialiśmy. Ale dzięki temu doszłam do trzech, bardzo ważnych dla mnie wniosków. Wszystkie dotyczą ojca. Podejrzewałam, że złe relacje z nim miały duży wpływ na moje zaburzenie, ale nie sądziłam, że to wszystko się tak łączy, a według mnie wszystko złożyło się w całość, stało się jasne i przejrzyste.
Autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze, nieszczęśliwa, trwająca ponad pół życia miłość do Marka, lęk przed bliskością, opuszczeniem… to wszystko ma swoje korzenie w tej właśnie nieszczęsnej relacji.
Dziś czuję się jak olśniona i wprost nie mogę uwierzyć, że wcześniej tego nie dostrzegałam!

I – lęk przed ojcem
Wiele razy pisałam o tym, że w relacji z ojcem czuję duży lęk. Że boję się go panicznie jak diabeł święconej wody. Nie był to strach, że mi coś zrobi, a właśnie lęk – paradoksalny, racjonalnie nie mający podstaw do bytu. A jednak.
Wczoraj uświadomiłam sobie, że cały ten lęk tak naprawdę związany jest z lękiem przed opuszczeniem, odtrąceniem, krytyką i odebraniem miłości.
Ojciec mnie kocha od dnia moich narodzin. Jednak w dzieciństwie, a szczególnie w okresie dorastania, był niedostępny emocjonalnie, zablokowany. Często mnie krytykował, a robił to w sposób agresywny i, niejednokrotnie, okrutny. W swoich oczach musiałam być idealna, by zasłużyć na jego miłość i nie zostać opuszczona. A to wpływało na istnienie lęku przed nim. Podświadomie bałam się, że, gdy zrobię coś nie tak, spotkam się z dezaprobatą z jego strony lub krytyką czy odrzuceniem wyrażonymi wprost, co z kolei przeżywałabym, jako kolejną stratę – ponowną utratę jego miłości i bliskości. To dlatego w jego obecności byłam wiecznie spięta, bałam się wygłaszać poglądy, sprzeciwiać się mu, czułam się jak na wiecznym cenzurowanym. Wiecznie oczekiwałam w napięciu na to, kiedy znów doświadczę z jego strony emocjonalnego opuszczenia.

II – koniec terapii uruchomił lęk przed utratą miłości ojca
Pan M. uważa, że ten silny kryzys sprzed paru dni i ta determinacja, by odebrać sobie życie mogły mieć swoje źródło w wizji zakończenia terapii. Natomiast mnie po pierwszym wniosku nasunął mi się drugi. Pan M. ma rację – myśli samobójcze i nasilone akty autoagresji to agresja do ojca skierowana przeciw sobie. A ich wyzwalaczem był lęk przed opuszczeniem spowodowany kończeniem terapii. Jak to się łączy? Ano bardzo prosto.
Fakt, że mamy z terapeutą ustalony termin ostatecznego rozstania uruchamia we mnie lęk przed opuszczeniem i utratą tej relacji. Po drugie, moja relacja z panem M. to, jak zauważałam wielokrotnie, praktycznie jedno wielkie przeniesienie relacji z ojcem. W swoim wewnętrznym świecie przeżywam terapeutę jako ojca, który w końcu jest emocjonalnie dostępny, nieopuszczający, nieodrzucający, wspierający i tak dalej. W momencie, gdy odezwał się we mnie lęk przed rozstaniem z terapeutą, pobudził on lęk przed utratą miłości i bliskości ojca. To z kolei spowodowało ogromną falę agresji i złości do ojca, ale nie potrafiąc jej przyjąć i przeżyć, skierowałam ją przeciw sobie. Podświadomie zaatakowałam w ten sposób ojca, co realizowało się w pragnieniu popełnienia samobójstwa, czyli ukaraniu ojca w sposób najbardziej dotkliwy – odebraniem mu jedynego dziecka, ukochanej córki.
Przecież to takie oczywiste!

III – miłość do Marka jako odtworzenie/przeniesienie relacji z ojcem
Natomiast dziś, do dwóch poprzednich, dołączył trzeci wniosek, który odkrył przede mną tajemnicę trwającej już osiemnaście lat nieszczęśliwej i niespełnionej miłości do Marka, której trzymałam się kurczowo i nie potrafiłam puścić. Trwała ona mimo niezaprzeczalnej miłości do Mrówka i faktu, że to właśnie jego wybrałam na życiowego partnera i nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie być razem.
Marka pokochałam od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam. Początkowo był to etap zakochania i wyczekiwania na coś więcej niż przyjaźń, która nas łączyła. Powiedział mi jednak wprost, że nic z tego nie będzie i nigdy nie będziemy razem. Ale mnie to nie przeszkadzało w cierpieniu z miłości. Obsesyjnie podsycałam to uczucie, nie pozwalałam temu płomieniowi zgasnąć. Marek, mimo upływu lat i braku kontaktu, funkcjonował w moim wewnętrznym świecie. Według terapeuty jego obraz i to uczucie ucieleśniało moje pragnienie platonicznej miłości, którą mógłby zniszczyć erotyzm. Zastanawiałam się wtedy, dlaczego tak ważnym elementem jest ta platoniczność i brak jakiegokolwiek seksualnego pożądania. Było to dla mnie niezrozumiałe. Aż do dzisiaj.
Jak grom z jasnego nieba wykiełkowała we mnie myśl, że to uczucie było tak naprawdę przeniesieniem lub odtworzeniem relacji z ojcem. Wszystko złożyło się w prostą układankę. Marek, mimo przyjaźni, emocjonalnie trzymał mnie na dystans, był niedostępny dla mnie, nieosiągalny i to miało się nigdy nie zmienić. A ja wciąż byłam tak głodna jego miłości. Tak jej pragnęłam i potrzebowałam, że, aby móc funkcjonować, wyobrażałam ją sobie, fantazjowałam o niej. Czyż to nie jest kopia relacji z ojcem, którego miłość, w swoich oczach, często traciłam, byłam jej głodna i wiecznie bałam się jej utraty? Z tej perspektywy fakt, że pragnęłam by ta miłość była platoniczna, jest oczywisty.

Jakie to wszystko jest, za przeproszeniem, kurewsko zagmatwane i popierdolone. Zaburzona relacja z ojcem wywróciła do góry nogami i zdeterminowała całe moje dotychczasowe życie. Z kolei nasza relacja była taka, jak podejrzewam, dlatego, że ojciec miał niedostępną emocjonalnie i apodyktyczną matkę. Ona z kolei pewnie też miała takiego rodzica lub rodziców, ale sięgamy w tym już do innych czasów i zupełnie innej mentalności. I tak ciągnęły się przez pokolenia te patologiczne relacje rodzinne, aż ich kumulacja doszła do mnie i tak mocno zaburzyła mój rozwój, że wyszła z tego nieźle pocharatana osobowość. Jak to określił pan M., mroczniejsza wersja dr Jeklly’a i mr Hyde’a, bo tamten przypadek, w porównaniu z moim, był lajtowy, hehe.

Już nie mogę się doczekać piątkowej sesji i chwili, gdy opowiem panu M. o swoich przemyśleniach. Ciekawa jestem, czy on myśli podobnie.

I znów wychodzi na to, że z czegoś złego wyszło coś dobrego. Może ten silny kryzys był mi potrzebny? Może te, jak to odebrałam, surowość, ostrość i powaga terapeuty, pomogły mi dostrzec to, co miałam cały czas przed nosem? Może moje życie musiało po raz kolejny zawisnąć na włosku, żebym w końcu zrozumiała, dlaczego sama mu wiecznie zagrażam?


Jakby to wielu powiedziało: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

937 Ogółem 1 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.