851 – jak na promie do Neapolu

Od wczoraj znów jest źle. Wszechogarniający smutek i rezygnacja. Nie chce mi się nic i na nic nie mam siły.

Jest parę minut po dziewiątej, a ja od dwóch godzin siedzę na kanapie, popijam już drugą kawę i tępo gapię się w okno. Nie potrafię się do niczego zmobilizować. Jedyne, co zrobiłam, to nastawiłam rosół dla Mrówka, żeby był gotowy, jak wstanie. Oprócz tego nic. Leży koło mnie wydruk Granic obłędu, ale nie przeczytałam ani słowa. A żeby napisać tę notatkę, musiałam wznieść się na wyżyny samozaparcia.

Mój nastrój faluje – góra, dół, jeszcze większa góra, rów Mariański. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Na ostatniej sesji pan M. powiedział, że prawie wcale nie mówię o swoich górkach, jakbym się bała, że może mi je odebrać.
– Nie mówię , bo one nie są problemem – odpowiedziałam.
– A ja myślę, że właśnie są dużym problemem i bezpośrednio wpływają na pani kryzysy. Kiedy czuje się pani dobrze, wierzy pani, że ma ogromną moc, ale kiedy okazuje się, że jej pani nie ma, staje się to nie do zniesienia do tego stopnia, że chce się pani zabić.
Hmm… może i ma rację. Postanowiłam, że będę więcej mówić o swoim hurraoptymizmie na terapii.

Rozmawiałam również z psychiatrą na temat rewizji diagnozy depresji nawracającej. Opisałam swoje górki i wahania nastrojów w sześciu i pół tysiącu znaków. Wyszły mi prawie dwie strony A4. Po zapoznaniu się z tą ścianą tekstu, lekarz zadzwonił, by rozwiać moje wątpliwości. Otóż, według niego, mimo dużego podobieństwa, nie jest to ChAD. A na pewno, nie typowy. Gdybym miała typowy ChAD, na zestawie leków, które biorę, po dwóch tygodniach wylądowałabym w psychiatryku z silną manią.
Według mojego psychiatry są to silne dekompensacje w przebiegu zaburzeń osobowości.

Tak czy inaczej, mam dość. Moje życie do złudzenia przypomina naszą podróż promem z Palermo do Neapolu. Nie sprawdziliśmy pogodny i okazało się, że nad Włochami tamtego dnia przechodził silny front, który przyniósł ze sobą ogromny sztorm. Wiał porywisty wiatr, morze było bardzo wzburzone i fale tak ogromne, a w konsekwencji promem bujało tak bardzo, że nawet załoga miała problemy z utrzymaniem równowagi. Restauracja i kawiarnia zostały zamknięte ze względów bezpieczeństwa. Jedynie bar pozostał otwarty, ale każdy musiał trzymać swoją szklankę w ręce, gdyż nie było najmniejszej szansy, by cokolwiek utrzymało się na stolikach i ladzie. Barman pozamykał wszystko, co się dało, bo naczynia co chwilę zjeżdżały z trzaskiem tłuczonego szkła na podłogę. I tak, właśnie tak wygląda moje życie. Chwila nieuwagi i wchodzą duże straty.

Morze uspokoiło się dopiero, gdy dopływaliśmy już do wybrzeży Neapolu. Nie chcę tak. Nie chcę zakończenia tego sztormu dopiero przed śmiercią. Pragnę spokoju, gładkiej tafli wody. I życia bez obaw, w którą stronę rzuci mnie tym razem i co się stanie za chwilę.

1629 Ogółem 1 Dziś

3 myśli w temacie “851 – jak na promie do Neapolu

  1. nie mnie wydawać wyroki w tej sprawie, ale z własnego doświadczenia: na zwiększoną amplitudę huśtawki mogą poważnie wpływać przyjmowane leki. u mnie tak było z np. wenlafaksyną – krótkoterminowo pomagała, długoterminowo zaostrzała jedne i drugie stany. dopiero odstawienie leków uświadomiło mi, jak bardzo zmieniały one siłę moich górek i (w konsekwencji) dołków.

    !!!!!! nie namawiam oczywiście do tego żeby rzucić leki w pizdu (u mnie był to proces, wieloletni i bardzo bolesny, o obserwowanej zmianie (mniejszych górkach, a nawet jeśli są, to bez dalszego nakręcania się w nich, niestety nie mogę powiedzieć o ustąpieniu stanów depresyjnych) mogę mówić dwa lata po pierwszym odstawieniu (przy stopniowym, baaaardzo powolnym odstawianiu i potem powrocie na jakiś czas, ciągle na minimalnej dawce stabilizatora), ale może warto zapytać psychiatrę, czy naprawdę każdy składnik koktajlu jest niezbędny i czy dawek nie warto by zmniejszyć, albo pozostać na większych dawkach ale jednego leku bardziej niż np. trzech różnych?

      • eh, to w sumie chyba cofam 🙁 jakoś został mi w głowie chyba twój zestaw sprzed paru lat. szczerze podziwiam, że przez te wszystkie lata nie zwątpiłaś w farmakologię.

        jeszcze do treści posta: nie sądzę, żeby dało się rozróżnić między dekompensacjami w borderline i objawami spektrum chad (w tym chadem polekowym, albo bezremisyjnym przebiegiem z bardzo szybką zmianą faz, no i tym wszystkim co jest upchnięte w numerek bipolar:other non specified). Ale nie dlatego, że masz złego/niedokładnego lekarza, tylko dlatego, że te kategorie diagnostyczne są zwyczajnie nieostre (nakładają się na siebie). To niestety bardziej kwestia światopoglądu psychiatry niż możliwości realnej diagnozy różnicowej.

        Pytanie w sumie chyba istotne, to jakie nadzieje wiązałaś/wiązałabyś z ew. rewizją diagnozy. Na lepszą/inną farmakologię? lepsze rozumienie siebie? obniżenie oczekiwań związanych z możliwymi efektami psychoterapii?

        szczerze, to rozważyłabym bardzo serio trening DBT jako uzupełnienie / poszerzenie narzędzi do radzenia sobie z huśtawą. no i chyba ważne jest to, co sugeruje pan M, czyli przyjrzenie się górkom i ich funkcjom, a nie tylko tym dołom. no ale to trudne.

        to co napisałam, to tak bardziej technicznie, ogólnie to po prostu bardzo współczuję, bo znam ten stan i uważam że jest zwyczajnie okropny. sama jestem na granicy wytrzymałości i pełna zwątpienia. dziękuję za wpisy na blogu i całą twoją pisarską działalność. mam nadzieję, że tymi komentarzami niczego nie naruszam/nie urażam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.