855 – terapia borderline: ten piątek trzynastego, gdy nawet terapeuta jest bezradny wobec twojego stanu

Nie, nie jestem przesądna. Piątek trzynastego może być tak samo dobry jak każdy inny dzień. I nie, ten zdecydowanie dobry nie jest.

Obudziłam się o piątej i, nie mogąc już zasnąć, wstałam. Zrobiłam sobie kawę i łyknęłam leki. Pół godziny później piąta dawka wortioksetyny wyprowadziła mdłości na taki poziom, że heftałam jak kot. Do tego dojmujące poczucie, że znów jestem tą zagubioną, zdezorientowaną sześciolatką z ponad czterdziestostopniową gorączką, zabraną rodzicom, usadzoną na wózku inwalidzkim i zawiezioną na oddział szpitala dziecięcego. Tak bardzo przerażoną i biorącą niemal za pewnik, że umrze, odkąd od swojej zaniepokojonej pediatry usłyszała słowa skierowane do rodziców:
– Niepotrzebnie przyjeżdżali państwo do przychodni, proszę jechać prosto do szpitala.
I ten ojciec łamiący po drodze chyba wszystkie przepisy, zatrzymujący samochód na zakazie. Czyjś głos, że tam nie można parkować. I jego pełna paniki odpowiedź, żeby spojrzał, w jakim jestem stanie. A ja? Na wpół przytomna, lecąca przez jego silne ręce.
– Czy kiedyś pani o tym pisała? – Zapytał pan M., przerywając moją opowieść.
– Nie pamiętam, pewnie tak – odrzekłam i z wielkim trudem wypowiadałam kolejne zdania.
– Bałam się, że umrę. Ale najgorsze było to, że byłam sama. Mama nie mogła mnie odwiedzać, bo złapała jakąś wirusówkę. Przychodziła pod szpital i machała mi. Ale przez szpitalne okno na drugim czy trzecim piętrze wydawała się taka mała…
– W dzisiejszych czasach to nie do pomyślenia – rzekł terapeuta.
– Można było mnie odwiedzać, ale mama była chora. Czasem była ciocia, przynosiła mi domowe obiady.
– No, właśnie, odwiedzać – wtrącił pan M. – A przecież teraz rodzice mogą być z dziećmi cały czas. Dostawia im się łóżka. Oczywiście pomijam tę pandemię. Dla dziecka niezwykle istotna jest obecność rodziców. Przede wszystkim mamy – mówił, a ja czułam, że mnie rozumie. Że czuje ten ból, rozumie cierpienie i przerażenie kilkuletniego dziecka pozbawionego kontaktu z rodzicami.
– A potem, wspaniała pamiątka po tym zapaleniu opon mózgowych. Trwające wiele lat, chroniczne bóle głowy. Tak silne, że wymiotowałam i niemal traciłam przytomność. I nic, absolutnie nic nie pomagało. Mama w desperacji chciała mnie zgłosić do jakiegoś eksperymentalnego programu naukowego, badającego możliwości leczenia takich schorzeń. Miało to polegać na nagrywaniu fal mózgowych, ich obróbce przez specjalistów i odtwarzaniu tego pacjentowi. Żeby „nastroić” mózg. Ale z jakichś względów mnie nie przyjęli, nie spełniłam jakiegoś kryterium. Wszyscy byli bezradni i rozkładali ręce.
– No, właśnie… tak samo, jak bezradny jestem ja w stosunku do pani stanu… – rzekł terapeuta, a ja tak dobitnie poczułam tę bezradność w jego głosie. Nawet on nie potrafi mi pomóc i otwarcie o tym powiedział…

686 Ogółem 30 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.