857 – nagość sześciolatki

Odkąd opowiedziałam panu M. o zapaleniu opon mózgowych, które przeszłam w dzieciństwie i hospitalizacji z nim związanej, nie mogę przestać o tym myśleć.

Od soboty towarzyszy mi ogromne wzruszenie. Co chwilę chce mi się płakać lub wręcz łzy stają w oczach. Powiedziałam o tym terapeucie na wtorkowej sesji.
– Potrafię się wzruszyć nawet na reklamie! – Żaliłam się panu M.
– Na reklamie czego? – Zainteresował się.
– No, kurwa, żadnej konkretnej. Jeszcze, żeby była rzeczywiście jakaś wzruszająca. Ale to się dzieje nawet na spocie proszku do prania! – Odpowiedziałam żywo i z pewnym oburzeniem, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Moja przyjaciółka B. zasugerowała, że być może to wzruszenie związane jest z faktem, że pan M. empatycznie towarzyszył mi podczas opowiadania o tamtej hospitalizacji, fakcie, że byłam tam sama, bez wsparcia rodziców. Że był obecny i wykazał zrozumienie, a ja niejako dodałam tę jego obecność do swojego wspomnienia, które charakteryzowało się ogromną samotnością. I teraz wzrusza mnie to, że emocjonalnie nie jestem już sama w tej szpitalnej sali. Może ma rację?

Ale ja nie chciałam o tym. Coś mi się przypomniało. Coś bolesnego z tamtego okresu.
Mimo że miałam sześć lat, mocno rozwinięte były we mnie poczucie wstydu i potrzeba prywatności. To był początek lat dziewięćdziesiątych, bodajże rok dziewięćdziesiąty trzeci, jak dobrze liczę. Inne czasy…

Jak dziś, pamiętam to traumatyczne przeżycie. Kąpiel, a raczej prysznic w brodziku. Pielęgniarki zagoniły wszystkie dzieci z mojej sali do łazienki (która, tak na marginesie, nie miała drzwi i idąc do toalety nie miało się ani odrobiny prywatności). Kazały się nam wszystkim rozebrać, rzuciły piżamy na stos i ustawiły w rządku. Każde dziecko było przez nie po kolei myte. Tak, na oczach pozostałych. Pamiętam, że chciałam stamtąd uciec. Nagość moja i moich towarzyszy niedoli bardzo mnie krępowała. Był we mnie bunt, niezgoda na takie traktowanie. Kiedy przyszła moja kolej, stałam bezwolnie w tym brodziku, ze łzami w oczach. Czułam ręce pielęgniarek na całym ciele i wpatrzone we mnie jakieś dziesięć par dziecięcych oczu. To było tak upokarzające… Chciałam krzyczeć „mamo, pomóż! Mamo, zabierz mnie stąd!” ale nie było do kogo. Nikt nie słyszał mojej wewnętrznej rozpaczy, poczucia odarcia z godności, prywatności i intymności. Byłam przerażona, zrozpaczona, zawstydzona do szpiku kości. I byłam z tym wszystkim SAMA.

819 Ogółem 2 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.