868 – przygotowania

Od rana pisanie. Guru brakuje jakiejś jednej czwartej strony do dwudziestu stron. Ma ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy znaków, co daje blisko pięćdziesiąt stron wydanej książki. Niby mało, ale biorąc pod uwagę, że przed świętami tekst był o połowę krótszy, jestem zadowolona.

Przed chwilą moje zmysły pobudziła cudowna kąpiel z pianą o zapachu czekoladowej trufli. Mrrr! Zrelaksowałam się. Tego było mi trzeba!

Teraz przymierzam się do przygotowań do pierwszego z dwóch wywiadów. Tematem jest pisanie. Otworzyłam plik i próbuję odpowiadać na pytania. Nie jest to proste, gdyż myślami jestem w świecie przedstawionym tworzonego właśnie thrillera. No, ale cóż, nie samym pisarstwem człowiek żyje!

Już teraz Was zapraszam na live we wtorek 5.01.2021 o godzinie 19:00 na facebookowy profil ROLuj Wykluczenie. Będę gościem Agnieszki Parol i opowiem o sobie oraz zaburzeniu osobowości z pogranicza.

Link do wydarzenia na FB: Parol zagięta / Ile jest siebie w sobie?

Dlaczego ten urlop mija tak szybko?! Nie mam na nic czasu! Całymi dniami siedzę przed laptopem i tak, jestem już pewna, że chciałabym utrzymywać się z pisania. Całe dnie spędzać w rzeczywistościach z pisanych przez siebie książek.

867 – poświąteczne pisanie

Święta, Święta i po Świętach, jak to mówią. Minęły mi spokojnie i leniwie. Dobre jedzenie, sporo spania, oglądanie filmów i seriali, pisanie i czytanie. Z Mrówkiem zgoda.

Wzięło mnie na pisanie. Od niedzieli plik „Guru” powiększył się o siedem stron A4 na komputerze. Bo robię eksperyment i piszę od razu na laptopie, pomijając etap pisania odręcznego.

Czytam też „Dzieci psychiatryka” Sary Romskiej i, nie powiem, ta lektura przyda mi się przy pisaniu najnowszej powieści.

Muszę się przygotować do wywiadów, ale na razie nie mogę się oderwać od „Guru”.

Od dwóch miesięcy jestem na wortioksetynie. Jednak nie jestem zadowolona. Nastrój mam ledwie neutralny, cały czas chce mi się spać, a przez ponad dwie godziny po połknięciu tabletki (mimo wmuszania w siebie śniadania i popijania dużą ilością wody) mam takie mdłości, że muszę się kłaść z obawy przed wymiotami. Chyba wrócę do sertraliny.

Dostałam również propozycję wydania „Granic obłędu”. Niestety, w wariancie współfinansowania, więc nie wiem, czy się zdecyduję. Cóż, minęły dwa miesiące od rozesłania propozycji wydawniczej, więc może ktoś jeszcze się odezwie…

Rok kończę urlopem i próbą odzyskania równowagi psychicznej. Złość i napięcie rozładowuję na postaciach thrillera.

Marzy mi się kilka dni w Amsterdamie. Albo na Sycylii. Ale co zrobić. Trzeba siedzieć na dupie w domu. I czekać aż to szaleństwo się skończy.

866 – „świątecznie”

No, to pobyło miło i świątecznie. A potem wstał Mrówek…

Chuj, wyjebane, święta odwołane.

I nawet się już nie wściekam. Po prostu jest mi tak cholernie przykro… Wódka na pusty żołądek, rozgrzebane żarcie w kuchni, syf w mieszkaniu. Ale nie zależy mi już na niczym. Kończę pić i idę spać. Przespać ten czas, który miał być wyjątkowy. A jest wyjątkowo przykry. Zawiedzione nadzieje i oczekiwania. I święta jak co roku. Oby się skończyły jak najszybciej.

I pomyśleć, że w tym roku wzięło mnie na świąteczną atmosferę. Że miało być miło, wyjątkowo, ciepło, rodzinnie.

Płaczę i nie potrafię się uspokoić. W jednej chwili z idealnego nastroju wpadłam w rozpacz. Benzo brak. Jedyne, czego chcę, to sobie ulżyć. I naprawdę trudno znaleźć mi argument za tym, żeby nie naruszyć ciągłości skóry.

865 – jakoś… nie mam pomysłu na tytuł

Właśnie czytam „Dzieci psychiatryka” Sary Romskiej. Autorka jest pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży, a w książce opowiada historie młodych ludzi przebywających na oddziałach psychiatrycznych. Jednym z wątków jest również opis zasad funkcjonowania oddziału.

Dochodzę do setnej strony i powiem Wam, że niejednokrotnie w moich oczach stają łzy. Ta opowieść wzrusza i szokuje. Jest wstrząsająca.

Dodatkowo porusza mnie to, że gdyby ktoś z dorosłych wiedział, co się ze mną działo od czternastego roku życia, również mogłam tam trafić. W zasadzie, choć trudno mi to przyznać przed samą sobą, żałuję, że profesjonalną pomoc zaczęłam otrzymywać dopiero mając dwadzieścia siedem lat. Gdyby ktoś zaczął ze mną pracować już wtedy, może nie rozwinęłoby się u mnie borderline? Być może nie przeżyłabym niewyobrażalnej ilości cierpienia, nie targałabym się na swoje życie tyle razy. Nie wypiłabym hektolitrów alkoholu i nie zjadłabym kilogramów leków. Może…

Dzisiejszy dzień obfituje w smutek. Nie rozpacz, a dojmujący smutek właśnie. Wyjątkowo mocno daje się we znaki przymus cięcia. Myśli o żyletce zagościły na dobre w mojej świadomości. Ale nie, nie zamierzam ich realizować.

W poniedziałek w samo południe mam pierwszy z dwóch wywiadów. Dla studentki trzeciego roku dziennikarstwa, która ma przeprowadzić rozmowę z pisarzem na zaliczenie jednego z przedmiotów. Dostałam ponad trzydzieści bardzo ciekawych pytań. Niestety, jeszcze nie zaczęłam się przygotowywać.

Muszę dziś też siąść do pracy zawodowej. Ale od poniedziałku wolne przez tydzień. Oprócz przygotowań do Świąt, mam nadzieję, że uda mi się nadgonić trochę z pisaniem Guru.

We wtorek ostatnia w tym roku sesja i dwa tygodnie przerwy. Może, ze względu na brak spotkań przez tyle czasu, uda mi się poruszyć temat lęku przed utratą relacji z panem M.? Może uda mi się zadać pytanie „dlaczego”? Dlaczego musimy kończyć terapię? Dlaczego musimy ją poświęcać? Dlaczego teraz? Dlaczego, skoro jest jeszcze tyle do zrobienia? Dlaczego uważa, że powinnam iść na behawioralną? Czy ma mnie dość? Jest we mnie tyle wątpliwości, które muszę rozwiać, że aż mnie to przeraża. Ale muszę, muszę to wszystko wyartykułować, bo wybuchnę!

Wracam do czytania.

864 – terapia borderline: lęk przed opuszczeniem

– Poświęcamy terapię, by mogła się pani oswoić z lękiem przed utratą ważnej dla pani, rzeczywistej relacji. Teraz pojawia się w pani lęk przed końcem terapii, ale bez niej sobie pani poradzi. A kiedy straci pani kogoś bliskiego, jak Mrówka czy rodziców, ból będzie naprawdę duży. I będzie musiała go pani przeżyć – powiedział pan M., chwilę wcześniej ponownie wracając do mojej rozpaczliwej wiadomości do niego, w której pisałam o samobójstwie.

Rozmawialiśmy o różnych sprawach. Potem jakoś zeszło na to, że zdarza mi się straszyć Mrówka samobójstwem.

– Oczywiście nieświadomie – stwierdził terapeuta. – A bywało i tak, że posuwała się pani dalej niż strasznie, prawda?
– I to nie raz – dodałam ze smutkiem.
– Ostatni raz odpaliło się to jakieś dwa tygodnie temu, prawda? Kiedy pani do mnie napisała.
Pokiwałam głową.
– Rozmawialiśmy o książkach dotyczących terapii behawioralnej. I co takiego się stało?
– Nie wiem… – odpowiedziałam z rezygnacją. Bardzo chciałam rozmawiać na ten temat, ale nie potrafiłam.
– Nie wie pani? Wtedy pani wiedziała, a teraz przestała?
Cisza.
– Kiedy przestała pani wiedzieć?
Milczenie. Długie milczenie. Układałam sobie w głowie, co chcę powiedzieć, ale byłam sparaliżowana. Nie potrafiłam się odezwać. Zablokowało mnie totalnie.
– Kiedy pani milczy, to tak, jakby dolewała pani oliwy do ognia. Lęk staje się silniejszy. Rozmawiając o nim, o tym, co się z panią dzieje, oswaja go pani.
Tak, rozumiałam to. Ale mimo wszystko…
Po długich minutach spędzonych w ciszy, w końcu udało mi się coś z siebie wydusić.
– Ten lęk pojawia się nie tylko w kontekście samego faktu zakończenia terapii. I nie tylko w odniesieniu do rozmowy o zakończeniu. Paraliżuje mnie on na samą myśl, że mogłabym o tym rozmawiać – wyznałam w końcu z niemałą ulgą, że się odezwałam.
– Właśnie dlatego ustaliliśmy tak odległy termin, żeby miała pani czas, aby się z tym lękiem oswoić. Poświęcamy terapię… – i tak dalej.

Szczerze?
Czuję się koszmarnie. Chce mi się płakać, krzyczeć. Nie chcę tego. Nie chcę niczego poświęcać! Jest we mnie ogromny bunt, a jednocześnie rezygnacja. Chęć ucieczki i rozpaczliwych prób utrzymania tej relacji. Chcę się upić. I pociąć. A najlepiej jedno i drugie. Chcę atakować pana M. i wykrzyczeć mu, że bez niego sobie nie poradzę i będzie winny mojemu samobójstwu. Mam ochotę wysłać kolejną wiadomość, która będzie ociekać desperackimi szantażami. Póki myślę racjonalnie – nie zrobię tego. Boję się jednak, że znów nad sobą nie zapanuję. Że przez lęk zaleje mnie fala przeraźliwych emocji, z którymi nie będę sobie umiała inaczej poradzić.

Jednocześnie jestem na siebie zła i roztkliwiam się nad sobą. Muszę i potrzebuję dogłębnie przepracować ten problem. Ale nie potrafię.

863 – terapia borderline: radzę sobie sama. Czy aby na pewno?

Sama nie wiem, co mam myśleć po dzisiejszej sesji. Udało mi się nareszcie poruszyć temat zakończenia terapii. Powiedziałam panu M., że boję się zostać sama z tym wszystkim. Swoim zaburzeniem. I życiem.
– Ostatni taki duży kryzys, że aż wylądowała pani w szpitalu, był w lutym, prawda?
Przytaknęłam.
– Ale odkąd ustaliliśmy termin końca, nie było tak długo tak bardzo źle – skomentował, a ja miałam ochotę się nie zgodzić, ale jakoś nie mogłam sobie przypomnieć, czy faktycznie były od tego czasu poważne kryzysy.
– Tylko właśnie niebezpiecznie robi się nie podczas długich okresów złego samopoczucia. Mam wrażenie, że najgorzej jest, kiedy pojawia się impuls.
– Ale to nie jest powiedziane, że się pani potnie, jak tylko pojawi się ochota.
Hmm, zdziwił mnie, szczerze mówiąc. Dlaczego wspomniał o cięciu? Przecież ja zupełnie nie to miałam na myśli… Zaczęłam więc wyjaśniać.
– Z tego, co pamiętam, wszystkie moje próby samobójcze były pod wpływem impulsu. Niby nie było źle, a wystarczała jakaś sprzeczka, nieporozumienie – wyjechałam z grubej rury, nakierowując go na odpowiednie tory tej rozmowy. – Boję się, że sobie sama nie poradzę – wyznałam szczerze. Miałam ochotę rozwinąć myśl, opowiedzieć o wszystkich lękach i wątpliwościach. Ale nie potrafiłam. Znów wypowiedziałam krótki komunikat i zamilkłam.
– Ale przecież, na dobrą sprawę, ostatecznie i tak radzi sobie pani sama – powiedział z pełnym przekonaniem. Jestem pewna, że nie miał nic złego na myśli. Że, być może, chciał mi pokazać, że żyję tylko dzięki sobie. A jednak… po tym zdaniu poczułam się, jak kiedyś. Jak wtedy, gdy chodziłam do pierwszej psycholog i mówiłam jej, że sobie z niczym nie radzę. Że nie mam na nic siły. A ona, zupełnie to unieważniając, odpowiadała, że przecież zdałam maturę i dostałam się na studia. Czułam się tak dogłębnie niezrozumiana i zlekceważona. A dziś… odebrałam to, jak powtórkę z rozrywki.
Oczywiście tego nie skomentowałam. Nie odniosłam się do jego słów. Nie ciągnęłam dalej tematu. Nie wyartykułowałam swoich lęków, obaw i pieprzonej niepewności.

Pan M. powiedział też, że proces kończenia terapii ma mnie wzmocnić i upewnić w przekonaniu, że poradzę sobie sama. Szczerze? Nie wierzę, że to się uda.

Nawiązał jeszcze do tej mojej ostatniej wiadomości do niego. Użył przy tym sformułowań „coś tam pani pisała”, „zezłościła się pani na mnie”. A mnie to jakoś tknęło. Poruszyło mnie to, że mówił o tym, jak o czymś mało istotnym. A przecież w tej wiadomości otworzyłam się i odsłoniłam siebie, swoje największe lęki. W głębi duszy chciałam o tym porozmawiać, zanalizować to. Tymczasem zostało to zbagatelizowane.

Jak zwykle jestem na siebie zła. Że w końcu udało mi się poruszyć temat zakończenia terapii, ale go nie pociągnęłam. Liznęłam tylko, nie mówiąc o tym, co naprawdę istotne. Wiem, może to być punkt wyjścia na następnej sesji, ale obawiam się, że nie będę miała po raz drugi odwagi, by o tym wspomnieć.

Czuję się paskudnie. Z jednej strony jestem rozczarowana sobą i robię sobie wyrzuty. Z drugiej strony, ten mit posiadania idealnego terapeuty prysł. Czuję się pozostawiona z tym sama. Mam przed oczami ogromną pustynię, która ciągnie się po horyzont z każdej strony. Stoję pośrodku niej, sama, jak palec. Nie wiem, jak się tam znalazłam. Nie mam przy sobie nic – ani wody, ani jedzenia, ani schronienia przed słońcem i zimnem. Jedyne, co mnie otacza, to pustka, piasek i zagrażające mojemu życiu zwierzęta – skorpiony, węże, pająki. Jestem zupełnie bezradna, bez jakiejkolwiek nadziei na przeżycie. Kładę się, zamykam oczy i czekam na śmierć.

862 – jebać system

Co za dzień. Dziś wszystko mnie tak wkurwia, że mam ochotę przypierdolić każdemu, kogo widzę. Albo wybuchnąć i zalać swoimi rozdupconymi flakami cały świat. Sama nie wiem. Nie mogę się zdecydować.

Przed sesją bardzo się denerwowałam. Spodziewałam się, że Pan M. będzie roztrząsał tę środową wiadomość do niego. Ale nie, nie zająknął się o niej ani półsłówkiem. Szczerze? Choć mnie to stresowało, chciałam o tym porozmawiać. Ale, jak zwykle, nie potrafiłam poruszyć tego tematu sama z siebie. Mówiłam o lęku przed opuszczeniem w kontekście Mrówka. Jednak nie dałam rady odnieść tego do terapeuty. W efekcie jestem na siebie bardzo zła. Wiem, że muszę to przepracować. Inaczej wyjdę z tej terapii pokiereszowana. A tego wolałabym uniknąć.

Co mnie dziś jeszcze wkurwiało? Kurierzy, a jakże. Dostałam SMS-y od DPD i naszej kochanej Poczty Polskiej, że dziś zostaną mi doręczone przesyłki. Trzecia miała zostać umieszczona w Paczkomacie. Kurierzy zawsze przychodzą do nas koło południa. A tu godzina szesnasta i nic. Normalnie może i machnęłabym na to ręką, ale paczka z UPS nie może do mnie dotrzeć od półtora tygodnia… Kierowca wziął ją w poniedziałek do doręczenia i bezczelnie wczesnym popołudniem zawiózł do punktu odbioru, twierdząc, że nikogo nie było w domu. Choć jest to oczywiście wierutne kłamstwo, bo byliśmy oboje z Mrówkiem. We wtorek po siódmej rano zadzwoniłam na infolinię z reklamacją, bo nie po to biorę dostawę do domu, żeby w środku pandemii jeździć po mieście komunikacją miejską w poszukiwaniu swojej przesyłki. Dowiedziałam się, że kurier ponownie spróbuje ją doręczyć w ciągu dwóch dni roboczych. Minęło osiem dni, a paczki, jak nie było, tak nie ma.
Ostatecznie obaj kurierzy (PP i DPD) przyszli wieczorem, niedługo potem dostałam maila, że przesyłka została umieszczona w Paczkomacie. Ciśnienie trochę mi zeszło.

No i trzecia rzecz – praca. Znów robiłam coś, co bez powodzenia próbowałam skończyć od miesiąca. Po pięciu godzinach wkurwiania się, napierdalania w klawiaturę i rzucania myszką oraz mięsem, w końcu się udało. Zadziałało.

Teraz jestem w miarę spokojna, choć serce mi wali i czuję się niezdrowo pobudzona. Ale jeszcze kilka godzin temu – myślałam, że mnie rozniesie.

Aa, byłabym zapomniała.

– Chyba nie potrafi pani znaleźć sposobu na rozładowanie złości, prawda? – Zapytał dziś terapeuta.
No, kurwa, eureka! Jak on na to wpadł? Tak mnie tym wkurwił… Mówi coś oczywistego, ale nie raczy mi podrzucić choćby jednego pomysłu, co mogłabym zrobić w takim stanie. A na moje stwierdzenie, że znam tylko dwa sposoby na niedestrukcyjne danie upustu złości (spanie i zabicie lub pobicie postaci w pisanej książce), tylko przytaknął.

Mam wrażenie, że pan M. przestał się angażować tak, jak robił to wcześniej. Jakby przestało mu zależeć. Jakby miał w dupie. A może to tylko moja projekcja?

W każdym razie, jebać system. Zrobiłam sobie gin z tonikiem i zaraz biorę się za pisanie „Guru”.


Edit.

Oczywiście mało mnie wkurwili kurierzy i InPost postanowił to naprawić. Ponieważ były do mnie dwie paczki w tym samym czasie, zawieźli je, kurwa, do jakiejś pieprzonej multiskrytki dwa kilometry ode mnie. Pewnie, po co mam odbierać przesyłki z Paczkomatu oddalonego o niecały kilometr lub tego sto metrów dalej albo kolejnego, kilometr od mojego miejsca zamieszkania. Nie, odbiorę je z Paczkomatu, który jest w odległości dwóch kilometrów.

Po to, kurwa, mam jebanego Smarta i darmową dostawę na Allegro, żeby wydawać zaoszczędzoną kasę na taksówki, żeby jeździć po mieście i zbierać paczki. Albo będę brać wolne w robocie, łazić cały dzień, nabijać kroki mierzone w kilometrach i dźwigać, kurwa, kilogramy chemii gospodarczej.

Pierdolę. Trzymajcie mnie, bo ich wszystkich pozabijam!